0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > SIENIUĆ: Czytając Bernharda,...

SIENIUĆ: Czytając Bernharda, czyli „Kalkwerk” na świeżo

Paulina Sieniuć

Czytając Bernharda, czyli „Kalkwerk” na świeżo


To dobry rok dla Thomasa Bernharda. A właściwie dla jego twórczości / recepcji / fanów, wszak pisarz ten zmarł w 1989 roku i nie zależy mu pewnie na takiej atencji. Zresztą, kto wie. W każdym razie chwilę temu, w lutym, świętowano osiemdziesięciolecie jego urodzin (a może także dwudziestą rocznicę jego śmierci? Bernhard bowiem urodził się 9 lutego 1931 roku, a wyzionął ducha pięćdziesiąt osiem lat i trzy dni później – 12 lutego). W związku z tą celebracją w kilku polskich miastach odbyły się dyskusje i konferencje, zorganizowano wystawę fotografii, a na kartach ważniejszych pism pojawiły się artykuły poświęcone temu twórcy. Na naszym rynku wydawniczym pojawiły się też trzy Bernhardowskie pozycje: Wydawnictwo Czarne wznowiło zbiór „Autobiografie” (w tłumaczeniu Sławy Lisieckiej), łódzkie Wydawnictwo Officyna wznowiło powieść „Kalkwerk” (w tłumaczeniu Ernesta Dyczka i Marka Feliksa Nowaka), a Państwowy Instytut Wydawniczy zaprezentował tom o Bernhardzie pt. „Spotkanie. Rozmowy z Kristą Fleischmann” (tłumaczenie: Sława Lisiecka).

Świadczy to o jednym – w naszym kraju Thomas Bernhard jest cenionym twórcą. I niemała w tym zasługa Krystiana Lupy.

Bernhard z Lupą

Lupa, jako propagator myśli Austriaka, wielokrotnie wystawiał sztuki oparte na utworach „alpejskiego Becketta”. Chyba najbardziej uznaną adaptacją dzieła Bernharda w jego wykonaniu jest właśnie „Kalkwerk”: wystawiona po raz pierwszy w 1992 roku, okrzyknięta została mianem „legendarnej”. Otrzymała szereg nagród, z powodzeniem grana była przez ponad dekadę, a krytycy teatralni wychwalali jej prekursorstwo pod niebiosa. „Kalkwerk” w interpretacji Lupy pokazywany był także w Teatrze Telewizji, a Narodowy Instytut Audiowizualny zaprezentował głodnym Bernharda (a może Lupy?) widzom DVD z zapisem tego spektaklu.

Powieść „Kalkwerk” w Austrii ukazała się w 1970 roku, polski czytelnik po raz pierwszy mógł się z nią zapoznać szesnaście lat później. Na okładce książki opublikowanej w 1986 roku przez krakowskie Wydawnictwo Literackie możemy przeczytać: „«Kalkwerk» Thomasa Bernharda, wybitnego współczesnego pisarza austriackiego, nie jest lekturą łatwą – sprawi jednak na pewno sporo satysfakcji Czytelnikom chętnie sięgającym po ambitną prozę psychologiczną”.

A więc „proza psychologiczna”. Czy aby tylko to? Czy w ogóle to? Do tej kwestii jeszcze powrócę.

Wznowienie utworu przez łódzką Officynę jest właściwie przedrukiem wydania krakowskiego, jednakże wyróżnia je współczesna edycja. Po pierwsze – wartościowe posłowie autorstwa Karola Franczaka – kulturoznawcy i socjologa. Analizuje ono w przystępnych (nawet dla odbiorcy nieobytego w okołoliterackich analizach), acz niepozbawionych wnikliwości słowach „fenomen Bernharda”, jego poetykę i najważniejsze tropy interpretacyjne. Po drugie (na okładce i stronach tytułowych) okrasa – ilustracje Krystiana Lupy wykonane do wspomnianego spektaklu. Zabieg ciekawy, zjednujący powieść z jej adaptacją teatralną, przerzucający most między autorem a jej interpretatorem i promotorem. Zabieg tym ciekawszy, że rozdźwięk między literackim pierwowzorem a jej teatralną interpretacją jednak istnieje, wszak – jak pisano onegdaj w periodyku „Teatr” – „[Lupa] zinterpretował Bernharda albo może odczytał spod tej literatury i uczynił z niej wielki, metafizyczny traktat”. Cele łódzkiego wydania nieco wyjaśnia Karol Franczak we wspomnianym posłowiu:

„W odróżnieniu od innych tytułów «Kalkwerk» jest w Polsce książką szczególną – naznaczoną piętnem teatralnej adaptacji Krystiana Lupy z 1992 roku, zgodnie uchodzącej za reżyserskie arcydzieło i przez lata wystawianej na całym świecie. Reżyser wprowadził Bernharda do polskich teatrów, stał się głównym propagatorem jego twórczości i do dziś uchodzi za artystyczny autorytet w odczytywaniu znaczeń dorobku austriackiego pisarza”.

I najważniejsze:

„Choć każdy zajmujący się Bernhardem w Polsce musi czuć cień mistrzowskich (i dla wielu kanonicznych) interpretacji Lupy, książka i spektakl to jednak dzieła autonomiczne. Literacka podstawa spektaklu zostaje przypomniana w nadziei, że legenda przedstawienia może być ciągle konfrontowana z samą książką, która – choć wymagająca – skłoni zarówno dawnych widzów «Kalkwerk» ze Starego Teatru, jak i tych, którzy spektaklu nie widzieli, do własnych poszukiwań: zapewne niełatwych, u jednych wywołujących sprzeciw, u drugich być może fascynację”.

Może rzeczywiście współczesny polski odbiorca najchętniej (najłatwiej?) czyta „Kalkwerk” przez Lupę. Mimo to postanowiłam podejść do lektury inaczej: nie przez pryzmat adaptacji wybitnego reżysera. Nie w porównaniu, nie w relacji. Po prostu czytałam książkę.

Bernhard bez Lupy

Czytanie to było niełatwe, wymagające skupienia, wyjątkowej wręcz koncentracji. Po kilku stronach czułam zmęczenie, wyczerpanie, może nawet zniecierpliwienie. Ową trudność odbioru podkreślają wszyscy komentatorzy dzieł Bernharda. Podkreślają zasadnie – zaiste, proza ta nie jest płynna, przyjemna, śpiewna, potoczysta. Pisanie Bernharda jest szorstkie, chropawe, poszarpane, rozczłonkowane na wypowiedzi, które w ciągu zapisu mowy/myśli zlewają się w jeden świadomie zdekonstruowany słowotok, dając obraz świata rozdartego, nieprzejrzystego, a jednak paradoksalnie – spójnego. Spójnego w swym rozbiciu, w niemożliwości tzw. obiektywnego poznania.

Dzięki zastosowaniu takiej formuły historia Konrada-mordercy, który próbuje stworzyć dzieło życia, porusza. Chciałoby się rzec: do szpiku kości. Wielokrotnie odkładałam książkę na półkę po lekturze raptem kilku stron, aby potem do niej wracać – zanurzenie się w to poszatkowane uniwersum było zanadto kuszące. Bo jest też druga strona medalu – czytanie Bernharda sprawia ogromną przyjemność. Odstraszając trudem recepcji i mrokiem szkicowanej rzeczywistości, jednocześnie przyciąga jakąś tajemnicą. Nie ma tu zwykłej zabawy formą, czystego konceptu. Przeciwnie, taki sposób prowadzenia narracji ma swój głęboki sens, odkrywa przed nami reinterpretację świata, relacji międzyludzkich, potrzeb i motywacji człowieczych. Dotyka jakiejś prawdy. Rzadka to właściwość we współczesnej prozie: tym chętniej raz po raz do powieści „Kalkwerk” powracałam.

Nie ma do końca racji Karol Franczak, kiedy opisuje alternatywę odbiorczą odnośnie recepcji dzieła Bernharda. We mnie książka ta wywołała i sprzeciw, i fascynację. Zarazem. Równocześnie. I właśnie to uważam za największe osiągnięcie jej autora. Opowieść sprzed czterdziestu lat prowokuje do buntu, a jednocześnie kusi swoją nieprzystawalnością i myślą, która – o paradoksie! – przez swą nieprzejrzystość prześwituje przez każde słowo tego dzieła. Opowieść ta jest świeża, mocna. Nie do zapomnienia.

Dwadzieścia pięć lat temu redaktorzy Wydawnictwa Literackiego uznali „Kalkwerk” za prozę psychologiczną. Według mnie bliżej mu do przewrotnego poematu (tak, poematu!) epistemologicznego. O niepoznaniu i o niemożności. Główny bohater pragnie stworzyć obejmujące wszystkie dziedziny nauki i kultury studium o słuchaniu. Jednak już tytuł powieści Bernharda mówi nam, że tego zamiaru nie uda się przekuć w czyn – Kalkwerk to stary, nieczynny wapiennik, piec, w którym nie płonie już ogień. A więc niemożność stworzenia dzieła, przeniesienia myśli w realną przestrzeń słowa. A także – niemożność porozumienia – skoro swoich myśli nie można przekazać, pozostają one w sferze wirtualnej, nie są w gruncie rzeczy rzeczywiste. A czy coś, o czym się jedynie myśli, jest już poznane, zgłębione?

Ale słowa też zawodzą, są rozczłonkowane na jednostkowe odbiory, sprzeczne ze sobą, nie tworzą całości, nie komunikują prawdy, a jedynie domniemania, przeświadczenia i podejrzenia. Czy Konrad jest zbrodniarzem, czy geniuszem? A może szaleńcem? Lub nieszczęśliwym, doprowadzonym na skraj rozpaczy człowiekiem? Wszystkim tym po trochu, a może zupełnie nie? Kto na te pytania odpowie? Czy są one zasadne? W świecie Bernharda zanurzenie się w odbiór rzeczywistości i jej analizę prowadzi do chaosu zeznań, relacji, a w efekcie – do braku wiedzy, do niepoznania. Nie można usłyszeć pełnej historii, znamy jedynie jej wyimki. Nie ma prawdy, są wersje. Co ciekawe, de facto nie ma też pytań, są różne, często wykluczające się odpowiedzi.

Może i jest ziarno prawdy w określeniu „proza psychologiczna” w odniesieniu do tego dzieła, ale tylko jeśli rozszerzymy to pojęcie o psychologię odbiorcy wpisanego w utwór. Czytelnik Bernharda jest bowiem jednym z bohaterów-świadków, który do szczątków różnych relacji, niemal „strumieni świadomości” (półświadomości?) dodaje swój głos. Czytelnik ten jest w środku, wewnątrz, w Kalkwerku, razem ze swoją niewiedzą, dezorientacją i przerażeniem, czytelnik ten z uporem zanurza się w słowa różnych postaci, by móc w tej kakofonii opinii i wrażeń rozpoznać swój głos. Pozostaje jednak bezradny, obezwładniony, bo przecież: „Słowa stworzono po to, aby poniżyć myślenie, tak, posuwa się nawet tak daleko, iż twierdzi, że słowa są po to, by skasować myślenie, z czym uporają się one kiedyś w stu procentach. W każdym przypadku słowa wszystko szmacą, powiedział Konrad”.

Książka:

Thomas Bernhard, „Kalkwerk”, tłum. Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak, posłowie Karol Franczak, Wydawnictwo Officyna, Łódź 2010.

* Paulina Sieniuć, redaktorka, krytyk literacki i filmowy.

„Kultura Liberalna” nr 116 (13/2011) z 29 marca 2011 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 116

(12/2011)
28 marca 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj