
Strata czasu
„Mnisi burmeńscy ze szkoły Hinayana stronią od polityki lub zajmują się nią tylko wtedy gdy zdaje się ona w jakikolwiek sposób zagrażać religii”, pisze Herling, by chwilę później powtórzyć i rozwinąć to zdanie: „Mnisi buddyjscy nie przywiązują ze swojej strony dużej wagi do wewnętrznych sporów politycznych i nawet wzrost komunizmu w Burmie śledzili do niedawna z pogardliwą obojętnością”. Następnie zestawił je z mahajaną: „Jeśli natomiast wierzyć doniesieniom z Chin, Mao Tse-tung miał więcej kłopotów z misjonarzami chrześcijańskimi niż z własnymi mnichami buddyjskimi ze szkoły Mahayana, i kto wie czy czerwony sobór w Pekinie nie nada mu za kilka lat tytułu Bodhisattwy”.
Zaczynając analizę tego przeciekawego fragmentu od końca, czyli od Chin, trzeba powiedzieć wprost – Herling trochę przeszarżował w tej spekulacji, ale zrozumiał istotę sprawy. Bo chociaż Mao Zedong akurat z misjonarzami sobie poradził, a do bodhisattwy przyrównał się sam (w rozmowie z Dalajlamą XIV), to Herling miał co do zasady rację – buddyzm został całkowicie politycznie podporządkowany partii. We współczesnych Chinach Ludowych Xi Jinping ogłasza „buddyjską dyplomację” ChRL, a mnisi znani są głównie z zarabiania pieniędzy, czego najsłynniejszym przykładem jest Shi Yongxin, opat Shaolin, absolwent studiów MBA, posiadacz kilkudziesięciu spółek, nieruchomości, komercyjnych praw do nazwy, (nie)sławny z totalnej komercjalizacji klasztoru i chęci wprowadzenia go na giełdę.
W Birmie tymczasem większość mnichów rzeczywiście zachowuje dystans do polityki, wykazując prawdziwie inteligencką pogardę wobec tej sfery życia, całkowicie zgodną z doktrynalnymi założeniami buddyzmu. Jak głosi ta religia, polityka to „zasadniczo strata czasu wobec istotnych spraw w życiu”. Co gorsza, stanowi główne źródło pokuszenia, bo nic tak nie pompuje ludzkiego ego jak władza i chęć jej zdobycia. Dlatego zaangażowanie polityczne jest często przedstawiane w buddyjskich tekstach jako antyteza poszukiwania oświecenia. Płynie z tego proste przesłanie: „Rób to, co powinno się robić, to, co należy, czego wymaga władza, a w nadzwyczajnych warunkach możesz – ale nie musisz – zrobić więcej. Nie masz moralnego obowiązku angażowania się w politykę, rób to tylko w ograniczonym stopniu, by nie przeszkadzać rozwojowi duchowemu. Mając wybór, jak Budda porzuć władzę i przywileje, skup się na szukaniu oświecenia. Rób, co do ciebie należy, i nie wchodź do polityki, jeśli nie musisz. Polityka odwraca uwagę od istotnych spraw w życiu”.
Bywają wyjątki od tej reguły, co również dostrzegł Herling: „Kiedy jednak jakakolwiek władza lub doktryna polityczna ośmiela się podnieść rękę na prawa i przywileje panującej religii, szeregi walczących o ziemskie sprawy ludzi zapełniają się natychmiast żółtymi i pomarańczowymi togami. Tak jest teraz z komunizmem, tak było z rządami brytyjskimi”. Dokładnie tak się działo – historia Birmy zna wiele przykładów politycznego zaangażowania kleru, w tym jego udziału w walkach zbrojnych, a najsłynniejszym z nich był ruch antykolonialny, w którym uczestniczyli tacy „polityczni mnisi”, jak U Ottama czy U Wisara (ten drugi wspominany przez polskiego pisarza). W czasach pobytu Herlinga w Birmie wsparcie kleru było jednym z kluczowych czynników zwycięstwa socjalistów z Antyfaszystowskiej Ligi nad komunistami. Mając na czele rządu ostentacyjnie religijnego premiera U Nu, socjaliści byli w stanie „przyprawić gębę” komunistom jako zagrażającym buddyzmowi bezbożnikom, co walnie przyczyniło się do zwycięstwa w walce o rząd birmańskich dusz i w efekcie do wygrania wojny domowej. Herling więc tylko odrobinę przesadził, podsumowując: „Buddyzm jest w Burmie potęgą, wobec której bledną wszystkie partie polityczne i instytucje świeckie, a stanowisko mnichów decyduje o powodzeniu wszystkich przedsięwzięć publicznych”. Co do zasady to prawda, choć lepiej powiedzieć „wielu” niż „wszystkich”, bo relacje między tronem a ołtarzem były tam bardziej niejednoznaczne, a Birma nie była nigdy teokracją. W czasach przedkolonialnych i za Ligi właściwie też (w zmienionej formie) panował system nazwany później „dwoma kołami dharmy” – moralnego autorytetu kleru oraz świeckiej władzy króla, wzajemnie się wspierających, uprawomocniających, równoważących i powstrzymujących. Monarchowie fundowali klasztory, przeznaczali dla nich ziemie i opłacali mnichom uposażenie, a także zwalniali ich z podatków i jurysdykcji sądowej. Jednocześnie mianowali zwierzchnika sanghy, „kościoła” buddyjskiego, i potrafili dokonywać czystek nieprawowiernych klasztorów pod pretekstem usuwania „fałszywych mnichów”. Wzajemne stosunki króla z mnichami cechowały się więc dwuznaczną współzależnością, w której o układzie sił decydowały najczęściej przymioty osobiste sprawujących władzę. Bywali królowie dający sobie wchodzić na głowę, inni ustawiali kler do pionu, wszyscy wszakże rozumieli podstawową logikę systemu: obie strony były sobie potrzebne.
Trzeba więc oddać Herlingowi, co merytoryczne – dobrze przedstawił wpływy sanghy w Birmie. Swoją drogą polski pisarz szybko się uczył. Na początku książki, podczas imprezy powitalnej w ogrodzie U Ohn Khina, dowiedział się, że Birmańczycy nie muszą się martwić przejściowymi trudnościami, które sprawiali komunistyczni rebelianci, bo „buddyzmu nie uda się nigdy i nikomu pogodzić z komunizmem, a Burma jest do szpiku kości buddyjska”. Herling usłyszał i zwątpił („Za dużo […] flegmatycznego zaufania do przyszłości”). Tydzień później, po pobycie w Mandalaj, deklarował już, że wobec potęgi buddyzmu wszystko blednie.
A ponieważ był wybitnym pisarzem, sprawnie operującym piórem, to ową potęgę „drogi środka” w Birmie przedstawił w jednym z najlepszych literacko fragmentów dziennika:
Odczyt na dziedzińcu pagody, pod dachem dla pielgrzymów. Przemawiamy boso, a przewodniczy Sayadaw U Kethaya, przeor bractwa z Mandalay Hill. Słońce odbija się gorącymi falami od złotej kopuły. Kilkuset słuchaczy siedzi na gołej posadzce (…) z nogami podwiniętymi po turecku i zachowuje się tak cicho jak gdyby uczestniczyło w nabożeństwie. Dopiero w czasie pytań zdarza się drobny incydent, który świadczy dość wymownie o potędze mnichów buddyjskich w Burmie; gdy z ostatnich rzędów audytorium pada typowa obelga komunistyczna pod adresem U On Kina, Sayadaw zrywa się błyskawicznie z krzesła prezydialnego i żąda ostrym głosem aby winny złożył natychmiastowe publiczne przeproszenie; w ciągu tych kilku chwil oczekiwania powietrze napełnia się elektrycznością, grupa mnichów zabezpiecza nam z tyłu ewentualny odwrót, przez tłum przebiega niespokojny pomruk gniewu; wreszcie z ziemi podnosi się jakiś wyrostek, podchodzi do naszego stołu i bez słowa pada przed Wielkim Mnichem na kolana.
Ale nie tylko Herling o tym „incydencie” napisał.
Ty ruski synu!
Wspomniany przez polskiego pisarza „drobny incydent” opisany został również przez „Bama Khit”. I to jak! W prawdziwie wybuchowym, sensacyjno-brukowym stylu gazeta dokładnie zrelacjonowała, co zaszło, tytułując tekst bijącym po oczach cytatem: „Ty ruski synu! Mnisi zrugali człowieka podczas wykładu”.
„Jak donoszą nasze źródła w Mandalaj – zaczyna czujący krew reporter (dziennikarze kochają takie historie!) – mnóstwo ludzi przybyło na wykład Herlinga i Bernarda”. Po wyjaśnieniu czytelnikom wszystkich (nie)zbędnych szczegółów i omówieniu treści wykładu, autor kontynuuje: „W czasie sesji pytań niektórzy aroganccy ludzie, niemający pojęcia o komunizmie i zachowujący się jak psy na smyczy strzegące rosyjskiego domu, zadawali Herlingowi i Bernardowi bezsensowne pytania”. A ściślej, U Ohn Khinowi. Na przykład takie: „Szanowny Panie, sprowadził Pan tu tych białasów, by opowiadali takie rzeczy o komunizmie. Zrobił to Pan, bo poprosili o to Amerykanie, prawda?”. U Ohn Khin nie pozostał dłużny: „Jesteś płatnym pomagierem Rosji i czerwonych Chin!”. Po tej ripoście „ktoś krzyknął” do U Ohn Khina i „nastąpiło poruszenie”; wreszcie wstał główny mnich i zwracając się do krzykacza, fuknął: „Ty bydlaku! Ty ruski i chiński synu!”, co uciszyło wszystkich. Winowajca „podszedł do U Ohn Khina i przeprosił”. Po tym incydencie „U Ohn Khin kontynuował odpowiedzi na pytania, co publiczność nagrodziła oklaskami. Spotkanie zakończyło się o 19.00”.
Porównanie tych dwóch dobrze się uzupełniających źródeł, dziennika Herlinga i prasy birmańskiej, ujawnia tylko drobne różnice (kogo winowajca przeprosił). Polski pisarz lepiej oddał napiętą atmosferę, za to tekst prasowy prezentuje użyte w czasie pyskówki inwektywy. A są one niezwykle wymowne, bo stanowią ostatni poziom przed przekleństwami. Zresztą zupełnie jak po polsku – czytelnik znad Wisły doskonale zrozumie znaczenie wyzwiska „ty ruski synu”, które sytuuje się w hierarchii tuż przed podobną wiązanką z wulgarnym przymiotnikiem przed „synu” i ma dokładnie takie samo znaczenie: zdrajca. W kontekście birmańskim ciekawe jest, że słów tych użył publicznie mnich, co musiało zrobić duże wrażenie (stąd opisywana cisza, jaka po nich zapadła), bo od kleru wymaga się opanowania w słowach i czynie; ciekawe też, że podano je explicite (tabloidowe nawyki „Bama Khit” chyba znów dały o sobie znać). Całe zdarzenie doskonale pokazuje, że mnisi też są tylko ludźmi i nie szukają wyłącznie nirwany, w dodatku potrafią być bardzo zaangażowani politycznie.
W szerszym sensie cały „incydent” przekonuje o trafności sądu Herlinga dotyczącego potęgi buddyzmu – i kleru – w Birmie, a w specyficznym kontekście uświadamia, jak ważne było to dla losów wojny domowej w kraju. Gdyby ktoś chciał w jednym zdaniu podsumować, czemu socjaliści wygrali nad Irawadi z komunistami, może zacytować ten fragment z Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.
Fragment książki Michała Lubiny „Słoń a sprawa birmańska. O «Podróży do Burmy» Gustawa Herlinga-Grudzińskiego”, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026, premiera: 13 maja 2026.