Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > BRZOZOWSKI: Biała Australia,...

BRZOZOWSKI: Biała Australia, czarna Australia. Podwójne życie Camerona – o reportażu Chloe Hooper

Grzegorz Brzozowski

Biała Australia, czarna Australia. Podwójne życie Camerona – o reportażu Chloe Hooper


Książka Chloe Hooper odsłania mroczne oblicze pozornie idyllicznej krainy. Zamieszkana przez Aborygenów Palm Island w słonecznym stanie Queensland jawi się jako „slums na bujnej wyspie”; „tropikalny łagier”, gdzie szerzy się bezrobocie, przemoc domowa, alkoholizm, plaga samobójstw i seksualne wykorzystywanie dzieci. Zabawa najmłodszych to „tłumienie zamieszek”, młodzież spędza czas na okaleczaniu dzikich koni, a matki pragną wysłać swe córki jak najszybciej poza wyspę – zanim stracą urodę wskutek bicia.

To zwyrodnienie obyczajów okazuje się rezultatem polityki sięgającej dalej niż pamięć słynnego „skradzionego pokolenia” – za proceder przesiedlania aborygeńskich dzieci zdołał zresztą oficjalnie przeprosić w 2008 roku premier Australii, Kevin Rudd. Jednak nie sposób za pomocą jednego administracyjnego gestu uporać się z całym dziedzictwem „Czasu Dzikości” – pasma systematycznych rzezi i prześladowań, którym poddano tubylczą ludność od początku zasiedlania Australii przez białych kolonizatorów. Palm Island była nim szczególnie dotknięta jako rezerwat – zakład karny, do którego od 1918 roku zsyłano Aborygenów za najlżejsze przewinienia, poddając ich swoistej reedukacji kierowanej przez misjonarzy i kuratorów. Związek z ziemią i tradycjami przodków został zerwany, a „skradzione dzieci” zapomniały, jak okazywać miłość własnym potomkom. Hooper zdaje się pokazywać, że rzeczywistość australijskiej kolonizacji z czasem przerosła wizję Conrada: na Palm Island zamieszkał kapitan Kurtz. To Robert Curry, pierwszy kurator wyspy, który zasłynął z chłostania Aborygenek, zaprzęgania Aborygenów do furmanki, a także organizacji pierwszych europejskich dansingów, za unikanie których groziło więzienie. Do dziś miejscowa ludność posługuje się językiem migowym, którego nauczyła się jako tajnego języka niedostępnego dla ciemiężycieli.

Piętno brutalnej przeszłości nie przestaje wisieć nad obecnymi stosunkami obu grup, stykających się teraz głównie przy okazji policyjnych interwencji przeprowadzanych w aborygeńskim getcie przez w większości białych stróżów prawa. Pamięć przemocy może stać się podłożem dla nagłych wybuchów agresji, banalnego zła – co potwierdzają chociażby wypadki z 19 listopada 2004, gdy tytułowy Cameron Doomadge, jeden z mieszkańców wyspy, zetknął się z Chrisem Hurleyem, lokalnym policjantem; po kilku godzinach Cameron już nie żył. Akcja reportażu skupia się wokół dociekania okoliczności tej śmierci.

Historię tę można odczytać jako pasjonujący dramat sądowy, w którym do końca z zapartym tchem wyglądamy decyzji przysięgłych. Strony w sporze okazują się jednak dwoma obcymi sobie światami, być może bez szans na porozumienie. Domniemany kat i ofiara to równolatkowie, których życie – do momentu spotkania zakończonego śmiercią Camerona – przebiegało według nieprzecinających się trajektorii. Pierwszy z nich – „wielkolud o byczym karku”, bystry i wysportowany, konsekwentnie podążał ścieżką doskonałej policyjnej kariery, przybywając na Palm Island z własnego wyboru i traktując to po części jak udział w filmie przygodowym. „Z powodzeniem mógłby zagrać w filmie zrobionym w czasach, gdy mężczyźni mieli charaktery i nie musieli chodzić na siłownię” (243). Drugi – wycieńczony przez choroby i uzależnienia, „pogodny lekkoduch” żyjący z zasiłku, nie ma szans na opuszczenie tropikalnego getta. „Kiedy Chris trenował rugby w drużynie szkolnej, Cameron był w poprawczaku. […] Trzydziestosześcioletni Hurley może oczekiwać, że ma przed sobą więcej niż połowę życia, Cameron, jak wynika ze statystyk, przeżyłby jeszcze około dziesięciu lat” (252). Proste wyjaśnienie ich starcia komplikuje fakt, że Hurley nie odpowiada stereotypowi rasisty; z częścią Aborygenów utrzymywał poprawne stosunki, a pracę policjanta wypełniał jak misję, przekonany o własnej moralnej wyższości z tytułu walki ze społecznym chaosem na wyspie. Czy jednak „w walce z dzikością samemu się nie dziczeje”?

Hooper zdaje się sugerować, że starcie obu mężczyzn zaczęło się znacznie dawniej, namalowane przed ponad wiekiem w jednej z lokalnych jaskiń jako zetknięcie dwóch postaci – dwumetrowego policjanta z atakującym go wężem. To poniekąd spotkanie przedstawiciela Czasu Dzikości i poprzedzającego go Czasu Snu, mitycznego okresu harmonijnego współżycia Aborygenów z duchami przodków, z których najważniejszym był Tęczowy Wąż. Sam malunek miał na celu wywarcie magicznego wpływu na zbrojne starcia Aborygenów z białymi; jedno z ostatnich zakończyło się natarciem uzbrojonych w dzidy tubylców z plemienia Kalkadoon prosto pod lufy kolonizatorów. Niepozorny incydent z 2004 roku, zakorzeniony w długiej historii napięć, okazuje się mieć coraz szersze konsekwencje: eskaluje w poważny konflikt – zamieszki na Palm Island, spalenie komisariatu i serie kolejnych aresztowań.

Siły w sądowym starciu o wyjaśnienie sprawy Doomadge są od początku nierówne: naprzeciw nieznających się na prawie Aborygenów staje świetnie zmobilizowane środowisko australijskich policjantów, walczących o dobre imię przez sprawnie prowadzone akcje medialne. Tymczasem sama obecność na sali sądowej zaniedbanej rodziny Camerona budzi fizyczne obrzydzenie lokalnej ludności, a słabi psychicznie, pogrążeni w delirium świadkowie nie są w stanie składać klarownych zeznań. Jedna z zeznających w procesie Aborygenek, Gladys Nugent, „uosabiała to wszystko, czego biała Australia nie chce przyjąć do wiadomości o czarnej Australii. Alkoholiczka, chora na cukrzycę i serce. Mówiła przed sądem o piciu przez cały dzień i noc, o tym, że została pobita, o piciu spirytusu metylowego, o swym partnerze Royu, siedzącym w więzieniu, o odurzającym się benzyną siostrzeńcu Patricku, który się powiesił. Miała w sobie niezbywalną godność. I przez chwilę nie wiadomo było, kto jest bardziej żałosny – Gladys czy prawnik, któremu płacono za traktowanie jej z pogardą” (227). Reportaż Hooper stanowi doskonały materiał do antropologicznej analizy niemożliwości porozumienia dwóch nieprzeniknionych światów w ramach jednej sali rozpraw. Czy instytucje współczesnej Australii są w stanie zmierzyć się z dziedzictwem kolonialnej opresji czy raczej kontynuują ją w nowej postaci?

Sama autorka jako jedna z nielicznych postaci do końca zasiada po stronie Aborygenów. Wywodząca się z białej klasy średniej Chloe Hooper bez zażenowania przyznaje, że do momentu rozpoczęcia sprawy Camerona nie wiedziała prawie nic o 2 procentach aborygeńskich współmieszkańców Australii. Po pierwszej wizycie na Palm Island postanowiła jednak tam regularnie powracać, śledząc zarówno postępy dochodzenia, jak i przypadki postępującej degrengolady lokalnej społeczności – samobójstw i alkoholizmu kolejnych krewnych Camerona. „Wysoki” to kolejny przykład reportażu, którego autor postawił przed sobą cele moralne: próbę dotarcia do przyczyn przewinień popełnionych przez własną wspólnotę wobec Innych. To pytanie, które stawiał sobie chociażby Peter Froberg Idling, odtwarzając w „Uśmiechu Pol Pota” historię szwedzkiego poparcia dla kambodżańskiego reżimu. Hooper nie kryje swej sympatii dla rodziny ofiary, skrupulatnie wylicza na jej korzyść wszelkie okoliczności, które mogły zniekształcić przebieg procesu. Trudno oskarżyć ją jednak o stronniczość: to raczej potrzeba dania świadectwa innego niż protokół sądowy, oddania głosu stronie, której nikt prócz niej nie chciał do końca wysłuchać i po którym nic poza jej zapisem nie pozostanie. Może poza kolejnym magicznym malunkiem na ścianie aborygeńskiej jaskini. Pozbawiony jej tłumaczenia język Tęczowego Węża byłby już jednak dla nas zupełnie niezrozumiały.

Książka:

Chloe Hooper, „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadge”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

* Grzegorz Brzozowski, członek redakcji „Kultury Liberalnej”. Doktorant w Instytucie Socjologii UW, student kursu dokumentalnego w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy.

„Kultura Liberalna” nr 113 (10/2011) z 8 marca 2011 r.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ
(11/2011)
15 marca 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj