Szanowni Państwo!

W ostatnich dniach słabnie polityczny wpływ PiS-u na dwie fundamentalne instytucje sądowe w Polsce – Trybunał Konstytucyjny i Krajową Radę Sądownictwa. W tej pierwszej częściowo nowy skład sędziowski nie daje już pewności, że orzeczenia będą zgodne z nadziejami prezydenta Karola Nawrockiego. Nowy skład i autodymisja przewodniczącej KRS Dagmary Pawełczyk-Woickiej sprawiły natomiast, że wiceminister sprawiedliwości Dariusz Mazur ogłosił powrót praworządności.

Tyle że prawa strona wcale nie uznaje praworządności za utraconą. Kiedy w trakcie ośmioletnich rządów Zjednoczonej Prawicy resort Zbigniewa Ziobry, sejm i prezydent zmieniali prawo o sądach, mieli swoich obrońców. Dowodzili oni, że zmiany są jak najbardziej legalne, bo dokonuje ich demokratycznie wybrana większość. Większość ta, jak argumentowali wówczas w burzliwej debacie publicznej, może robić, co chce, bo dostała poparcie wyborców – tak można to w skrócie streścić.

A więc sam fakt bycia większością dał jej demokratyczną legitymację do przeprowadzania dowolnych zmian.

Opozycja dowodziła, że większość nie może działać wbrew Konstytucji, łamać praworządności. Często jej racje potwierdzały decyzje europejskich sądów – Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej czy Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Zgodnie z logiką ówczesnej opozycji większość działająca bezprawnie sprzeciwia się zasadom liberalnej demokracji. Nie wystarczy mieć poparcia większości głosujących obywateli, żeby działać niezgodnie z tymi zasadami.

Gdzie jest początek i koniec demokracji?

Ten spór trwa do dziś, bo nie ma zgody co do legalności instytucji obsadzonych wtedy z naruszeniem reguł, ale większością głosów. Obecne władze próbują przywrócić dawne zasady, mając większość, ale nie mając poparcia prezydenta. Powołują się jednak na praworządność naruszoną przez PiS – i to ją uważają za swoją legitymację.

Która z tych stron działa więc demokratycznie? 

To nie są tylko teoretyczne problemy, bo od ich rozstrzygnięcia zależy skuteczność, sprawność i przede wszystkim niezależność systemu sądownictwa w Polsce. 

A to nie wszystkie różnice zdań co do tego, jak powinna działać demokracja. Kiedy się ona kończy, a zaczynają rządy autorytarne? Czy w systemie demokratycznym mniejszość jest nieważna, czy przeciwnie – o jakości demokracji świadczy szacunek dla praw mniejszości?

Polak, Hiszpan i Anglik

Ta wiedza na pewno jest przydatna politykom. Jednak także obywatelom, którzy obawiają się, że będąca w opozycji wobec nich część społeczeństwa chce odejść od demokratycznych reguł.

O tym, jak obywatele postrzegają demokrację, co za nią uznają, a czego już nie, pisze w nowym numerze „Kultury Liberalnej” profesor Ben Stanley, badacz polityki i populizmu oraz nasz stały współpracownik. Analizując badania, które przeprowadził na Uniwersytecie SWPS, porównuje postawy i przekonania na temat demokracji Polaków, Hiszpanów i Brytyjczyków (publikujemy je jako pierwsi). I dochodzi między innymi do tego, że autokratyczne sympatie są zależne od wieku (młodzi), ale wbrew powszechnym przekonaniom – nie od płci. Są też zależne od statusu majątkowego.

Bogatsi częściej wolą rządy silnej ręki niż mniej zamożni.

Czy więc demokracja liberalna jest w kryzysie? Stanley odpowiada: „Jeśli kryzys demokracji liberalnej rozumieć jako odrzucenie jej rdzenia, to w Polsce, tak jak w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, takiego kryzysu nie ma. Problem leży raczej w tym, jak rozmyte jest postrzeganie granicy między demokracją a jej zaprzeczeniem. I w tym, kto tę granicę najbardziej zaciera”.

Zapraszam Państwa do czytania wniosków z tych badań, bo pomagają zrozumieć polityczne intuicje osób o odmiennych poglądach. Co decyduje o ich przekonaniach, a co jest drugorzędne. Wnioski będą dla Państwa zaskakujące. 

Życzę udanej lektury,

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”