Wesprzyj Kulturę Liberalną
Kultura Liberalna istnieje dzięki osobom takim jak Ty. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > MARQUAND, GRAY, SADURA,...

MARQUAND, GRAY, SADURA, PAWŁOWSKI, BLACKMORE: Jak wielkie może być społeczeństwo? „Big Society” nad Tamizą i nad Wisłą

Szanowni Państwo, „Nie ma czegoś takiego, jak społeczeństwo” – twierdziła Margaret Thatcher w latach 80. Komentatorzy, którzy traktują to zdanie jako apologię atomizacji i zaradności poszczególnych jednostek i rodzin, zapominają często, że w tym samym wywiadzie, w którym padły owe słynne słowa, brytyjska pani premier powiedziała również: „Naszym obowiązkiem jest troszczyć się o samych siebie, a w dalszej kolejności o swoich sąsiadów”. W tym świetle projekt „Big Society”, Wielkiego Społeczeństwa, zaproponowany przez Davida Camerona, premiera wywodzącego się podobnie jak Margaret Thatcher z Partii Konserwatystów, jawić się może jako kontynuacja polityki Żelaznej Damy.

Kiedy Thatcher wypowiadała w 1987 roku swoje słynne stwierdzenie, wydawało się, że całkiem zapomniała o poparciu, jakiego udzieliła kilka lat wcześniej „Solidarności” – ruchowi, który udowodnił, że troska o sąsiada lub koleżankę z pracy może wezbrać falą ogólnospołecznego sprzeciwu wobec władzy. Gdyby Thatcher dostrzegła w „Solidarności” coś więcej niż tylko ruch przeciwstawiający się komunizmowi, być może przyznałaby, że relacje społeczne nie ograniczają się do więzi rodzinnych lub nawet sąsiedzkich.

Czy głoszony dziś przez Camerona projekt „Big Society” zrywa z uproszczoną wizją Thatcher? Czy jest manifestem nowego, „świadomego społecznie” konserwatyzmu, który ma jednocześnie powstrzymać rozrost państwa i zaktywizować obywateli? Do tego poglądu przychyla się w swojej wypowiedzi dla „Kultury Liberalnej” David Marquand. A może to po prostu górnolotne hasło, skrywające cięcia budżetowe, które mają wyprowadzić gospodarkę na prostą w czasach kryzysu? Do tego stanowiska blisko Johnowi Grayowi, który przekonuje „Kulturę Liberalną”, że „Big Society” to po prostu narzędzie marketingu politycznego i kolejne wcielenie thatcheryzmu.

Warto jednak postawić sobie pytanie, czy pomysł na oddanie części prerogatyw państwa w ręce aktywnych grup obywateli ma szansę na realizację w Polsce i czy w ogóle powinniśmy podejmować próby przeniesienia go na nadwiślański grunt. Jeśli największą polską bolączką, z której wyrastają wszystkie inne trudności, jest deficyt zaufania społecznego, o czym przekonują nas zarówno politycy partii rządzącej, jak i rozmaite autorytety, to „Big Society” mogłoby się okazać interesującą propozycją. Przemysław Sadura z „Krytyki Politycznej” i Łukasz Pawłowski z „Kultury Liberalnej” są jednak sceptyczni. „Big Society” nad Wisłą oznaczałoby kolejny etap „profesjonalizacji” społeczeństwa obywatelskiego, które zaczyna przypominać zbiór firm pozyskujących granty – ostrzega Sadura. „Big Society” to wciąż wielka niewiadoma i zanim zdecydujemy, czy i co importować, poczekajmy na konkretne propozycje ze strony rządu Camerona – przekonuje Pawłowski. Polecamy także wywiad Anny Mazgal o idei „Big Society”  z Ann Blackmore, szefową komunikacji i kampanii w National Council for Voluntary Organisations.

Autorami koncepcji numeru są Paweł Marczewski i Łukasz Pawłowski.

Zapraszamy do lektury!



1. DAVID MARQUAND: Klęska naiwnego etatyzmu
2. JOHN GRAY: Big Society, Thatcher i trzy paradoksy neoliberalizmu
3. PRZEMYSŁAW SADURA: Big Society czy Big Mistake
4. ŁUKASZ PAWŁOWSKI: Co importować z Wielkiej Brytanii?


* * *

David Marquand

Klęska naiwnego etatyzmu

Wyniki majowych wyborów parlamentarnych oznaczały przede wszystkim porażkę pełnego dobrych chęci, ale bezkrytycznego etatyzmu Partii Pracy, który stanowił ideologię tego ugrupowania właściwie od początków jego istnienia. Kiedy Labour powróciła do władzy po II wojnie światowej, etatystyczne postulaty wreszcie zostały zrealizowane, czego symbolem było utworzenie Narodowej Służby Zdrowia oraz znacjonalizowanie wielu gałęzi przemysłu. Nacjonalizacja doprowadziła jednak do nadmiernego wzrostu potęgi związków zawodowych, a rosnący rozdźwięk między oczekiwaniami społecznymi a rzeczywistością w latach 70. zamienił się w przepaść.

Pod rządami Tony’ego Blaira i Gordona Browna historia się powtórzyła. Początkowo Blair próbował zerwać z przeszłością. Porozumienie wielkopiątkowe w sprawie uregulowania sytuacji w Irlandii Północnej, utworzenie szkockiego parlamentu i walijskiego zgromadzenia – wszystkie te decyzje były odczytywane jako sygnał decentralizacji władzy. Wkrótce okazało się jednak, że labourzystowski etatyzm jeszcze nie złożył broni. W czasie drugiej i trzeciej kadencji rząd zalewał nas centralnie planowanymi projektami reform zmierzającymi do przemodelowania szpitali, szkół, władz lokalnych, a przy okazji do ograniczenia wolności obywatelskich w imię „wojny z terrorem”. Skutkiem wszystkich działań było państwo obsesyjnie opiekuńcze, które za nic nie chciało pozwolić jednostkom nawet na odrobinę samodzielności.

W tym momencie na scenę wkroczyła idea „Big Society” – etatyzm znalazł się w odwrocie i rozpoczęto poszukiwania nowej filozofii sprawowania władzy. Czy to się uda? Jak na razie trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. „Big Society” nie należy póki co traktować jak gotowego zbioru idei i konkretnych rozwiązań praktycznych. To jedynie pewna aspiracja znalezienia drogi łączącej perspektywę jednostkową i społeczną. Dla wielu polityków Labour pomysł Camerona to nic innego jak elegancka przykrywka dla cięcia wydatków publicznych oraz powrotu do radykalnego thatcheryzmu. Pierwszą część tego zarzutu można odpierać, wskazując, że Cameron mówił o swoim pomyśle na długo zanim przejął władzę, jeszcze przed wybuchem kryzysu finansowego. Druga część to z kolei wynik wielkiego nieporozumienia dotyczącego polityki Margaret Thatcher. Pani premier mówiła o zwijaniu państwa, ale tak naprawdę rozwijała zakres jego ingerencji. W tym sensie zgadzam się z Johnem Grayem. Nie uważam jednak, by Cameron chciał ten model powtórzyć. Czy uda mu się uniknąć paradoksów, o których pisze Gray, trudno jak na razie ocenić. Obecnie „Wielkie Społeczeństwo” to nic więcej jak pewna etykieta, marzenie czy – może lepiej powiedzieć – aspiracja, która dopiero musi zostać wypełniona konkretną treścią. Wielu ludzi w Wielkiej Brytanii chce się tego zadania podjąć i dlatego poczekajmy jeszcze trochę, zanim zmieszamy ich z błotem.

Retoryka, jaką posługuje się Cameron, nie przypomina tej Margaret Thatcher czy późnego Blaira, ale raczej klasyczną myśl wigowską, której najwybitniejszym przedstawicielem był Edmund Burke. W jednej ze swych słynnych wypowiedzi stwierdził on, że „ukochanie tego malutkiego oddziału (platoon), do którego należymy w społeczeństwie, jest podstawową zasadą społecznych uczuć”. To właśnie te niewielkie grupy utrzymywały społeczeństwo razem, przekazując obyczaje z pokolenia na pokolenie. W postulatach Camerona dźwięczą, echa myśli Burke’a i gdyby ten wielki człowiek żył dzisiaj, moim zdaniem poparłby pomysły premiera, które starają się łączyć harmonię społeczną ze stopniowym dostosowywaniem do zmieniających się okoliczności – tak jak chciał tego Burke.

Jedna z wielkich zagadek współczesności polega na tym, jak pogodzić trwałość społeczeństwa obywatelskiego z rosnącą presją ze strony kapitalizmu, indywidualizmu i obrzydliwego populizmu. Zdaję sobie sprawę, że David Cameron nie znalazł na te pytania odpowiedzi. Idea „Big Society” pokazuje jednak, że przynajmniej dostrzega problem.

* David Marquand (ur. 1934), profesor politologii na Uniwersytecie w Oksfordzie, poseł do parlamentu brytyjskiego w latach 1966-1977, od 1998 roku członek Akademii Brytyjskiej. Autor wielu książek na temat życia politycznego Wielkiej Brytanii, m.in. „Ramsay MacDonald. A Biography” (1977), „The Progressive Dilemma: From Lloyd George to Blair” (1999), „The Decline of the Public: The Hollowing Out of Citizenship” (2004) oraz „Britain Since 1918: The Strange Career of British Democracy” (2004).

Do góry

* * *

John Gray

Big Society, Thatcher i trzy paradoksy neoliberalizmu

Tak popularne obecnie w brytyjskich mediach hasło „Big Society” nie znaczy absolutnie nic. To wyłącznie narzędzie marketingu politycznego, podobnie jak wykorzystany przed ponad 13 laty przez Tony’ego Blaira postulat „trzeciej drogi”, z tą jedynie różnicą, że jeszcze bardziej mgliste – oprócz zapowiedzi niespotykanych cięć budżetowych nie zawiera w sobie żadnego długofalowego programu czy spójnego zbioru idei. Wbrew pozorom nie oznacza to jednak, że brytyjski rząd jest aideologiczny. Jego poczynaniami steruje idea niepodzielnie panująca w naszej polityce już trzecią dekadę, czyli neoliberalizm ekonomiczny.

Mimo pozornie komunitariańskiego wydźwięku „Big Society” to kolejne wcielenie pomysłów, które wykrystalizowały się w drugiej połowie rządów Margaret Thatcher, a następnie były kontynuowane przez duet Tony Blair-Gordon Brown. Cameron zamierza pójść tą samą drogą i trudno się temu dziwić. Wolnorynkowy światopogląd rodem z lat 80. został zinternalizowany przez całą współczesną brytyjską klasę polityczną, która na nim się wychowała i która dostrzega w nim nie tyle ideologię, co po prostu wyraz zdroworozsądkowego myślenia. Zarówno premier, jak i towarzyszący mu w koalicji Liberalny Demokrata Nick Clegg nie poznali w swojej karierze politycznej niczego innego. Wszechobecność i dominacja neoliberalizmu nie oznacza jednak, że przez te kilka dekad udało się znaleźć rozwiązanie tkwiących w nim sprzeczności. Nie od dziś wiemy, że polityka Margaret Thatcher naznaczona była poważnymi paradoksami i wszystko wskazuje na to, że nowy rząd również jest na nie skazany.

Po pierwsze, postulat „Wielkiego Społeczeństwa” obiecuje nam z jednej strony wycofanie państwa i odrodzenie lokalnych więzi społecznych, z drugiej zaś chce tego dokonać przez cięcia budżetowe oraz wprowadzenie wolnego rynku na miejsce dawnych instytucji państwowych. To niemożliwe, czego dowodzi już jeden z pierwszych pomysłów nowego rządu polegający na wycofaniu dofinansowania czynszów mieszkaniowych dla części ubogich obywateli. Nie jestem pewien, czy ostatecznie to rozwiązanie zostanie wprowadzone, ale gdyby tak się stało, skutki byłyby bardzo poważne i zamiast rozkwitu lokalnych społeczności będziemy mieli do czynienia z ich rozbiciem. W samym Londynie miejsce zamieszkania będzie musiało zmienić około 80 tysięcy ludzi. Przez takie działania wiele dzielnic całkowicie zmieni strukturę społeczną, ulegnie daleko idącej homogenizacji, a Londyn ostatecznie stanie się centrum bogatych.

To tylko przykład bardziej ogólnego prawa. Rozszerzenie działania mechanizmów rynkowych zawsze zmusza ludzi do większej mobilności – czy to w poszukiwaniu pracy, czy niższych kosztów życia – większa mobilność zaś nie sprzyja budowaniu aktywnych wspólnot lokalnych, na których opiera się idea Camerona. Jak możemy wymagać od ludzi zaangażowania w lokalną społeczność, jeżeli jednocześnie zabieramy im większość gwarancji zatrudnienia? Nie twierdzę, że uwolnienie ruchliwości społecznej zawsze prowadzi do negatywnych konsekwencji. Dla wielu ludzi może być szansą. Nie zmienia to jednak faktu, że wiążą się z nią również poważne koszty, których projekt „Big Society” nie uwzględnia.

Powiązany z tym problemem jest kolejny, polegający na nieprzystawalności kapitalizmu i tradycyjnych wartości społecznych. Spektakularną porażkę przy próbie ich pogodzenia poniosła już Margaret Thatcher. Jej reformy rynkowe promujące aktywizację obywateli na najniższym poziomie miały przywrócić Wielkiej Brytanii jej tradycyjną etykę indywidualnej przedsiębiorczości i oszczędności. Zamiast tego efektem była erupcja opartej na kredycie indywidualistycznej kultury konsumpcjonizmu.

Wreszcie, trzeci paradoks polega na tym, że do przeprowadzenia tak szeroko zakrojonej reformy polegającej na „zwinięciu państwa” potrzeba właśnie… silnego państwa. Raz jeszcze możemy się w tym miejscu odwołać do Margaret Thatcher. Walcząc ze związkami zawodowymi i próbując dokonać rewolucji kulturalnej, posłużyła się interwencjonizmem państwowym na ogromną skalę. Podobnie, rezultatem wycofywania państwa z wielu obszarów pomocy społecznej, co proponuje teraz Cameron, może być… nacjonalizacja sektora pozarządowego. Formalnie państwo będzie być może mniejsze, ale za to bardziej agresywne w swym interwencjonizmie. Nie wierzę, by premier – mimo deklaracji – zgodził się dać organizacjom pozarządowym państwowe pieniądze i po prostu pozwolił im działać, a to chociażby z powodu konieczności utrzymania pewnych ogólnokrajowych standardów czy właśnie kontroli wydatków. Obecnie państwo i organizacje pozarządowe działają obok siebie. Po reformie Camerona rządu będzie być może mniej, ale jego kontrola z pewnością wzrośnie. Jak dotąd wszystkie te sprzeczności są zamiatane pod dywan, a mglistość hasła „Big Society” jedynie taką praktykę ułatwia. Dlatego też nie uważam, by idea ta mogła i powinna stanowić inspirację dla ugrupowań w innych krajach. „Wielkie Społeczeństwo” ostatecznie doprowadzi nas najprawdopodobniej do jakiejś formy „wielkiego państwa” – jeśli nie bardziej rozbudowanego, to z pewnością bardziej ingerującego.

*John Gray, angielski filozof polityki, uczeń Isaiaha Berlina i Michaela Oakeshotta. Pracował m.in. na Uniwersytecie Oxfordzkim, Uniwersytecie Harvarda, w Yale i London School of Economics. W Polsce wydano m.in. jego „Liberalizm” (1986), „Dwie twarze liberalizmu” (2000), „Słomiane psy. Myśli o ludziach i innych zwierzętach” (2003), „Czarna msza: apokaliptyczna religia i śmierć utopii” (2007).

Do góry

* * *

Przemysław Sadura

Big Society czy Big Mistake

Gdy mam się zastanawiać nad szansami realizacji w Polsce idei „Big Society” Camerona, to przed oczami staje mi… gigantyczny posąg Chrystusa Króla ze Świebodzina. Jest to kopia Chrystusa Zbawiciela z Rio de Janeiro, który dzięki dodatkowej koronie i nasypowi jest – jak podają media – „aż o trzy metry wyższy od oryginału”. I wszystko po to, aby pokazać coś, co wiedzą wszyscy. Oba imitatorskie pomysły skłaniają do postawienia tych samych pytań: czy kopiować, a jeśli tak, to co, po co i jak?

Niezależnie od tego, jak ocenimy polską transformację, z pewnością zgodzimy się, że cechował ją nacisk na rozwój imitacyjny. Sięgaliśmy po instytucje, programy i projekty realizowane (bądź wymyślane) w krajach z centrum systemu światowego i staraliśmy się je zaszczepić w naszych realiach. Jak to z przeszczepami – jedne przyjmowały się lepiej, a inne gorzej. Zwykle strategia naśladowcza niosła korzyści reformatorom: zwalniała z negocjowania rozwiązań, pozwalając odgórnie wprowadzać (rzekomo) całościowe rozwiązania, uwalniała od odpowiedzialności, z jaką wiązałoby się stosowanie autorskich rozwiązań, zarazem ukrywając autorstwo wielu z nich, legitymizując wprowadzone zmiany (w myśl zasady: skoro to samo mają w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii itd., znaczy, że jest dobre). Tego typu zmiany zwykle okazywały się mniej przyjemne dla reformowanych, ponieważ wiązały się z głębszym szokiem, niż gdyby były dopasowane do ich sytuacji, potrzeb, możliwości, a zarazem dawały mniejsze szanse na stosowanie oporu (to efekt globalizacji, to się dzieje wszędzie). Efekt ten został szczegółowo opisany przez polskich i zachodnich autorów, tak na poziomie pracy i życia codziennego (Elizabeth Dunn, Jane Hardy), jak i makrostruktur (Janine Wedel, Jadwiga Staniszkis).

Co miałoby nam dać przenoszenie konserwatywno-liberalnej idei budowy „Wielkiego społeczeństwa”? Znajdą się tacy, którzy będą upatrywać w programie Torysów recepty na wyjście z impasu polskiego społeczeństwa obywatelskiego. Zwalczenia apatii i nadania wigoru naszym organizacjom obywatelskim. Nic bardziej błędnego! Przyjrzyjmy się dobrze programowi „Big Society” i istocie naszych problemów z obywatelskim zaangażowaniem, a stanie się to jasne jak słońce. Program Torysów opiera się na kilku hasłach takich jak: wzmocnienie wspólnot lokalnych, pogłębienie decentralizacji władzy, wsparcie przedsiębiorczości społecznej, zachęcenie obywateli do większego zaangażowanie w życie swoich społeczności, upublicznieniu danych znajdujących się w zasobach administracji publicznej. Na tym poziomie ogólności całość brzmi świetnie. Wiele jednak wskazuje na to, że program stanowi zasłonę dymną mającą skrywać dalszą prywatyzację sektora usług publicznych. Przerzucenie odpowiedzialności za świadczenie usług społecznych na sektor non-profit ma ograniczyć koszty i zdjąć z państwa odpowiedzialność za ich jakość. W tym sensie nie jest to żadna innowacja, a raczej kontynuacja reform wprowadzanych przez laburzystów pod hasłem „Trzeciej drogi”.

Nie wiem, co tego typu program miałby dać Polsce, która od 20 lat oczekuje na wzrostu obywatelskiego zaangażowania i partycypacji coraz bardziej NGOizując społeczeństwo obywatelskie. „Marzyliśmy o społeczeństwie obywatelskim, a mamy całą masę organizacji pozarządowych (…), działających jak małe firmy”, skwitowała ten proces na łamach „Gazety Wyborczej” Agnieszka Graff, wywołując największą dyskusję na temat trzeciego sektora od początku transformacji. Reformy w stylu Blaira i Camerona wprowadzamy w Polsce odgórnie i oddolnie już od dawna. Efekty widać najbardziej w sferze usług. Mamy mnóstwo organizacji społecznych zajmujących się prowadzeniem przedszkoli i żadnej zajmującej się wywieraniem presji na wzrost liczby i jakości miejsc dla przedszkolaków w publicznych placówkach. Kilka dni temu uczestniczyłem jako ekspert-komentator w debacie przedwyborczej z kandydatami na urząd prezydenta Kalisza. Na uwagi mieszkańców dotyczące małej ilości żłobków, przedszkoli i placów zabaw reagowali podobnie: „Świetnie, zróbmy to razem. Wy załóżcie przedszkola, a my je dofinansujemy. Zbudujcie place zabaw, a my je zalegalizujemy”. Podejrzewam, że w wielu miastach Polski jest podobnie. Od lat mamy do czynienia z pełzającym wdrażaniem „Big Society” Camerona, tylko nie wiedzieliśmy, że się tak nazywa.

Zwalnianie państwa z jego obowiązków i towarzysząca temu biurokratyzacja oraz profesjonalizacja społeczeństwa obywatelskiego nie są specyfiką ani polską, ani brytyjską. Proces ten postępuje w UE i Stanach Zjednoczonych. Kto jednak wie, czy za chwilę Donald Tusk ze wsparciem Michała Boniego nie zechce ogłosić polskiej wersji „Wielkiego społeczeństwa”, co najwyżej dorzucając od siebie nasyp lub koronę? Tymczasem podobnie jak z Chrystusem ze Świebodzina – i bez tego już to mamy.

Czy mamy jednak coś, co mogłoby pomóc w budowie społeczeństwa obywatelskiego, pomysł na rozwój, który przełamując postkolonialne schematy myślenia, moglibyśmy zaproponować zamiast „Big Society”? Myślę, że tak. Czymś takim był np.: niezrealizowany pomysł Edwina Bendyka, aby przypomnieć zagubione etyczne i społeczne przesłanie pierwszej „Solidarności” w 30. rocznicę porozumień sierpniowych i zorganizować w Polsce Zielony Okrągły Stół. Debata z udziałem rządu, podmiotów politycznych, mediów i organizacji społecznych mogłaby wypracować nową umowę społeczną i nowy program modernizacji oparty na zrównoważonym rozwoju, zasadzie partnerstwa i społecznej odpowiedzialności. W ten sposób odrodzenie społeczeństwa obywatelskiego w epoce światowej zielonej rewolucji mogłoby odbyć się z naszym udziałem.

* Przemysław Sadura, adiunkt w Instytucie Socjologii UW, publicysta „Krytyki Politycznej”, redaktor i współautor książki „Polski odcień zieleni” wydanej przez Fundację im. Heinricha Bölla.

Do góry

* * *

Łukasz Pawłowski

Co importować z Wielkiej Brytanii?

Zastanawiając się nad brytyjską ideą „Big Society”, a także możliwościami jej przeniesienia na grunt inny, niż wyspiarski, należy przede wszystkim rozwiać kilka nieporozumień, jakie już zdążyły narosnąć wokół tego programu. Na część z nich zwrócili uwagę pozostali autorzy, uważam jednak, że warto dokonać ich zestawienia, a także uzupełnić o kilka innych, pominiętych informacji.

Po pierwsze, oskarżając premiera Davida Camerona o wykorzystywanie hasła „Big Society” wyłącznie do osłodzenia Brytyjczykom drastycznych cięć budżetowych, należy pamiętać, że program Konserwatystów narodził się już kilka lat temu, na długo przed dojściem tego ugrupowania do władzy, a także przed wybuchem kryzysu ekonomicznego. Postrzeganie „Big Society” jako wymyślonej naprędce ideologii mającej ułatwić walkę z kryzysem według neoliberalnego klucza jest więc niesprawiedliwe. W tym miejscu można jednak argumentować, że temu projektowi od samego początku przyświecała chęć cięcia wydatków publicznych, a kryzys finansowy jedynie ukazał prawdziwe intencje zespołu Camerona w pełniejszym świetle. Nie sposób wykluczyć takiej możliwości, ale warto w tym miejscu przypomnieć wszystkim, którzy nie śledzili tegorocznej kampanii wyborczej do brytyjskiego parlamentu, że radykalne obniżki wydatków zapowiadały w niej otwarcie wszystkie trzy główne partie. Różnica między, na przykład, Konserwatystami a Partią Pracy polegała jedynie na terminie ich wprowadzenia. Torysi chcieli działać natychmiast, natomiast Gordon Brown był zdania, że warto poczekać do budżetu na rok 2012, licząc na to, że w tym czasie brytyjska gospodarka złapie drugi oddech. Cięcia były więc nieuniknione i także zwolennicy Partii Pracy nie powinni o tym zapominać. Poza tym reforma obecnego szefa rządu wcale nie wpisuje się tak gładko w program redukcji wydatków. Takie przedsięwzięcie – jeśli przyjmiemy minimalistyczne założenie, że Konserwatyści rzeczywiście chcą zrealizować chociaż część głoszonych ideałów – wymaga poważnych nakładów, m.in. na pomoc organizacjom samorządowym, na szkolenie animatorów itp., itd. „Wielkie społeczeństwo” nie powstanie, jeśli ze strony władz nie popłyną wielkie pieniądze.

Po drugie, nie zawsze trafne jest ze strony krytyków Camerona porównywanie go do Margaret Thatcher, a to ze względu na mylne rozumienie mechanizmów i konsekwencji rządów pani premier. Jak słusznie zauważają w swoich tekstach John Gray i David Marquand, jeden z paradoksów thatcheryzmu polegał na tym, że chcąc zrobić miejsce dla mechanizmów rynkowych, musiał posługiwać się mechanizmami zapewnianymi przez silne państwo. To wzajemne sprzężenie państwa i wolnego rynku zostało zresztą zauważone już dużo wcześniej przez Karla Polanyiego w słynnej książce „The Great Transformation”. Zdaniem tego autora wolnorynkowa gospodarka i państwo narodowe są ze sobą ściśle związane i tworzą jedną całość nazwaną przez niego „społeczeństwem rynkowym”. Jeśli spojrzymy na najnowszą historię polityczną Wielkiej Brytanii z tej perspektywy, okaże się, że ostatnie 30 lat to nie okres permanentnego „zwijania państwa”, ale właśnie jego rozbudowy w tej czy innej formie. Zresztą gdyby było inaczej, Wielka Brytania stanowiłaby dziś spełnienie ideału libertariańskiego, a nie była krajem, w którym dotychczas zainstalowano blisko 20 procent wszystkich wyprodukowanych na świecie kamer do monitoringu (jedno takie urządzenie przypada na 14 mieszkańców). Oczywiście można w tym miejscu argumentować, że liczba kamer czy – mówiąc szerzej – kontrola państwowa ma się nijak do zaangażowania władz w życie obywateli w innych wymiarach, na przykład socjalnym. To prawda, ale nie zmienia to faktu, że wielu Brytyjczyków ma dość postępującego nadzoru ze strony centrum. Do sprawującej przez ostatnie 13 lat rządy New Labour (którą również wielu uważa za spadkobierców Thatcher) przylgnęła łatka biurokratów i etatystów nazbyt chętnie wydających rozkazy prosto z Downing Street.

Trudno jak na razie ocenić, czy David Cameron nie popełni tych samych błędów. Bardzo możliwe, że nie znalazł jak na razie sposobu na ominięcie tego paradoksu – przecież jego reforma także będzie musiała zostać wprowadzona odgórnie. Jeśli jednak oskarżamy go chęć powtórzenia thatcheryzmu, powinniśmy jasno zdawać sobie sprawę, do czego tak naprawdę nasz zarzut się odnosi. Thatcher nie „zwinęła państwa”, ona je rozbudowała – podobnie jak Tony Blair i Gordon Brown.

Po trzecie, moje wątpliwości budzi zarzut podniesiony przez Przemysława Sadurę, który stwierdza, że społeczeństwa obywatelskiego nie buduje się przez proste przerzucenie na ludzi odpowiedzialności, tak jak nikogo nie uczy się pływać po prostu wpychając go na głęboką wodę, licząc na to, że wypłynie. To wszystko prawda. Rzecz jednak w tym, że podobne zarzuty można postawić nie tylko „Big Society”, ale i bardzo wielu innym próbom aktywizacji obywateli i włączania ich do życia politycznego. Czy nakłaniając ludzi do wzięcia udziału w debacie na temat zagospodarowania lokalnej przestrzeni, aktywizujemy ich, czy też zmuszamy do podjęcia działań, które powinny zostać wykonane przez władze? Można w tym miejscu powiedzieć, że debatowanie nad sposobem wykorzystania przyblokowego podwórka to nie to samo, co przykładanie ręki do niespotykanych od czasu wojny cięć budżetowych, jednak chyba żaden z aktywistycznych ideałów demokracji nie zakłada, że obywatele mają podejmować wyłącznie proste i przyjemne decyzje dotyczące tego, jak wydawać małe pieniądze, a nie jak oszczędzać wielkie sumy. Zatem nawet jeśli polityka Camerona nie jest motywowana chęcią ożywienia ideału demokratycznego, ale zaoszczędzenia miliardów funtów, jak możemy odróżnić ją od tych „dobrych” form promowania aktywności obywatelskiej? W swoim komentarzu do jednego z tematów tygodnia „Kultury Liberalnej” Maciej Gdula odpowiedział na ten zarzut, twierdząc, że sferę obywatelską należy widzieć jako „sferę protestu”, która przypomina władzom o interesach poszczególnych grup, a nie jako byt służący jedynie temu, „aby z państwa zrzucać odpowiedzialność za zdekomodyfikowane dobra”. Uważam, że to definicja słuszna, ale niepełna, ponieważ całkowicie eliminuje odpowiedzialność protestujących za ich postulaty. Nie oni przecież będą musieli zająć się ich egzekucją. Obywatelskość zawsze wiąże się, moim zdaniem, z wzięciem na siebie pewnych obowiązków – po to, by uzupełnić działania państwa lub nawet je zastąpić, i niezwykle trudno jest stwierdzić, gdzie kończy się oddolna aktywność, a zaczyna przerzucanie odpowiedzialności. Oceniając projekt Camerona, powinniśmy o tym pamiętać.

Po czwarte, oskarża się brytyjskiego premiera o nadmierną ogólnikowość jego programu, o czym pisze w swoim tekście John Gray. Także w tym wypadku mam pewne zastrzeżenia, co do słuszności tego zarzutu. Praktyczna polityka demokratyczna opierała się, opiera i będzie się opierać na hasłach mających w dwóch, trzech słowach zawrzeć treść polityki danej partii. Takich haseł mieliśmy już w historii zachodniej demokracji dziesiątki, jeśli nie setki. „New Deal” Roosevelta, „Fair Deal” Harry’ego Trumana, „New Frontier” Kennedy’ego, „Great Society” Lyndona Johnsona, „Trzecia droga” Blaira i Schroedera, „Change” Obamy, „IV Rzeczpospolita” Kaczyńskich – wszystkie one miały nas przekonać, że oto nadeszła wyjątkowa epoka radykalnych przeobrażeń, w których porządek społeczny zostanie ustalony na nowo. Większość z nich ostatecznie prowadziła do rozczarowania, ponieważ system demokratyczny – z jego formą podejmowania decyzji, której towarzyszy nieustanna walka partykularnych interesów nawet w ramach jednego ugrupowania – nie sprzyja gładkiemu wprowadzaniu wielkich pakietów reform (poza tym żaden ustrój polityczny nie zniósłby tak częstych rewolucji). Dużo skuteczniejsze, choć mniej efektowne, są stopniowe zmiany przybierające postać konkretnych ustaw. Ogólnikowe hasła spełniają jednak swoją rolę – dają rzeszom tych wyborców, którzy polityką specjalnie się nie interesują, ale swój „obywatelski obowiązek” spełniają, poczucie znajomości głównych osi sporu politycznego. Nie czyniłbym więc Cameronowi zarzutu z tego, że wykorzystał ten sam mechanizm, jaki z powodzeniem służył wielu politykom przed nim i będzie służył następnym.

Na zakończenie powracam do wyjściowej kwestii dotyczącej możliwości przeniesienia idei brytyjskich Konserwatystów do polskiej polityki. Moim zdaniem w najbliższym czasie nie będzie to ani możliwe, ani słuszne. Nie będzie możliwe, ponieważ patrząc z praktycznego punktu widzenia, takie hasło po prostu „nie chwyci” u wyborców, którzy nadal oczekują od państwa przede wszystkim działania, a nie aktywizowania obywateli. W Polsce nadal lepiej akcentować skuteczność władzy, zapowiadając „budowę mostów i szkół”, jak to obecnie czyni Platforma, zamiast przerzucać jakąkolwiek odpowiedzialność na ludzi. Import „Big Society” nie byłby także słuszny po pierwsze ze względu na panujący w naszym kraju odmienny porządek instytucjonalny (szeroko rozumiany), po drugie zaś dlatego, że wziąwszy pod uwagę ogólnikowość tego terminu, nie wiemy tak naprawdę, co sprowadzamy. Być może projekt Camerona rzeczywiście okaże się jedynie przykrywką dla cięcia wydatków, a z tym, jak słusznie zauważył Przemysław Sadura, mamy już w Polsce do czynienia. Osobiście nie skreślałbym jednak tak łatwo idei brytyjskich Konserwatystów choćby dlatego, że tamtejsza opozycja nie ma i moim zdaniem nie będzie w najbliższym czasie miała interesującej alternatywy. Czy pomysł Camerona to ciekawa propozycja, przekonamy się dopiero obserwując konkretne rozwiązania wprowadzane przez jego rząd. To one, a nie ogólne hasła powinny stać się przedmiotem naszego zainteresowania i ewentualnego importu.

* Łukasz Pawłowski, doktorant w Instytucie Socjologii UW, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.

Do góry

* * *

** Autorzy koncepcji numeru: Paweł Marczewski i Łukasz Pawłowski.
*** Autor ilustracji: Rafał Kucharczuk.

„Kultura Liberalna” nr 97 (47/2010) z 16 listopada 2010 r.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 98

(48/2010)
16 listopada 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj