
José Ortega y Gasset to jeden z klasyków filozofii i myśli społecznej. „Bunt mas” to chyba najczęściej czytane i komentowane dzieło filozofa. W tym roku książka ukazała się nakładem wydawnictwa Nowa Baśń, w nowym przekładzie Wojciecha Charchalisa, z przedmową przygotowaną przez profesora Krzysztofa Polita, z którym rozmawiam o tym, czy diagnoza społeczna postawiona przez Ortegę y Gasseta blisko sto lat temu jest wciąż aktualna.
Sylwia Góra: Moje pierwsze pytanie na pewno pana nie zaskoczy: po co na nowo tłumaczyć i wydawać „Bunt mas” José Ortegi y Gasseta? Ta książka niedługo będzie miała sto lat. Co współcześni czytelnicy mogą znaleźć tu dla siebie?
Krzysztof Polit: Zanim zacznę odpowiadać na pani pytanie, pozwolę sobie sformułować pewną uwagę o charakterze ogólnym, dotyczącą całości myśli Ortegiańskiej i mojego do niej stosunku. Swoją, tak różnorodną, jak obfitą, aktywność pisarską Ortega rozpoczął na początku XX wieku, a ponieważ zmarł w roku 1955, to tezy zawarte w jego tekstach, traktowane jako całość, nie zawsze będą spójne. A to z przyczyny oczywistej: nasze poglądy ulegają zmianie w związku z naszymi obserwacjami, lekturami, kontaktami z innymi ludźmi. Wiek także zmienia nasz sposób postrzegania świata. Jeśli chodzi natomiast o mój osobisty stosunek do myśli Ortegiańskiej, to jest on bardzo daleki od czołobitności i pozostaję jak najdalej od uznania go za nieomylnego proroka. Nie mogę też stwierdzić, że jestem gotów podpisać się pod wszystkimi proponowanymi przez niego rozwiązaniami.
Przechodząc natomiast do pani pytania, to faktycznie, wydanie „Buntu mas” uważałem za przedsięwzięcie raczej ryzykowne. Tymczasem sygnały dochodzące z wydawnictwa wskazują na to, że zainteresowanie książką jest większe, niż się spodziewano. Dużą rolę odgrywa tu zapewne nowe tłumaczenie Wojciecha Charchalisa, gdyż każde takie tłumaczenie jest odmiennym, a bardziej dostosowanym do współczesnego czytelnika odczytaniem tekstu.
Kiedy natomiast pominiemy sferę komercji, to zainteresowanie tym właśnie tekstem nie musi nas napawać optymizmem. Ten esej Ortegi jest w swojej najgłębszej warstwie tekstem nieco smutnym, gdyż kryje się w nim nie tylko nieufność autora w stosunku do możliwości zmiany świata na lepszy, w wyniku procesu przejmowania władzy społecznej przez ludzkie masy, ale także pewna nieufność w stosunku do człowieka jako takiego. Nie potrafię sobie inaczej wytłumaczyć powodzenia tej książki niż faktem, że człowiek współczesny, być może także część najmłodszego pokolenia, obserwując procesy wokół nas zachodzące, zaczyna ponownie odczuwać ten Ortegiański niepokój, a może także i nieufność hiszpańskiego intelektualisty wobec innych.
Człowiek-masa u Gasseta nie jest, wbrew pozorom, związany z klasą, ale jest bardziej faktem psychologicznym. Autor pisze „masa to każdy, kto nie ocenia samego siebie – dobrze czy źle – pod jakimś szczególnym kątem, ale czuje się jak wszyscy, a jednak nie popada w przygnębienie z tego powodu”. Czy to źle?
Tak, zjawisko człowieka masowego to zdecydowanie fakt psychologiczny i tylko taka interpretacja zachowuje spójność i omawianego eseju, i Ortegiańskiej spuścizny jako całości. Hiszpański filozof, tak jak wcześniej Nietzsche, dzieli ludzi na biernych i aktywnych. Na tych, którzy ani nie zadają sobie pytań o tkwiące w nich możliwości, ani tym bardziej nie są zainteresowani tym, by je rozwinąć i wykorzystać oraz tych wiecznie z siebie niezadowolonych, którzy zawsze pragną czegoś więcej i czegoś lepiej.
Proszę zauważyć, że tak jak niezadowolenie z postaci otaczającego nas świata jest mechanizmem napędowym jego rozwoju, tak niezadowolenie z siebie stanowi mechanizm napędowy rozwoju człowieka: wzbogacania jego wiedzy, zainteresowań, wrażliwości estetycznej czy moralnej. Nietrudno w naszej obecnej rzeczywistości spostrzec, do czego prowadzi samozadowolenie i przekonanie o własnej doskonałości i nieomylności.
Autor „Buntu mas” pisze też o niesamowitym przyspieszeniu, jeśli chodzi o rozwój nauki i techniki, przy jednoczesnym tworzeniu się bardzo wąskich specjalizacji. Przez to ludzie stają się zamknięci w swoich bańkach, przekonani o swojej omnipotencji, niezainteresowani niczym poza sobą, a przez to tak naprawdę stają się po prostu głupi, zamieniają się w człowieka-masę. Przypomnijmy, że to uwagi sprzed drugiej wojny światowej.
Ortega wielokrotnie pisał o „barbarzyństwie specjalizacji”, które faktycznie może powodować fatalne skutki w obrębie mechanizmów rządzących ustrojem demokratycznym. Problem zdaje się tu polegać na tym, że nie każdy obywatel demokratycznego państwa jest inżynierem, lekarzem, naukowcem o wąskiej specjalizacji czy nawet znakomitym w swojej dziedzinie fachowcem. Natomiast każdy inżynier, lekarz czy robotnik jest, czy tego chce, czy nie, obywatelem takiego czy innego państwa. A jako obywatel, z nadania posiada prawa wyborcze.
Jeśli pozostaje do reszty zamknięty w swojej wąskiej dziedzinie, a mechanizmami rządzącymi życiem społecznym zaczyna interesować się wtedy, kiedy wszyscy zaczynają o nich mówić, czyli podczas wyborczych kampanii, niekoniecznie musi dokonać właściwego wyboru, nawet z punktu widzenia interesów swoich czy swojej grupy społecznej. Dlatego też, wbrew temu, co się powszechnie uważa, może ci, którzy pozostają zamknięci na wiedzę o funkcjonowaniu mechanizmów społecznych lepiej robią, kiedy pozostają w domu.
Te wszystkie myśli łatwo osadzić w polityce, Gasset sam pisze o tym, że XX wiek umościł się w liberalnej demokracji, nie znajdując lepszego systemu politycznego. Ale to właśnie on wynosi człowieka-masę do tego, który ma władzę decydowania.
Z punktu widzenia założeń, które formułuje, nie jest to dobra wiadomość. Nie przypominam sobie wprawdzie, by sam Ortega o tym pisał, ale wniosek taki logicznie wynika z jego spuścizny. W „Buncie mas” określa demokrację liberalną jako najbardziej subtelną ideę, jaka pojawiła się w historii ludzkości na płaszczyźnie polityki. Tak subtelną, że aż trudno uwierzyć, że w ogóle została sformułowana (w innych esejach nie jest już dla demokracji aż tak bardzo łaskawy). Demokracja jednak, aczkolwiek z etycznego punktu widzenia jest faktycznie systemem najsłuszniejszym, zawiera pewną teoretyczną pułapkę. Zakłada mianowicie przekładalność tego, co ilościowe na to, co jakościowe. Używając Ortegiańskiej terminologii, zakłada, że zjawiska życia, w których obecne są określone wartości, dadzą się wyrazić przy pomocy liczb – to właśnie założenie towarzyszy także przekonaniu, że osiągnięcia pracownika nauki da się odzwierciedlić jednoznacznie przy pomocy punktów.
W polityce idea społecznej sprawiedliwości, jak najbardziej kwalifikatywna, sprowadzona zostaje do zasady słuszności leżącej po stronie tych, których jest więcej. To większość decyduje zatem o tym, jaką postać przyjmą kierujące społeczeństwem mechanizmy. Zakłada się jednocześnie, że ta większość będzie myślała i działała w myśl Arystotelesowskiego „pożytku społecznego”, a nie swojego własnego interesu. Tymczasem nietrudno znaleźć przykłady działań wprost przeciwnych. Pomijam już fakt, że niekiedy bardzo niewielka liczba głosów może zdecydować o najbardziej szkodliwym ze społecznego punktu widzenia wyborze, a konsekwencje decyzji ponoszą przecież wszyscy. Co wówczas z poczuciem sprawiedliwości u tych, którzy podjęli decyzję odmienną, a ponoszą fatalne konsekwencje tego, o czym zdecydowała, niekiedy znikoma, większość?
Odpowiedzi można szukać w problemach z edukacją. Gasset pisze: „w szkołach, które tyle dumy przynosiły poprzedniemu wiekowi, nie można było robić nic innego, niż nauczać masy technik nowoczesnego życia, ale nie zdołano ich wykształcić. Dano im instrumenty, żeby mogły prowadzić intensywne życie, ale nie wrażliwość na wielkie powinności historyczne; zaszczepiło się im na łapu-capu dumę i władzę nowoczesnych środków, ale nie ducha. Dlatego nie chcą niczego od ducha i nowe pokolenia są gotowe brać w ręce ster świata, jakby świat był rajem bez dawnych śladów, bez tradycyjnych i złożonych problemów”. Przez te sto lat problem, o którym pisze autor, jest jeszcze bardziej wyraźny na całym świecie. Chęć rządzenia bez ponoszenia odpowiedzialności, ale także coś, o czym może nie pisze wprost Gasset – powrót do historii, ale nie w całej jej złożoności, lecz wybieranie tego, co nam pasuje. Widać to wyraźnie po tym, jaki wzrost obserwujemy jeśli chodzi o dochodzenie do władzy partii skrajnie prawicowych czy wręcz faszystowskich.
Nie do końca zgadzam się z hiszpańskim myślicielem w kwestii jego stosunku do nakazanego przez filozofię oświecenia procesu edukowania mas. Był to wprawdzie proces bardzo powolny, ale przynosił efekty, które sam Ortega zdaje się lekceważyć. Nawet z opowiadań moich rodziców czy dziadków wiem, że przed drugą wojną światową, a więc właśnie wtedy, kiedy Ortega pisał „Bunt mas”, książki w wiejskich chatach wcale nie były rzadkością. Odnoszę natomiast wrażenie – i tu w pełni się z panią zgadzam – że obecnie się nią stały. I to nie tylko na wsi, ale także w mieście, a proces odchodzenia od kultury słowa pisanego rozpoczął się wtedy, kiedy tę ostatnią zaczęła w błyskawicznym tempie zastępować kultura obrazu.
Jeśli ci teoretycy, którzy twierdzą, że jedynie lektura tekstu dyscyplinuje i rozwija umysł człowieka, ucząc go cierpliwości i powolnego, stopniowego dochodzenia do kolejnych etapów zrozumienia rzeczywistości, to zjawisko, z którym mamy do czynienia jest faktycznie w najwyższym stopniu niebezpieczne. I niewykluczone, że już możemy zaobserwować pierwsze jego skutki, gdyż trudno ukrywać, że decyzje masowego wyborcy stają się często coraz mniej zrozumiałe z punktu widzenia kogoś ukształtowanego właśnie przez tę tradycyjną, książkową, opartą na symbolu a nie na obrazie, narrację. Nie sposób nawet wyobrazić sobie przyszłości demokratycznego świata w przypadku słuszności tego założenia.
Co zaś do prawdy historycznej, to na tyle, na ile jest dostępna, wydaje się ona niezbędna w procesie zrozumienia świata społecznego. Kwestię czasu natomiast stanowią zgubne następstwa wszelkich manipulacji faktami historycznymi, a często ci, którzy ich dokonują stają się ofiarami własnych nieopatrznych działań. Problem natomiast w tym, że nierzadko dokonują oni takich manipulacji w przekonaniu o słuszności idei, której służą, lub też sami zaczynają głęboko wierzyć w kłamstwa, które serwują innym.
Gasset podkreślał także, że poprzednie epoki tworzyły świat niepewny, pełen pułapek, niepokojów, ograniczeń. XX wiek to zaś wiek nieskończonych możliwości. Minęło stulecie i okazuje się, że te nieskończone możliwości nie dają nam szczęścia.
Ortega y Gasset jest myślicielem konserwatywnym. Jego konserwatyzm jest jednak nieco odmienny od tego, co zazwyczaj rozumie się pod tym pojęciem. Wszelkie wartości uważane za transcendentne podporządkowuje on bowiem i umieszcza w procesie życia, stającego się u niego wartością pierwotną, z której wyrasta i w której zakorzenia się wszystko, co dla człowieka cenne i ważne. Wynika z tego, że życia nie można podporządkować żadnej innej, ultrawitalnej wartości, Boga, Honoru i Ojczyzny nie wyłączając.
Bardziej związana z naszym pojęciem tego, co konserwatywne, jest natomiast nieufność Ortegi wobec idei postępu, czyli w tym przypadku przekonania, że idea społecznej sprawiedliwości, realizowana przy pomocy demokratycznych mechanizmów, doprowadzi niechybnie do powstania „nowego, wspaniałego świata”. Ponadto, uznając życie ludzie za wartość pierwotną i podstawową, wyznacza mu jednak cel szczególny, niewiążący się bynajmniej z jakiegoś rodzaju błogostanem. Sens naszego życia jest wprost proporcjonalny do wysiłku, jaki wkładamy w kształtowanie nas samych, a to wcale nie musi być przyjemne. Wprost przeciwnie, wiąże się z całym szeregiem wyrzeczeń i ograniczeń, które człowiek sam sobie wyznacza i którym z własnego wyboru się podporządkowuje.
Ponieważ tak rozumiane szczęście ma swoje źródła w aktach heroizmu i ascezy, tak bardzo niepokoi go wzrost dominacji człowieka masowego. Obawia się, że ta dominacja doprowadzi do degeneracji elit, które stopniowo będą przejmowały ideał szczęścia rozumiany nie jako zadowolenie płynące z doskonalenia samego siebie, ale jako dominującą w przypadku przeciętności satysfakcję spowodowaną powiększeniem stanu posiadania czy dominacji nad innymi. Pani wątpliwości sugerują, że ten drugi ideał szczęścia jest bardziej ryzykowny, niż się powszechnie uważa.
No właśnie, w książce jest jeden wątek, który, wydaje mi się, przysparza nam dziś trochę problemów, bo możemy go przeczytać jako nieco „wyższościowy”. Gasset pisze o szlachectwie i arystokracji – nie w sensie pochodzenia czy dziedziczenia tytułów i majątków – ale związanym z byciem intelektualistą, człowiekiem idącym pod prąd, który nigdy nie robi tego, co większość i to on jest liderem, tworzy idee. Masa nie ma dostępu do tego poziomu rozwoju intelektualnego i duchowego?
Tak, jest to pewien problem ortegizmu, który zauważył już zresztą Dwight Macdonald w swojej klasycznej już „Teorii kultury masowej”. Mamy tutaj do czynienia z tym aspektem konserwatywnej wizji świata, który obecnie jest już raczej nie do przyjęcia – niejedynym zresztą w całej spuściźnie hiszpańskiego myśliciela. Aczkolwiek w samym „Buncie mas”, o ile sobie dobrze przypominam, powiada Ortega, że powrót do świata, który minął, nie jest ani wskazany, ani możliwy, to jednak, kiedy weźmiemy pod uwagę inne jego teksty, trudno się niekiedy oprzeć wrażeniu, że pragnąłby z powrotem zapędzić masy społeczne do opłotków, z których wyprowadziły je oświeceniowe ideały.
Ta postawa jest widoczna jest przede wszystkim w jego „Dehumanizacji sztuki”. Krytykując oświecenie, nie bierze pod uwagę, jak bardzo koncepcje sformułowane w tej epoce zmieniły świat, a temu, który minął, daleko przecież było do doskonałości. Zdaje sobie przecież sprawę z tego, że pojęcie „człowieka masowego” ma charakter psychologiczny, a nie socjologiczny, a zatem w każdej warstwie społecznej można spotkać ludzi gotowych realizować ów ideał duchowej arystokracji, ale trzeba ich odnaleźć i umożliwić im tę formę ludzkiego życia, które on sam uważa za spełnioną. A to właśnie utrudniały, jeśli nie uniemożliwiały, mechanizmy przedoświeceniowego świata.
Autor pisze także o niebezpieczeństwie oczekiwania, że państwo rozwiąże wszystkie problemy, o „upaństwowieniu życia”. Masa natomiast uznaje, że państwo to ona, a więc może zniszczyć „każdą twórczą mniejszość”. Przyjrzyjmy się nieco bliżej tej myśli Gasseta. Co tak naprawdę chce przez to powiedzieć? Od demokracji do państwa autorytarnego?
Sposób rozumowania jest tu dokładnie taki, jaki zawarła pani w pytaniu. A problem jest bardzo poważny. Nietrudno zauważyć, że w dominujących obecnie narracjach najczęściej mówi się o „demokratycznym państwie prawa”, a raczej rzadko przywołuje się kategorię „społeczeństwa obywatelskiego”. Tymczasem, a taki wniosek wynika z Ortegiańskich założeń, ta pierwsza kategoria ma sens jedynie jako pochodna drugiej.
Wystarczy, żeby społeczna większość, uwiedziona populistycznymi hasłami, oddała władzę jakiejś nieodpowiedzialnej czy nawet destrukcyjnej grupie, to, o ile grupa ta posiada większość konstytucyjną, bez żadnego problemu może ona w majestacie prawa właśnie, zmienić owo „demokratyczne państwo prawa” w jego parodię. Jak już wspomniałem, sam Ortega pozostawia ten problem w zawieszeniu – a i to delikatnie mówiąc. Natomiast z formułowanych przez niego założeń dość jasno wynika, że jeśli nie zrobimy nic w celu ukształtowania, poprzez proces żmudnej edukacji, odpowiedzialnego, świadomego wyborcy, czyli nie przekształcimy demokratycznego państwa prawa w społeczeństwo obywatelskie, to konsekwencje tego zaniedbania mogą być fatalne dla wszystkich stron demokratycznego procesu. To znaczy, nie tylko dla tych, którzy na populistyczne stronnictwa nie głosowali, ale także dla tych, którzy je, powodowani zazwyczaj zachłannością, wybierali.
Niestety, kiedy zorientowano się, że masy społeczne mogą być źródłem zysku nie tylko jako siła robocza, ale także jako konsumenci, rozbudzono w nas chęć posiadania. A było to zakwestionowanie całej dotychczasowej tradycji kultury Zachodu, gdyż zarówno starożytność, jak chrześcijaństwo, zdawały sobie doskonale sprawę, jaką destrukcyjną siłę stanowi ludzka chciwość. I, przynajmniej teoretycznie, starały się ją piętnować. Tymczasem współczesne mechanizmy ekonomiczne usankcjonowały tę właśnie cechę: im więcej kupujesz, tym bardziej przyczyniasz się do rozwoju społecznego dobrobytu. A zatem tym lepszym jesteś obywatelem. Tylko z pojęciem społeczeństwa obywatelskiego nie ma to nic wspólnego.
Na koniec chciałam zapytać o myśl dotyczącą Europy, która pojawia się u Gasseta. Pisze on, że wszyscy wieszczą Europie koniec, że władzę musi przejąć ktoś inny, ale natychmiast dodaje, że ani Moskwa, ani Nowy Jork tego nie zrobią i że kiedyś przyjdzie czas na Zjednoczone Stany Europy. Czy dzisiejsza Unia Europejska byłaby dla niego czymś, co wprowadziło tę myśl, nadzieję w życie? Czy byłby nią jednak nieco rozczarowany?
Nie potrafię powiedzieć, czy Ortega byłby zadowolony z postaci, jaką przybrała Unia Europejska. Sądząc po jego charakterze, który wyraźnie przebija z jego pism, z pewnością znalazłby coś „na nie”. Niemniej, idea zjednoczonej Europy, która przezwycięża ideę państwa narodowego, jest mu bardzo bliska – wystarczy zajrzeć do eseju „Rozmyślania o Europie”.
Twierdzi tam nawet, że społeczeństwo europejskie, w oparciu o wspólne zwyczaje i normy prawne, wyprzedza w czasie historycznym powstanie narodów europejskich, które właśnie z niego się wyłoniły. Teza ta jest nieco polemiczna z perspektywy kogoś, kogo przodkowie zamieszkiwali tereny pozostające w swoim czasie poza granicami Cesarstwa Rzymskiego.
Sama idea jest jednak interesująca, bo oznacza, że powstanie Unii Europejskiej stanowi – przynajmniej w dawnych granicach Cesarstwa Rzymskiego – jedynie powrót europejskich narodów do postaci, jaką posiadały przed powstaniem państw narodowych. Jest to zatem jednocześnie naturalny i unikalny proces powstawania „imperium”. I chyba dyskusja z tymi, którzy nie dostrzegają – a może nie uznają – różnicy pomiędzy imperialnym podbojem, a powiększaniem się organizmu politycznego na mocy powszechnej zgody narodów jest zwykłą stratą czasu.
Książka:
José Ortega y Gasset, „Bunt mas”, tłum. Wojciech Charchalis, wyd. Nowa Baśń, Poznań 2026.