Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > BARAN: Uczta dla...

BARAN: Uczta dla wszystkich zmysłów

Magdalena M. Baran

Uczta dla wszystkich zmysłów

Futra zmierzwione, ogony postawione na sztorc, pazurki mocno wbite w podłoże, by łatwiej balansować gibkim ciałem. Pyski radości wieczornej pełne, bo oto od lat co wieczór złazi się do nich grupa przyjaciół. Może już nie Picasso czy Gaudi – choć obecni w śmiechach przeszłości – ale prawdziwie roześmiani barcelończycy, przy których nietrudno przestać czuć się turystą. Cztery niesforne, czarne blaszane stworki wspinają się po ramie podświetlonego menu. Nad nimi zdobienie, zamkniętej w ciemnym pasażu, neogotyckiej kamienicy przy Carrer de Montsió, obok secesyjne zdobienia nieco tylko młodszej sąsiadki i szklane paciorki sowich oczu wprawione w zapatrzone w przeszłość i przyszłość szybki. Za plecami miejsce szczególne, trwające w formie niezmienionej od czasu, gdy wesoła grupka młodych artystów wśród dymów, śmiechów i smaków wyśmienitej katalońskiej kuchni, po swojemu urządzała Cztery Koty (Els Quatre Gats). „Nomes son quatre gats”…. Kilka mało ważnych osób?

Stoły ciężkie, dębowe, to znów przykryte połyskującym marmurem. Ściany światło odbijające kolorami wyszukanych tu i ówdzie kafelków, które nad barem tworzą opowieść o prawdziwym mieście. Na ścianach szkice, co zostały po Pablu, gdy jeszcze nie gubił ojcowskiego Ruiz, po Nonellu, Utrillo, braciach Reventos, czy wreszcie po Ramónie Casasie, który w swej zdumiewającej kompozycji – ogromnym, zdobiącym główną salę restauracyjki malunku – wraz z właścicielem knajpki, Perem Romeu, pedałuje na bicyklu. Dziwny to tandem brodaczy do publiki wyszczerzonych, nogami zawisłych nad talerzami, szklanicami, kuflami… Jakby do każdego chcieli zajrzeć, podjeść, podpić, a nieproszonym, niepasującym do szalonego spokoju miejsca… napluć do zupy. Malowany dym z cygara Casasa zdaje się unosić w powietrzu.

Rozbawienie wciąż to samo, z unoszącymi się jakby nad ziemią kelnerami, kasjerem, raz na jakiś czas zaglądającym za kontuar, który w świetle liliokształtnej lampy kryje kasę, rozłożone księgi i zakamuflowany pod ladą komputer. Odrobina nowoczesności na widoku szkodzi. Raz za razem przez salę przemyka istotka chuderlawa, jakby wyrwana z okresu niebieskiego malagijskiego mistrza, nazbyt energetyczna jednak by z głodu przymierać wśród pierrotów, arlekinów i wynędzniałych prostytutek. Inaczej – nowoczesna, prym wiodąca wśród męskiego światka, dyrygująca gośćmi, wzdychająca, gdy siadamy przed wyznaczeniem stosownego miejsca.

Do talerzy zaglądają z innych lat twarze – bywalcy z samych początków, czasem przyblakli. Prawdziwi w sposób inaczej odczuwalny, znaczący już samą obecnością na szkicach, w podpisach. Dwóch jegomościów na ścianie się rozsiadło, po przeciwnych stronach inkrustowanego kobaltowym błękitem wahadła. Zegar, co czas odmierza, czas pamięta. A oni jak strażnicy czasu, co w miejscu tym stanął, co za murami płynie inaczej niż tu, wśród zapachów kuchni, smaków katalońskiego piwa i bąbelkowo roześmianej Cavy. Jakbyśmy tu wszyscy zależni od wychylenia wahadła, strażnikom się przyglądamy – jeden na „tak”, drugi zaś niechętny przez nowy czas wycieczkom. Tkwią więc Cztery Koty w genialnym pozaczasowym kompromisie, którego reguł pilnuje wykuta w kamieniu sowia mądrość.

Chłonąc to „Patrząc”, tonąc w „Słuchając”, co z sąsiedniej sali dobiega dźwiękami starego pianina, głodnieję… Menu znów z historią, przez Picassa projektowane. Szperam, szukam, czytam, jeszcze bardziej głodnieję… Królik więc. Po katalońsku. Pachnie niesamowicie. Żeliwna patelnia smakiem bucha – tu na materacu z lekko podduszonych grubych plastrów cebuli, przetykanych drobinami siekanego czosnku, na chrupiącej pierzynce ze złotych talarków ziemniaków spoczywa delikatnie upieczone królicze mięso. Całości dopełniają drobniutkie, prażone przed chwilą, ciepłem pachnące migdały. Rozpływa się w ustach, poezja smaku. Królik rzecz jasna na początek. Tak przecież być miało – awangarda w każdym calu. Miejsce prawdziwsze niżby się zdawało.

Miejsce:

Els Quatre Gats, Carrer de Montsió 3,Barcelona.

* Magdalena M. Baran, publicystka „Kultury Liberalnej”, koordynator projektów IO. Przygotowuje rozprawę doktorską z filozofii polityki.

 „Kultura Liberalna” nr 135 (32/2011) z 9 sierpnia 2011 r.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 135

(32/2011)
9 sierpnia 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj