0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > SIENIUĆ: Puszczanie bąków...

SIENIUĆ: Puszczanie bąków jako temat. O "Sztuce pierdzenia" Hurtaut (II)

Paulina Sieniuć

Puszczanie bąków jako temat. Czyli à propos „Sztuki pierdzenia”

Pamiętacie film „Kapuśniaczek”, gdzie jedną z głównych ról gra Louis de Funès? Pokrótce: dwóch starych, obleśnych pijaków, żyjących na obrzeżach wioski, racząc się wysokoprocentowymi trunkami, urządza sobie konkurs na puszczanie bąków. Ów sygnał z głębi trzewi odbiera kosmita, który ląduje w ogródku de Funèsa i nawiązuje z mężczyzną przyjaźń, zaczynem której jest słabość do tytułowej zupy. Film tak absurdalny, że aż miejscami śmieszny, jednak ja nie o tym. Interesujące w „Kapuśniaczku” (choć pokazane w cyrkowym zwierciadle i zapewne niezamierzone) jest inne spojrzenie na wzdęcia i ich efekt. Pierdzenie dla starszych panów jest rozrywką (to znów nie takie wyjątkowe ujęcie tematu, jeśli spojrzymy na inne komediowe produkcje filmowe), dla ufoludka zaś – kodem, tekstem, który dotarł do niego i który odczytał, przemieszczając się swoim spodkiem po przestworzach. Niespodziewanie zyskujemy oto inną (uniwersalną? kosmiczną?) percepcję. Gazy jako przesłanie, nawiązanie kontaktu. Wniosek z tego prosty: to nasza kultura narzuca nam odbiór fizjologicznych odruchów jako coś nieprzyzwoitego. Dwóch starych pijaków urasta tu do roli zbuntowanych przeciw cywilizacyjnym więzom bohaterów, którzy choć negowani przez lokalną społeczność, potrafią – akceptując swoją naturę i jej mechanizmy, ba! czerpiąc z tych mechanizmów radość – porozumieć się z przybyszem nie z tego świata.

Czytając niedawno wydaną po polsku (a mającą swoją premierę w 1751 roku we Francji) książeczkę pt. „Sztuka pierdzenia”, zastanawiałam się, jak można pisać/mówić o pierdzeniu. W sensie literackim lub publicystycznym oczywiście, nie medycznym czy naukowym. Wspomniany utwór podchodzi do tej sfery ludzkiej aktywności w sposób rubaszny, dowcipny, złośliwy. Dobry przykład literatury skatologicznej – krotochwilnej, nieco obscenicznej, popularnej. Więc tak można pisać. Można też analitycznie – przywoływać fiksację odbytniczą Salvadora Dalego, powoływać się na Paracelsusa i jego teorię ludzkiego węgla (Carbon humanum). Słowem, odtworzył historię recepcji stolca i zjawisk okołokałowych, poczynając od alchemicznych fascynacji, przez surrealistyczne prowokacje, a na działaniach współczesnych artystów pokroju Santiago Sierry kończąc.

Zatem albo można obśmiać, albo wręcz dowartościować dzięki potraktowaniu puszczania bąków jako jednego z tematów kultury, tematów wypartych i tym nachalniej powracających.

Problem z tym artykułem mam nie lada. Napisać tekst o książce o pierdzeniu i nie wpaść w pułapkę własnych odruchów. Aż mnie świerzbi, żeby rzucić jakiś sztubacki dowcip. A jak już zwalczę tę potrzebę, powstrzymywać się muszę przed próbą quasi-akademickiego wywodu, który by naświetlił temat z poważnej strony, a jednocześnie pozwolił mi, piszącej o pierdzeniu, zachować twarz. Moje odruchy świadczą o jednym – wstydzę się o tym pisać. Puszczanie bąków i mówienie o tym należy do sfery zakazanej, wyklętej przez kindersztubę, konwenanse, przez estetykę i etykę. Prowokującej zażenowanie, oburzenie, a w najlepszym wypadku śmiech. Postanowiłam napisać o „Sztuce pierdzenia”, ponieważ chciałam się zmierzyć ze swoim tabu. I wcale mi to nie wychodzi. Wolę przytaczać cudze słowa, dawać przykłady.

Krzysztof Rutkowski, który znakomicie przetłumaczył z francuskiego „Sztukę pierdzenia”, tak oto mówi: „Pierdzenie świadczy o życiu. Żywym życiu” i dalej: „Ten szczególny aspekt człowieczej egzystencji stanowi ważną postać komunikacji, czyli więzi międzyludzkiej” (cyt. za: Wirtualna Polska). Czyli znane i lubiane: Homo sum, humani nihil a me alienum puto. Znacznie bardziej frapujące jest drugie przytoczone zdanie. Pierdzenie, czyli system komunikowania się. Rozumiany nie jako zakodowana wiadomość (jak we wspomnianym na początku filmie z Louis de Funèsem), ale jako znak czegoś. Czego? Poza tym, że się jadło ciężkostrawne rzeczy? Za każdym razem znak czegoś innego, a zarazem zawsze znak tego, jak bliskie są relacje między osobnikiem pierdzącym i niepierdzącym (i nie mam tu na myśli odległości fizycznej, choć i ta jest ważna w tej dziedzinie, tylko jedność duchową). Dobrym przykładem będzie tu scena z filmu „Buntownik z wyboru”, podczas której Matt Damon wysłuchuje na kozetce u Robina Williamsa opowieści o pierdzącej przez sen żonie psychologa. Oczywiście, panowie wpierw śmieją się do łez, ale potem łzy ronimy już my widzowie, i to łzy wzruszenia, gdy Robin Williams objaśnia, że tego pierdzenia bardzo mu brakuje, że miłość to jest dzielenie ze sobą wszystkich doświadczeń, nawet takich jak puszczanie gazów.

Miałam znajomego, który tak się śmiał, że aż puszczał bąka – można powiedzieć, że śmiał się całym sobą. Pewna nastoletnia miłostka zakończyła się, gdy tuż przed pocałunkiem potencjalny ukochany pierdnął i skwitował to słowami: „Wiedziałem, że to się tak skończy”. Nie muszę dodawać, że do pocałunku nie doszło. Raz w przedziale pociągu Intercity któryś z moich współpasażerów (nieznajomych) najprawdopodobniej doznał wzdęcia, gdyż nagle spowił nas koszmarny smród. Zaczęłam się wachlować, rozglądać z odrazą po sąsiadach, a że odór zawisł na dłuższą chwilę w powietrzu, opuściłam przedział i już tam nie wróciłam. Historyjek takich mam jeszcze kilka w zanadrzu. Zostawię je na inną okazję, faktem jest, że pierdzenie jest obecne w moim świecie, że owszem, lepiej, żeby go nie było, ale jest i nie mogę temu zaprzeczyć.

Po co pisać o tym artykuł? Chociażby po to, by się przekonać, czy dam radę. Nie wiem, czy dałam – za każdym razem, gdy wpisywałam słowo „pierdzenie”, na mojej twarzy kwitł rumieniec. Tak więc egzorcyzmowanie tematu pierdzenia nie skończyło się dla mnie zwycięstwem. No, może połowicznym, wszak wyślę ten artykuł do redakcji i pewnie potem, jak wpiszecie w wyszukiwarkę internetową hasło „pierdzenie”, wyskoczy wam moje nazwisko. Tak jak teraz o tym myślę, to wcale mnie to nie cieszy. No ale nic, stało się. Chciałam napisać, to napisałam. „Sztuka pierdzenia” została stworzona dla rozrywki, a mnie sprowokowała do zmierzenia się z moim prywatnym tabu. Na zakończenie (bo brak mi sił na błyskotliwą puentę, która uratowałaby ten artykuł) przytoczę początkowe wersy wiersza przypisywanego Aleksandrowi Fredrze (i jestem w stanie uwierzyć w jego autorstwo, pomna Fredrowskich rozważań o kropli wiszącej u nosa):

„Od prawieków w całym świecie,
Kogo kolka w boku gniecie,
Każdy sobie pierdzi chętnie,
Cicho, smutno lub namiętnie”.

Książka:

Pierre Thomas Nicolas Hurtaut, „Sztuka pierdzenia. Esej teoriofizyczny i metodyczny”, posłowie i tłum. Krzysztof Rutkowski, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010.

* Paulina Sieniuć, redaktorka, krytyk literacki i filmowy.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 96

(47/2010)
9 listopada 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj