Krzysztof Rybak: Zacznijmy od samego początku: miałaś trzydzieści dwa lata, kiedy zadebiutowałaś jako autorka. Co sprawiło, że właśnie w tym momencie swojego życia zdecydowałaś się na ten krok?

Sanne Rooseboom: W wieku trzydziestu dwóch lat zaczęłam pisać moją pierwszą książkę, która ukazała się, kiedy miałam trzydzieści sześć lat. Wiele czasu zajmuje dojście do wniosku, że pisanie to nie tylko twoje hobby ani coś, co może pewnego dnia będziesz robić. I chyba właśnie po trzydziestce doszłam do wniosku, że rzeczy nie dzieją się same. Skończyłam studia z polityki międzynarodowej i chciałam pracować dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. Przez chwilę byłam też dziennikarką, bo była to praca związana z pisaniem, ale pisanie książek wygląda zupełnie inaczej. Nie wystarczy powiedzieć: „Będę pisarką”, żeby od razu zacząć się z tego utrzymywać. Pisarze, których znałam, byli starsi i uznani, a ja nie byłam ani starsza, ani tym bardziej uznana i nie byłam świadoma, że zanim stanę się starszą i uznaną, muszę od czegoś zacząć. Zaczęłam po trzydziestce, kiedy akurat zostałam matką, i to był najgorszy moment na pisanie, ale narzuciłam sobie zasadę dwustu słów dziennie i po roku udało mi się skończyć moją pierwszą książkę.

Czy nadal piszesz dwieście słów dziennie? Czy może twój warsztat pisarski zmienił się od czasu debiutu?

Robię tak, kiedy dopadnie mnie blokada pisarska i kiedy nie mam weny. Wtedy mówię sobie, że muszę pisać pięćset słów dziennie. To pomaga, bo nawet jeśli potem usuniesz większość z nich, to jakaś myśl zostaje. Na pewno odczuwam większą radość podczas pisania niż przy debiucie. Wtedy sporo się męczyłam i myślałam o tym, z jakim odbiorem spotka się moja książka. Kiedy dowiedziałam się, że powieść podoba się dzieciom, poczułam wiatr w żaglach i z większą pewnością siebie wzięłam się za pisanie. To chyba jest główna różnica, bo o „Ministerstwie Rozwiązań”, czyli mojej drugiej książce, myślałam już trochę inaczej.

W „Ministerstwie Rozwiązań” to dzieci, a nie dorośli, pomagają innym i zmieniają świat. Na ile jest to wyłącznie pomysł na literacką fikcję, a na ile to przekonanie jest ci bliskie także w rzeczywistości?

Do pewnego stopnia w to wierzę, choć nigdy nie chciałam narzucać tego przekonania moim czytelnikom. Nie jest tak, że myślę: „Dzieci powinny uratować planetę”. Wydaje mi się, że powinni to też robić dorośli, a poza tym troszczyć się o siebie nawzajem i bezinteresownie pomagać innym. Myślę, że dorośli także lubią pomagać innym, nawet jeśli nikt ich za to nie chwali, ale łatwiej przychodzi to dzieciom, które potrafią odczuwać czystą przyjemność z pomagania.

Na swojej stronie internetowej piszesz, że gdy wymyślałaś pomysł na serię, byłaś „przekonana, że książka o pomaganiu innym to nisza”. Czy jest to nisza, bo trudno dostrzec bezinteresowne niesienie pomocy w naszym świecie?

To było cyniczne z mojej strony, bo przecież dzieci kochają o tym czytać. Co prawda słyszymy dużo o młodych ludziach, którzy spędzają czas tylko na YouTubie czy TikToku, ale jest też mnóstwo dzieci, które uwielbiają czytać o ochronie przyrody albo konfliktach na świecie, bo w ich klasie jest ktoś, kto doświadczył czegoś takiego. Wydaje mi się więc, że to wcale nie jest nisza, o jakiej wcześniej myślałam.

Oczywiście „Ministerstwo Rozwiązań” to seria powieści przygodowych, ale silnie osadzonych w realiach społecznych, przez co trudno nie czytać jej właśnie jako rodzaj politycznego komentarza. Czy twoim zdaniem te książki mogą zmienić myślenie o świecie polityki?

Cóż, byłoby cudownie, gdyby dzięki moim książkom czytelnicy za dwadzieścia albo trzydzieści lat z większą troską myśleli o polityce. Taka zmiana zakładałaby ograniczenie biurokracji i bezpośrednią pomoc komuś, kto jest zadłużony, cierpi na chorobę alkoholową czy ma trudności w wychowywaniu dziecka. To podobne problemy, które teraz rozwiązują cztery różne instytucje rządowe, co nie sprzyja niesieniu pomocy. O tych kwestiach pojawiających się w moich książkach rozmawiam częściej z dorosłymi, którzy mówią, jak wspaniale byłoby mieć Ministerstwo Rozwiązań w prawdziwym życiu. Natomiast dzieci nigdy tego nie mówią, bo nie znają zbyt dobrze struktur instytucjonalnych i mniej interesuje je polityka. Podobnie istotne są postaci Srebrzystych, którzy w moich książkach próbują powstrzymać Ministerstwo Rozwiązań, bo ich zdaniem nie powinno się bezinteresownie pomagać innym – skoro ktoś popełnił błąd, to musi ponieść jego konsekwencje. Tak wyrażane przekonanie jest oczywiście bardzo polityczne, można je określić leseferyzmem czy ultraliberalizmem. I oczywiście można bronić takiego przekonania, ale dzieciom bliższe jest czynienie dobra właśnie poprzez pomaganie innym.

Czy to znaczy, że pięć zasad działania Ministerstwa Rozwiązań, zakładających bezinteresowną i anonimową pomoc wyłącznie drugiej osobie bez wyrządzania szkód innym, wypływa z konkretnej doktryny politycznej?

To najbardziej realistyczna – pod względem politycznym – kwestia zawarta w książce. Gdyby pomoc nie była anonimowa, każdy by o nią prosił i do pomagających ustawiałyby się długie kolejki, i to pewnie ci najbardziej zdeterminowani otrzymywaliby wsparcie jako pierwsi. Anonimowość znosi też poczucie wstydu, bo potrzebujący nie muszą konfrontować się z pracownikami Ministerstwa Rozwiązań, a ci są zobowiązani do pomagania wszystkim, a nie tylko tym, których lubią.

Sanne Rooseboom

W pierwszym tomie pojawia się złośliwa dziewczyna, koleżanka z klasy Rubena, która go prześladuje. Na początku Nina i Alfa chcą się na niej odegrać, ale przestrzegając zasad Ministerstwa Rozwiązań, nie mogą tego zrobić. Z drugiej strony, ta postać jest wspierana przez Srebrzystych i ma w tym swój interes. Kwestie moralne nie są więc czarno-białe, może raczej – nawiązując do książkowych antagonistów – srebrno-złote.

Wydaje mi się, że najbardziej czarno-biała jest właśnie pierwsza książka z serii. Czasem czuję się źle z tym, jak złośliwą postać stworzyłam, bo niektórzy mogliby zapytać o źródło jej zachowania, jak choćby jej trudne doświadczenia. A ich nie ma, bo jest po prostu złośliwą osobą, prześladuje i wyśmiewa innych. Takie osoby też istnieją, chcą tylko być lubiane i popularne, nie dbają o swoje ofiary. I zrobiłam z nią to, co najlepszego może zrobić pisarka – na końcu książki wymazałam ją z opowieści, choć powraca w jednym z kolejnych tomów serii, ale do tego czytelnicy będą musieli dojść na własną rękę. W innej części skupiłam się na Srebrzystych, opisując postać Benjamina Silvera, który pracował dla brytyjskiego Ministerstwa Rozwiązań pod koniec XIX wieku, ale gdy trafił do więzienia, to nikt mu nie pomógł i przez to stał się złoczyńcą. Szósty tom serii, w którym opowiadam tę historię, jest chyba najbardziej polityczny ze wszystkich, mówi bowiem o tym, że czasem ludzie bardzo ciężko na coś pracują, a gdy sprawy nie idą tak, jak powinny, wzbiera w nich rozczarowanie i złość.

Seria „Ministerstwo Rozwiązań” rzeczywiście jest polityczna, choć nie mówi ani o politykach, ani o partiach politycznych. Czy motywy, które wykorzystujesz w książkach, mają swoje źródło w twoich studiach z polityki międzynarodowej i doświadczeniu dziennikarskim? 

Myślę, że jest odwrotnie, bo podobne tematy inspirowały mnie do pisania dziennikarskiego i tak samo inspirują do pisania dla dzieci. Muszę przyznać, że byłam słabą dziennikarką, męczyło mnie zwłaszcza dzwonienie do ludzi albo pukanie do drzwi ich domów. Bardzo podoba mi się nasza rozmowa, bo to miłe spotkanie, ale nie podobało mi się, gdy musiałam zdobyć wypowiedź kogoś, kto właśnie stracił bliską osobę, bo nie była to naturalna interakcja, a ja bardzo nie lubiłam zawracać głowy innym.

To brzmi jak twoi bohaterowie, którzy też nie chcą zaczepiać innych i zanim zapukają do drzwi obcych, zastanawiają się nad tym, czy powinni to zrobić.

To prawda. Nina bardzo mnie przypomina, łączy nas przesadny entuzjazm. Alfa natomiast jest w stanie przewidzieć, co może pójść nie tak – i ja też mam taką umiejętność. Nigdy nie byłam natomiast prześladowana w szkole jak Ruben, ale też nigdy nie byłam popularna, zresztą jak większość pisarzy, którzy zwykle nie byli zbyt popularni w dzieciństwie.

W jednym z wywiadów określasz swoich bohaterów mianem outsiderów. To znany motyw literatury dziecięcej, który pojawia się także w „Ministerstwie Rozwiązań”.

Myślę, że outsiderzy pojawiają się w powieściach dla dzieci i młodzieży, bo pisarze właśnie tacy byli: dziwni, głośni albo bardzo cisi, niedbający o to, jak się ubierają. Mówię moim dzieciom, że ich koledzy z klasy, którzy teraz są popularni i przez to być może nieznośni, koło trzydziestki nie będą tak fajni i lubiani. To właśnie outsiderzy znajdą przyjaciół na całe życie i chyba dlatego tak często pojawiają się w literaturze dziecięcej. Gdy jesteś dorosła, to wiesz, że mimo trudności i wyzwań znajdziesz swoją grupę przyjaciół na studiach albo w pracy i nie będzie już miało znaczenia, że jesteś dziwna albo że jesteś osobą queerową. Coś, co w wieku dwunastu lat wydaje się nie do przeskoczenia, okaże się nie mieć tak naprawdę znaczenia. O tym właśnie myślę, kiedy piszę książki dla młodych ludzi, choć staram się postrzegać moją publiczność szeroko. Główną bohaterką mojej pierwszej książki, „Jippie! Een humeurig sprookje” („Hurra! Humorzasta bajka” [1]), jest zrzędliwa księżniczka żyjąca w kraju samych optymistów. Kiedy ktoś łamie sobie rękę, myśli: „Cudownie, to wspaniała okazja, żeby nauczyć się pisać drugą!”. Księżniczka jest outsiderką, co napędza fabułę, bo wyrusza przez to w świat i wreszcie poznaje kogoś podobnego do siebie. Ten motyw pojawia się w wielu książkach, np. w „Mot en de metaalvissers” („Ćma i wyławiacze metalu”), której bohaterka jest inna od pozostałych osób, zwłaszcza od swojej matki.

W „Ministerstwie Rozwiązań” występuje trójka dzieci, które łączą siły z najstarszym pokoleniem, podczas gdy rodzice są zepchnięci na margines. Czy taki międzypokoleniowy sojusz między najmłodszymi i najstarszymi postaciami był ważny dla stworzonego przez ciebie świata?

Pani Vis, a potem Tirza są po dziewięćdziesiątce, więc mogłyby być prababciami głównych bohaterów, ale ta relacja wyszła naturalnie. Starsze panie są w moim przekonaniu na podobnym do dzieci etapie, bo mają gdzieś, co myślą inni, i mają czas się zaangażować w przygodę. To tworzy świetną dynamikę, którą chciałabym widzieć częściej w prawdziwym życiu. Byłoby wspaniale, gdyby każdy dziesięciolatek miał taką dziewięćdziesięciolatkę, która dzieliłaby się z nim swoim doświadczeniem. Co prawda nie jest to całkowicie fair wobec pokolenia rodziców, ale mam wrażenie, że wielu pisarzy tak właśnie robi. Trudno byłoby pisać historię, w której rodzice są w pełni zaangażowani, bo rozwiązaliby wszystkie problemy za dzieci, w związku z tym trzeba się jakoś pozbyć rodziców. Anna Woltz, autorka „Mojego wyjątkowego tygodnia z Tessą” i „Stu godzin nocy”, powiedziała, że pierwszą rzeczą, jaką robi, gdy buduje opowieść, to usuwa z niej rodziców, na przykład wysyła ich w podróż służbową albo do szpitala.

W pierwszym tomie „Ministerstwa Rozwiązań” kilkukrotnie mowa jest o tym, że bohaterowie muszą chodzić do szkoły i nie zrywać się z lekcji, a rozwiązania opracowywać w czasie wolnym. Akcja drugiej części – „Ministerstwo Rozwiązań i zaginiony van Gogh” – toczy się w wakacje, więc nie ma tego problemu. Czy o tym też musiałaś pamiętać, pisząc swoje książki?

To są rzeczy praktyczne, o których trzeba pamiętać, pisząc powieść dla dzieci. Poza rodzicami i szkołą są jeszcze telefony i media społecznościowe. Musisz znaleźć na nie sposób, żeby nie ułatwiły za bardzo rozwiązania akcji. Gdyby we „Władcy Pierścieni” J.R.R. Tolkiena bohaterowie po prostu zamówili Ubera do Mordoru, nie byłoby o czym opowiadać. Ważne jest jednak, żeby odsunięcie technologii na bok odpowiednio uargumentować. Pierwszy tom „Ministerstwa Rozwiązań” rozpoczyna się od tradycyjnego papierowego listu, który Ruben pisze dlatego, że maile wysyłane do ministerstwa są blokowane, a Nina nie ma telefonu, bo ciągle go gubi albo niszczy. Oczywiście w pewnym momencie bohaterowie otrzymują specjalistyczny sprzęt i używają technologii, która usprawnia ich pracę dla Ministerstwa Rozwiązań, więc nie jest tak, że całkowicie z tego rezygnuję.

Twoi bohaterowie – Nina, Alfa i Ruben – pokazują, że dzięki współpracy można razem działać na rzecz najbliższego otoczenia. Czy w Holandii rzeczywiście zaczęły funkcjonować Ministerstwa Rozwiązań albo inne organizacje i grupy zainspirowane Twoimi książkami?

Otrzymałam kilka wiadomości na ten temat. Raz czy dwa dzieci chciały skontaktować się z Ministerstwem Rozwiązań, bo zrobiły w szkole zbiórkę pieniędzy dla potrzebujących i to było super! Natomiast kilka tygodni temu dostałam wiadomość, na którą bardzo trudno było mi odpisać. Pewna dziewczynka chciała skontaktować się z Ministerstwem Rozwiązań w sprawie o charakterze plotkarskim. W jej klasie są chłopiec i dziewczynka, oboje niezbyt popularni, więc autorka wiadomości chciałaby połączyć ich w parę. A oni mogą być przecież zupełnie zadowoleni z tego, jak jest teraz. Trudno mi było jej odpisać, ale robię to ze wszystkimi wiadomościami, jakie dostaję, więc odwołałam się do zasad ministerstwa, które reaguje tylko na rzeczywiste problemy ludzi, a jej koledzy przecież nie sygnalizowali, że potrzebują wsparcia. 

Spotkanie z Sanne Rooseboom prowadzone przez Jadwigę Jędryas z Wydawnictwa Dwie Siostry

Czy kiedy zaczęłaś pisać książki o Ministerstwie Rozwiązań, myślałaś o tym, jak mogą wpłynąć na czytelników?

W ogóle o tym nie myślałam. Przez te lata, kiedy dopiero myślałam o pisaniu, wyobrażałam sobie, jak miło będzie rozmawiać o moich książkach albo spotykać się z dziećmi w szkołach. To napędzało mnie do działania. Natomiast kiedy już piszesz, najlepiej jest nie myśleć o publiczności, bo od razu się blokujesz. Trudno jest podążać za historią, kiedy wyobrażasz sobie, co pomyślą czytelnicy i recenzenci albo czy książka odniesie sukces. Takie myśli szkodzą pisaniu.

„Ministerstwo Rozwiązań” ukazało się w Holandii dokładnie dziesięć lat temu. Od tego czasu książka została też wydana we Włoszech, Turcji, Słowenii, Estonii, Albanii i oczywiście w Polsce. Jak z tej międzynarodowej perspektywy patrzysz na swoją serię? 

Robię to dopiero od kilku lat, bo tłumaczenia pojawiły się pięć czy sześć lat po niderlandzkim wydaniu. Przede wszystkim to brzmi jak magia, że ludzie mówiący w języku, którego nie znam, mogą przeczytać wymyślone przeze mnie historie. Poza tym wspaniale jest spotykać ludzi z nowych krajów, tak jak teraz w Polsce. Byłam też w Turcji i Estonii, bo w Tallinie wystawiono sztukę teatralną na podstawie „Ministerstwa Rozwiązań”. Cieszę się też rozmowami takimi jak nasza, bo w każdym kraju podchodzi się trochę inaczej do „Ministerstwa Rozwiązań”. W Polsce i w Estonii wiele pytań dotyczy warstwy ideowej i tego, w jaki sposób dzieci mogą zmieniać świat. Tureckie dzieci mówiły o pobudzaniu empatii i wyrozumiałości wobec innych, więc tam ważniejszy był poziom emocjonalny. Szczerze mówiąc, najbardziej drażni mnie podejście w moim własnym kraju, bo Holendrzy są praktycznym narodem i interesują ich kwestie takie jak zwiększenie poziomu czytelnictwa i praktyczny wymiar lektury, związany choćby z poszerzaniem słownictwa.

Czy w takim razie powiedziałabyś, że twoja seria jest bardzo niderlandzka i dotyka problemów bliskich Holandii?

Na to pytanie są właściwie dwie odpowiedzi. Z jednej strony, seria jest bardzo niderlandzka, bo dorastałam w Holandii, więc oczywiście moi bohaterowie wszędzie jeżdżą rowerami. Dzieci w Turcji pytały, jak to możliwe, bo u nich tak to nie wygląda, a w Estonii nie wiedziały, czym jest barka na wodzie, w której mieszka jedna z postaci. Jednocześnie wskazywały, że ich społeczeństwo też jest różnorodne, ale w sztuce teatralnej, o której wspomniałam, czarnoskórą dziewczynkę z książki chcieli zamienić na Ukrainkę, która jest dyskryminowana ze względu na swój akcent. Na potrzeby adaptacji teatralnej oczywiście się na to zgodziłam, natomiast książki zawsze piszę z mojej niderlandzkiej i wielkomiejskiej perspektywy, co także widać w „Ministerstwie Rozwiązań”. Nie byłam jednak tego świadoma, dopóki nie spotkałam czytelników z innych krajów. Z drugiej strony, Ministerstwo Rozwiązań zajmuje się zwykłymi, ludzkimi problemami, które zdarzają się wszędzie, bo samotność, niesprawiedliwość czy trudność w znalezieniu dachu nad głową są uniwersalne.

Na koniec chciałbym zapytać o przyszłość Ministerstwa Rozwiązań. Czy taka instytucja będzie potrzebna zawsze, bo zawsze będą jakieś problemy do rozwiązania?

Jeśli chodzi o serię książek, to w Holandii ukazał się już siódmy tom, inny od wcześniejszych, bo to gra paragrafowa, w której czytelnik decyduje o tym, co dzieje się z bohaterami, więc było to dla mnie wyzwanie, bo mniej przypomina pisanie, a bardziej układanie puzzli. Niemniej to właśnie książką „Ministerie van Oplossingen en de verdwijning van mevrouw Vis” („Ministerstwo Rozwiązań i zniknięcie pani Vis”) zakończyłam moją serię. Być może któregoś dnia jeszcze do niej powrócę, ale w tej chwili piszę zupełnie inną powieść. Kto wie, może stworzę Ministerstwo Rozwiązań w Polsce, choć byłoby to trudne bez dobrego rozeznania w lokalnej sytuacji społecznej. Odchodząc jednak od mojej serii, jestem przekonana, że zawsze będzie potrzeba Ministerstwa Rozwiązań. W moim ministerstwie lubię to, że nie potrzeba supermocy, żeby funkcjonowało w prawdziwym świecie. Wystarczyłoby, gdyby kilku milionerów przeznaczyło trochę pieniędzy dla ludzi, którzy naprawdę ich potrzebują, a przestrzegając zasad ministerstwa, nie mogliby się tym pochwalić w internecie. Powinni zostawić ego w tyle i skupić się na rozwiązywaniu drobnych problemów w codziennym życiu innych ludzi. To byłoby coś wspaniałego i gdybym tylko była milionerką, od razu założyłabym własne Ministerstwo Rozwiązań.

Przypis:

[1] Polskie tytuły książek Anne Rooseboom pochodzą od Jadwigi Jędryas z Wydawnictwa Dwie Siostry.

Książki:

Sanne Rooseboom, „Ministerstwo Rozwiązań”, il. Mark Janssen, przeł. Iwona Mączka, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2025.
Sanne Rooseboom, „Ministerstwo Rozwiązań i zaginiony van Gogh”, il. Mark Janssen, przeł. Iwona Mączka, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2026.

Proponowany wiek odbiorcy: 8+ (wskazanie wydawcy)

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.