Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > JASINA: Ken Russell...

JASINA: Ken Russell mniej znany. Sylwetka skandalizującego rzemieślnika

Łukasz Jasina

Ken Russell mniej znany. Sylwetka skandalizującego rzemieślnika

Ken Russell dopiero od kilku lat cieszy się w Polsce statusem kultowego i modnego. Do jego twórczości odwoływano się jednak często w sposób stereotypowy: jako dzieł „skandalisty”, „wielbiciela kiczu” czy „autora skandalizujących biografii” – nawet teraz, gdy Russell odszedł na zawsze. Czy slogany te oddają jednak pełen obraz artysty, który powinien zostać w naszej pamięci? W czym był podobny do twórców swojej epoki, a w czym się od nich różnił?

Russell: dziecko swoich czasów

Urodzonego w 1927 roku Russella ukształtowały kryzys lat trzydziestych i II wojna światowa. Jego debiut przypadł na lata 50., gdy kinematografia brytyjska po zakończeniu wojny zmagała się z wieloma problemami – zwłaszcza z chronicznym niedofinansowaniem, które powodowało odpływ najzdolniejszych twórców do Stanów Zjednoczonych. Realizacja filmów za pieniądze hollywoodzkich bossów to stały motyw biografii kolejnych brytyjskich reżyserów, nieodmiennie kończący się jednak ich klęską. Jako twórca amerykańskiej konfekcji filmowej zakończył swoją karierę nawet sam Tony Richardson. Właściwie jedynie Davidowi Leanowi udało się obronić swoja artystyczną indywidualność po wejściu w system; był on jednak przypadkiem szczególnym – artystą, który dusił się w brytyjskiej ciasnocie ze swoim zamiłowaniem do monumentalności.

Kolejnym fundamentem brytyjskiego kina czasów Russella było docenianie znaczenia aktorów i ich pracy. Zjednoczone Królestwo, ze swoimi tradycjami teatralnymi i szeregiem znakomicie wykształconych wyrobników sceny, zawsze stanowiło rezerwuar dla swojej niegdysiejszej kolonii. Jednocześnie jednak szacunek dla aktorstwa zmieniał pracę filmowców. Aktor nie mógł być tu tylko „znakiem plastycznym” (jako podobno mówił o tym Luis Buñuel); był raczej pełnoprawnym współtwórcą dzieła. W filmach Russella doskonale widać ślad takiego podejścia.

Również przygotowanie do zawodu reżyserskiego kształtowało się w Brytanii nieco inaczej niż w Europie. Nie znajdziemy tu odpowiedników uczelni filmowych Moskwy, Łodzi czy Pragi – kształcących artystów z posłannictwem. Nie ma tu też miejsca na francuską kinofilię, która wydała Truffauta czy Godarda. Zarówno w latach 20., gdy na filmowej arenie pojawili się Hitchcock i Lean, jak też w latach 50., gdy nadeszła kolej Russella, Reisza, Richardsona czy Schlesingera – rozpoczęcie pracy w tej profesji wiązało się z terminowaniem. Lean zaczynał jako montażysta, Richardson był młodym dokumentalistą. Russell pracował przy realizacji filmów przyrodniczych, z produkcji których bristolski oddział BBC słynie do dzisiaj. To dzięki dokumentowi brytyjski reżyser poznał sztukę filmową „na wylot”, zdobył zrozumienie dla detalu, ciężkiej pracy swojej i innych oraz racjonalny stosunek do reżyserii. Gdy nadeszła pora debiutu fabularnego, Russell poszedł jednak w innym kierunku niż większość jego brytyjskich kolegów.

Odmienne stany Russella

Najpopularniejszym chyba fragmentem twórczości Russela są jego skandalizujące biografie znanych artystów – wbrew pozorom nie tylko muzyków. Biograficznym filmom reżysera brakuje bowiem wspólnego mianownika; można je podzielić na przynajmniej dwie, skrajnie różne grupy.

Na pierwszy rzut oka znajdziemy tu dzieła dość spokojne, poprowadzone zgodnie z regułami sztuki, jak chociażby „Dziki Mesjasz” (1972), opowieść o związku Henri Gaudiera i polskiej guwernantki Zofii Brzeskiej (Dorothy Tuttin grająca Brzeską wykonuje w filmie coś w rodzaju krakowiaka – patriotom odradzam oglądanie). W kategorii tej można by umieścić też „Kochanków muzyki” (1970), w których Czajkowskiego zagrał Richard Chamberlain – film w swoim czasie skandalizujący, choć teraz odbierany jest nieco anegdotycznie. Za najważniejsze filmy z tej grupy należy uznać rewelacyjnego „Mahlera” (1974) – film wielki, acz będący produktem mody na austriackiego kompozytora zapoczątkowanej przez „Śmierć w Wenecji” (1969) Viscontiego.

Każde z wymienionych, poprawnych dzieł blednie jednak, gdy przywołamy „Lisztomanię” (1975) i „Tommy’ego” (1976). Biografia Liszta, w której luźno wykorzystane wątki wzięte z życia znanego kompozytora przeniesiono w surrealistyczny świat będący połączeniem XX i XIX stulecia, stała się w gruncie rzeczy traktatem o gwiazdorstwie i znaczeniu muzyki popularnej. Lady Gaga zapewne zna ten film na pamięć. W „Lisztomanii” Russel wprowadził ponadto technikę „Dolby Stereo” do nagrywania dźwięku – krok równie ważny jak wprowadzenie do kina samego dźwięku pięćdziesiąt lat wcześniej. Zrealizowana rok później rock-opera „Tommy” z muzyką zespołu „The Who” do dziś zachwyca oczy i uszy – w końcu gdzie można zobaczyć jednocześnie Jacka Nicholsona, Tinę Turner czy Ann-Margret i Eltona Johna? Bez „Tommy’ego” nie byłoby MTV i wideoklipów.

Arcydziełem Russella pozostały jednak „Zakochane kobiety” (1969), opowieść o skomplikowanym czworokącie miłosnym ulokowanym w świecie „szalonych lat 20.”. Film ten przeszedł do historii nie tylko dzięki oscarowej kreacji Glendy Jackson i skandalizującej scenie z udziałem nagiego Oliviera Reeda. To przede wszystkim kunsztowna konstrukcja psychologiczna i niezwykle mocne przełamanie seksualnego tabu. W roku 1969 były tylko dwa takie filmy – drugi zrealizował w Hollywood John Schlesinger (chodzi o „Nocnego kowboja”); dopiero po nich kino stało się bardziej odważne.

Reżyser nie stronił też od zwykłego skandalu. „Diabły” (1970), adaptacja powieści Huxleya, atakują widza nadmiarem obrazów i epatowaniem scenami opętania (w tym samym czasie ze znacznie lepszym skutkiem sięgnął po nią Krzysztof Penderecki, pisząc swoje „Diabły z Loudun”). Uważny widz zauważy być może inspirację tym filmem w późniejszym o kilka lat „Diable” (1972) Andrzeja Żuławskiego. Choć z biegiem lat Russell realizował filmy coraz gorsze, „ W kryjówce białego węża” (1987) czy „Tęcza” (1989) pozostają przykładem dobrej, reżyserskiej roboty.

* * *

Zmarły 27 listopada Russell stworzył własny, wyrazisty styl. Jak nikt inny zdołał opanować połączenie kiczu i ironii, patosu i żartu oraz naigrywanie się ze społecznych konwencji przy jednoczesnym ślepym posłuchu wobec formalnych zasad kina. Swoisty „the touch of Russell” ma już swoje miejsce w historii kina – jest śladem nie tylko skandalisty, ale i wybitnego twórcy.

Ken Russell (1927-2011)

* Łukasz Jasina, historyk kina brytyjskiego i autor pracy „Zmierzch kina brytyjskiego w filmach Davida Leana”, członek zespołu „Kultury Liberalnej”.

„Kultura Liberalna” nr 152 (49/2011) z 6 grudnia 2011 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 152

(50/2011)
6 grudnia 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj