
O prawdziwej Marguerite de la Rocque nie wiemy zbyt wiele. Po raz pierwszy w literaturze jej historię przedstawiła królowa Małgorzata z Nawarry (1492–1549), siostra króla Francji i autorka zbioru „Heptameron” (1558), zwanego francuskim „Dekameronem”. Tak jak w dziele Boccaccia, tak i tu mamy opowieści (w sumie siedemdziesiąt dwie, w zamyśle miało być sto), które snują bohaterowie uwięzieni przez powódź w Pirenejach.
Odważna królowa
Warto dodać, że królowa Małgorzata na tle innych kobiet swej epoki wyróżniała się wykształceniem, ciekawością świata i umiejętnością prowadzenia rozmów z największymi humanistami ówczesnych czasów. Jej dwór w Nawarze stał się miejscem, w którym spotykali się uczeni, poeci i reformatorzy. Podobno potrafiła łączyć ludzi o skrajnie różnych poglądach, a jednocześnie chronić tych, którzy w oczach kościoła byli podejrzani o herezję, a także opowiadać o przemocy, zdradzie i hipokryzji z taką szczerością, że jej teksty do dziś brzmią zaskakująco współcześnie.
Nic zatem dziwnego, że „Heptameron” pokazuje ją jako pisarkę o niezwykłej przenikliwości psychologicznej. W jej opowieściach kobiety nie są jedynie obiektami pożądania czy moralnych ocen, lecz pełnoprawnymi uczestniczkami życia społecznego, z własnymi pragnieniami, lękami i ograniczeniami. Jedną z nich, przedstawioną w „Heptameronie”, była właśnie Marguerite de la Rocque, której losy brzmią jak gotowy scenariusz filmowy. Drugim tekstem z epoki opisującym historię bohaterki jest „Kosmografia uniwersalna” księdza André Theveta z 1575 roku. Obie wersje nieco się od siebie różnią. Co jednak wiemy?
Kim była Marguerite de la Rocque?
Marguerite wyruszyła w 1542 roku na wyprawę do Nowego Świata, Nowej Francji, wraz z Jean-François de Robervalem, potężnym krewnym (kuzynem? wujem?), który miał objąć funkcję namiestnika kolonii. Według Theveta podczas długiej podróży morskiej zakochała się w młodym mężczyźnie z załogi. Romans na statku, w ciasnocie i pod okiem surowego, kalwińskiego dowódcy, był czymś więcej niż towarzyską niezręcznością – dla Robervala stał się pretekstem do brutalnej kary.
Gdy ekspedycja dotarła do wybrzeży Ameryki Północnej, kazał on wysadzić Marguerite, jej kochanka i wierną służącą Damienne na odludnej wyspie, znanej wówczas jako Île des Démons. To miejsce było owiane legendami o duchach i potworach, ale prawdziwym zagrożeniem było przede wszystkim zimno, głód i samotność. Na wyspie Marguerite urodziła dziecko, które zmarło niemal od razu. Wkrótce potem zmarł jej kochanek, a na koniec także służąca. Kobieta została sama w dzikiej, nieprzyjaznej przestrzeni, zmuszona polować, budować prowizoryczne schronienia i walczyć z zimą, która w tamtych rejonach potrafiła być bezlitosna.
Według relacji, które krążyły później we Francji, spędziła tam około dwóch lat – czas, który dla większości ludzi oznaczałby pewną śmierć. Ocalenie przyszło niespodziewanie. Baskijscy rybacy, którzy zapuszczali się w okolice Zatoki Świętego Wawrzyńca, natknęli się na wyspę i znaleźli na niej wychudzoną, ale ciągle żywą Marguerite. Zabrali ją do Europy, gdzie jej historia szybko stała się sensacją.
W „Heptameronie” historia przedstawia się nieco inaczej – mąż bohaterki dopuścił się zdrady wobec Robervala na pokładzie jego statku. Ten za karę zostawił mężczyznę na bezludnej wyspie, a Marguerite nie chciała opuścić męża. Mężczyzna po jakimś czasie zmarł, a kobieta musiała radzić sobie z dzikimi zwierzętami, zimnem i innymi problemami. W końcu ocalił ją sam Roberval. Po powrocie do Francji osiadła w rodzinnym Périgord, gdzie prowadziła spokojne życie i podobno założyła szkołę dla dziewcząt. Jej późniejsze lata są mniej udokumentowane. Choć w obu tekstach szczegóły się różnią, legenda przetrwała: historia kobiety, która została skazana na śmierć za miłość, a mimo to przeżyła dzięki własnej determinacji.
Rodzinne więzi i ludzkie słabości
Teraz po historię Marguerite de la Rocque sięgnęła, w Polsce w ogóle nieznana, amerykańska prozaiczka Allegra Goodman, wybierając wersję Theveta, a właściwie łącząc obie historie. Allegra Goodman jest jedną z tych pisarek, które potrafią opowiadać o zwyczajnym życiu w sposób, który odsłania jego ukrytą głębię. W jej książkach powracają tematy rodzinnych więzi, dorastania, żydowskiej tożsamości, a także moralnych dylematów związanych z nauką i ambicją. Pisze o ludziach, którzy próbują odnaleźć równowagę między tym, czego pragną, a tym, czego oczekuje od nich świat. Jej powieści są różnorodne, ale łączy je jedno: niezwykła empatia w podejściu do ludzkich słabości.
Goodman potrafi uchwycić momenty, w których zwykłe życie nagle odsłania swoją kruchość albo piękno. Krytycy często porównują ją do Jane Austen: za przenikliwość obyczajową i do Henry’ego Jamesa: za psychologiczną głębię. Jednak Goodman ma własny ton – spokojny, uważny, pełen zrozumienia dla ludzkich przywar. To pisarka, która nie potrzebuje fajerwerków, by poruszyć czytelnika. Jej siła tkwi w tym, że widzi ludzi takimi, jacy są i potrafi opowiedzieć o nich z niezwykłą delikatnością.
„Isola” to powieść, w której sięga po historię Marguerite de la Rocque. Goodman traktuje ją jednak nie jak gotową legendę, lecz materiał, który można rozwinąć, pogłębić i przede wszystkim odmitologizować. Nie interesuje jej sensacyjność opowieści o kobiecie porzuconej na wyspie, ale to, co w tej historii zwykle pozostaje niewypowiedziane: samotność, strach, gniew, a także to, jak opowieść o czyimś życiu zaczyna żyć własnym życiem, czasami oderwana od faktów.
Odsuwa na bok dramatyczny ton dawnych kronikarzy. Zamiast tego skupia się, co uwypukla pierwszoosobowa narracja, na psychologii bohaterki – na tym, jak Marguerite stopniowo uczy się funkcjonować w przestrzeni, która miała być jej grobem. Wyspa staje się nie tyle miejscem kary, ile przestrzenią, w której rodzi się jej wewnętrzna siła. Goodman nie przedstawia kobiety ani jako ofiary ani jako bohaterki w stylu przygodowej literatury, lecz jako młodą osobę, która musi zbudować siebie od nowa, pozbawiona wszystkiego, co wcześniej ją definiowało.
Zdefiniować siebie na nowo
Powieść składa się z sześciu części, z których znaczna część poświęcona jest losom Marguerite sprzed dramatycznego zesłania na bezludną wyspę. Widzimy ją jako dziecko pozbawione rodziców, wychowywane przez nianię, w ciągłym strachu przed prawnym opiekunem i przed Bogiem. Potem jako nastolatkę zaprzyjaźnioną z córką nauczycielki, jedyną dziewczynką w jej w wieku w najbliższym otoczeniu. W końcu jako bezradną młodą kobietę, pozbawioną rodzinnego domu i majątku, skazaną na łaskę swojego opiekuna, którego nie potrafi zrozumieć: „dlaczego w jednej chwili był miły, a w następnej okrutny? Jak kot lubił grać ze mną w gierki. Czerpał przyjemność z dawania i odbierania, uspokajania, a potem niepokojenia mnie. Chwalił, gdy dobrze sobie radziłam, ale jeszcze bardziej cieszyły go moje porażki. Kiedy byłam zdenerwowana i niepewna, drwił ze mnie. Kiedy byłam zraniona, karcił mnie” [s. 141].
Dziewczyna jest tchórzliwa, płaczliwa, nieco infantylna, przesadnie religijna. Nie potrafi stawić czoła problemom, w sytuacjach kryzysowych zna tylko dwa wyjścia – albo płacz, albo padnięcie na kolana i modlitwa. Przyznam szczerze, że mocno irytowała mnie ta bohaterka. Została wychowana typowo jak na swoje czasy – w wiecznym lęku, poczuciu poniżenia, słabości i uległości wobec mężczyzn, strachu przed bożym gniewem, ale jej naiwność i łatwowierność w podejściu do życia mogą budzić raczej antypatię współczesnych czytelników. Mottami do poszczególnych części Goodman uczyniła zresztą fragmenty „Nauki Anny Francuskiej dla córki Zuzanny de Bourbon” z około 1517 roku.
Sytuacja dziewczyny zmienia się tak naprawdę dopiero, gdy Marguerite trafia na statek i nawiązuje romans z sekretarzem swojego opiekuna, za co oboje, a także jej wierna niania, zostają skazani na życie na bezludnej wyspie.
W „Isoli” wyspa nie jest jedynie miejscem akcji, lecz przestrzenią symboliczną: odcięciem od świata, próbą charakteru, a jednocześnie czymś w rodzaju laboratorium, w którym bohaterka musi zmierzyć się z własnymi lękami i pragnieniami. Goodman nie opowiada tej historii w duchu przygodowej narracji, lecz raczej jako intymną, psychologiczną podróż. Interesuje ją, jak młoda kobieta – wyrzucona poza porządek społeczny, skazana na śmierć za miłość – odnajduje w sobie wolę przetrwania i jak ta wola zmienia ją na zawsze.
Przemiana
Trzeba przyznać, że Marguerite dojrzewa, a pierwszym do tego krokiem jest zdanie sobie sprawy z własnej bezradności i nieporadności – Auguste potrafi polować, Damienne oprawiać mięso czy ryby, Marguerite nie wie nawet, jak trzymać miotłę, by odkurzyć wnętrze jaskini, w której znajdują schronienie. „Nauczyłaś mnie, jak siedzieć. Nauczyłaś mnie słuchać i nosić perły we włosach” [s. 351] – mówi do niani. W końcu jednak odnajduje w sobie siłę.
„– Rozumiem, co to znaczy być mężczyzną. – Broń Boże – powiedziała Damienne. – Bycie mężczyzną oznacza robienie tego, na co się ma ochotę – odparłam. – I to jest dobre? I słuszne? – To daje satysfakcję” [s. 361].
Najważniejsze staje się dla niej bycie potrzebną, ważną – „zapełniając papierowe torebeczki i drewniane skrzynie, czułam radość, jakiej nigdy wcześniej nie zaznałam. Nie była ona wynikiem zakochania, poczucia komfortu czy też władzy bądź piękna, chodziło o to, że byłam użyteczna” [s. 291].
Goodman skupia się na cichych momentach – na samotnych myślach, na codziennych gestach, na powolnym budowaniu wewnętrznej siły. To, co dzieje się wewnątrz człowieka postawionego w sytuacji granicznej – jak rodzi się samotność, jak kształtuje siła, jak pamięć i opowieść splatają się ze sobą – jest dla autorki najistotniejsze. Marguerite dochodzi w końcu do momentu, w którym zaczyna wierzyć w siebie, w to, że jest w stanie przetrwać sama, bez niczyjej pomocy.
Droga kobiety na lądzie także nie będzie prosta – brana za żebraczkę, idzie pieszo do rodzinnego zamku, a „samotna wędrowniczka narażona była na znacznie większe niebezpieczeństwa niż samotna kobieta zamieszkująca bezludną wyspę” [s. 428]. Spotyka swojego opiekuna, mężczyznę, na którego szacunek kiedyś tak desperacko chciała zasłużyć, którego się bała, a którym dzisiaj tylko gardzi. Pomocną dłoń wyciąga do niej królowa Małgorzata, ta sama, która spisała jej dzieje w swoim „Heptameronie”.
Opowieści zawłaszczone
Ważnym i niezwykle cennym aspektem „Isoli” jest także refleksja nad tym, jak opowieści o kobietach są przekazywane, reinterpretowane i zawłaszczane przez innych. W tle pobrzmiewa pytanie o to, kto ma prawo opowiadać czyjąś historię i jak łatwo legenda może przesłonić prawdziwe doświadczenie.
Goodman tworzy więc powieść nie tylko o przetrwaniu, lecz także o pamięci i o tym, jak rodzi się mit. Historia Marguerite była wielokrotnie opowiadana przez innych – po Małgorzacie z Nawarry i Thevecie, przez mężczyzn, kronikarzy, moralistów – i za każdym razem zmieniała się zgodnie z ich potrzebami. W powieści pojawia się więc pytanie o to, kto ma prawo do opowiadania czyjegoś życia i jak łatwo cudza narracja może przykryć prawdę. W ten sposób „Isola” staje się nie tylko powieścią o przetrwaniu, lecz także o pamięci i o tym, jak kobiece doświadczenia bywają przechwytywane i przekształcane przez cudze głosy.
Na tle wcześniejszych książek Goodman „Isola” wyróżnia się przede wszystkim formą. Autorka zwykle pisze o codzienności, o subtelnych napięciach między ludźmi, o moralnych wyborach, które nie mają nic wspólnego z ekstremalnymi sytuacjami. W „Isoli” po raz pierwszy sięga po materiał historyczny i po scenerię, która z pozoru wydaje się odległa od jej dotychczasowych tematów. A jednak to wciąż ta sama Goodman: pisarka zainteresowana tym, jak człowiek kształtuje siebie w obliczu presji, jak rodzi się odpowiedzialność, jak pamięć i opowieść wpływają na to, kim jesteśmy.
Zamiast współczesnych laboratoriów czy rodzinnych kuchni mamy dziką wyspę, ale emocjonalna struktura pozostaje podobna – to opowieść o dojrzewaniu, samotności i o poszukiwaniu własnego głosu. A o Marguerite de la Rocque powinniśmy pamiętać przede wszystkim jako tej, która straciła wszystko, ale udowodniła światu, że nie ma siły potężniejszej niż kobieta, która postanowiła przetrwać.
Książka:
Allegra Goodman, „Isola”, tłum. Monika Popławska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026.