Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > BARAN: Za kotarą...

BARAN: Za kotarą z czerwonego aksamitu…

Magdalena M. Baran

Za kotarą z czerwonego aksamitu…

Najpierwszy szkic. Pośpieszy. Kresek tylko kilka, co oddać miały dostrzeżoną doskonałość. Węgiel w dłoni szybko kreśli, zdecydowanymi liniami przecinając biel papieru. I zaraz pędzel, niecierpliwość modela i diabła, co zwodzący ludzkie nosi imię. Co skusi, co piękno w wystawności, zatraceniu, w przyjemności niepohamowanego brania w posiadanie, w życie, które zdaje się nie mieć żadnych konsekwencji, poprowadzi. Pędzel sprawny, nad absyntem zawieszony, ślizga się po płótnie, ruchem każdym zamykając okno tajemnicy. I oto nie jeden, a dwóch ich patrzących. Na siebie. Niczym lustrzane odbicia. „Ten obraz jest częścią mojego ja” – mówił, otrzymując na własność niebezpiecznie wypieszczone dzieło.

I tak, posiadłszy tajemnicę jego życia, portret począł zdradzać jego dzieje. Pomału uczył go kochać własną piękność, by na koniec nauczyć go nienawidzić własną duszę. Tak dzień po dniu, uczynek za uczynkiem, zbłądzenie za kolejnym zbłądzeniem, upadanie niewinności i naiwności w świat, któremu na imię upadek w nicość. Oto jak naiwny nieco młodzieniec przemienia się w zdegenerowanego, do szpiku kości zepsutego i zdeprawowanego „starca”. Rozkład postępuje wedle zegara „zwierciadła duszy”, w którym namiętność Bazylego zaklęła tajemnice niezniszczalnego piękna, młodości wiecznej, zagadkę wiekuistego trwania w niezmienionej postaci.

Chłopiec staje się materiałem, tworzywem, które za podszeptem Lorda miast przemienić się w czystą, zniewalającą cudowność, w talent czysty, przeistacza się w oszalałego, napełnionego strachem potwora. Pierwotna niewinność znika, wzrok już nie tak rozmarzony, lecz twardy, lęki przeszywające apollińskie ciało, co miast miłości krok za krokiem w brnie w rzeczywistość – skądinąd lepiej znanej z innej powieści Wilde’a – wysublimowanej orgii. Świat na każdym kroku nosi maskę, pod którą skrywa sekretne prawdziwe oblicze. Maska po świecie się tuła, nie mogąc zaznać spokoju, wszędzie tylko mrok, jęk głuchy we śnie, co nieustannie każe powracać na zimne poddasze, gdzie raz w portret patrzyć, raz w zwierciadło. Maska, co więcej niż skrywa, co gra. Wszak teatr miłością.

Naiwny sen o niej, gdzie wybrana wieczną się staje, z kostiumów tylko znana Julii, Rozalindy, Imogenii. „Trzeciorzędna aktoreczka o pięknej twarzy”. Odmieniana przez kostiumy epok, maski słów, ról coraz to nowszych egzaltacje, codzienne wyobrażenie o kolejnym „umieraniu z miłości”, życie, co życiem nie jest. Sybilla, ta nieczasowa, w roli swej nieśmiertelna, z zaświatów sceny raz za razem powracająca. Jakże zwykłe kobiety mogłyby rozbudzić pożądanie w wyobraźni, podczas gdy puder, kostium, snop światła nowe, fascynująco nieznane dawały światy? „Gdy kochamy, łudzimy najpierw siebie, a potem drugich. Świat to nazywa romansem”. Tak oto kochał… teatru magię, nie żywą kobietę, której miłość sztukę odsunęła w cień, życia się domagając. Umarły Julie, Rozalindy, Imogenie, wraz z powszedniością trucizna sączyć się poczęła, co odzwierciedlenie marzeń i tęsknot, co sens życiu (a może cieniom tylko) nadawała, na chwil parę urzeczywistniając to, co zdawało się niemożliwe. Później „portret patrzył na niego piękną, skażoną twarzą o okrutnym uśmiechu”. Zimne ciało zabrała rzeka.

Okrutny uśmiech, charczenie zza drzwi słyszane nie dawało spokoju. Lustro duszy nazbyt wyraźne, gdzieś musiał być błąd… Ktoś… Zbyt dużo duszy, zbyt dużo czucia, zbyt mocne pragnienie, by piękno zamknąć, czas oszukać, obraz na płótno przenoszony uczynić nieśmiertelnym. Tak wypieszczony wizerunek stać się musi dziennikiem życia, miarą zła popełnionego, opowieścią o niegodziwości, duszą, co ukradziona. Okrucieństwo, złość, cynizm i żądza wykrzywiają delikatne rysy, zaś kolejne zabójstwa przywołują na starzejącą się twarz krwawe plamy. Ręce krwią zbrukane, oczy robakami nad niegodziwością płaczące. Czuć już zapach gnicia. A jednak fascynuje ta opowieść o metamorfozie, przemiana mentalności, która z kupidynowatego dandysa czyni obiekt pożądania, co mamiąc ludzi swym niewinnym wyglądem, a dzięki ofiarowanej „wiecznej” młodości, ucieka przed wrogami najgorszymi – życiem i śmiercią.

I znów ten śmiech charczący, przerażająca twarz widziana w innych twarzach, ze snu budząca zlanego potem. Świat rozłamany, rozdarty. Czy miłość nowa ocali? Przewrotna ona, wciąż wybierać każe. Nie siebie jednak. Zniszczenie portretu uwalnia. Obraz rozdarty wciąż patrzy, wciąż czuje, wciąż żyje – wśród zapomnianych zamknięty, odizolowany, bezpieczny, wzrokiem smutnym obarczony niczym pokutą. „Na podłodze leżał trup w stroju wieczorowym z nożem wbitym w pierś. Twarz miał, zwiędłą, pomarszczoną, wstrętną. Poznali go dopiero po pierścieniach, które miał na palcach”.

Film:

„Dorian Gray”
Reż. Olivier Parker
Wielka Brytania 2009
Dystr. Best Film

* Magdalena M. Baran, doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.

„Kultura Liberalna” nr 54 (4/2010) z 26 stycznia 2010 r.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 54

(3/2010)
26 stycznia 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj