Steven Spielberg przynależy do tego pokolenia reżyserów, które ludziom w moim wieku (a urodziłem się w 1997 roku) kojarzy się przede wszystkim z oglądanymi z wypiekami na twarzy telewizyjnymi hitami weekendowej ramówki telewizyjnej. I nigdy nie była to ujma dla poziomu tego kina. Filmy ojca Kina Nowej Przygody – choćby „E.T” czy „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” – zawsze nastawione były na odbiór szerokiej publiczności, jednocześnie dowodząc ogromnej dbałości o jakość widowiska – od scenariusza po efekty specjalne.
Jednym z najważniejszych wyznaczników gatunku, który proponowali twórcy Nowej Przygody (czyli oprócz Spielberga przede wszystkim George Lucas), było poruszanie się w obrębie tropów kina przygodowego, sensacyjnego, science fiction. Tworzyło to często mieszankę wybuchową, filmy niezwykle emocjonujące, efektowne i pobudzające wyobraźnię. Jednocześnie opowieści te oparte były na uniwersalnych tropach mitycznych. W końcu teoretyczną inspirację dla Lucasa i Spielberga stanowiły pisma Josepha Campbella, amerykańskiego mitoznawcy, autora niezwykle ważnej dla ich kina książki „Bohater o tysiącu twarzy”. Jego rozumienie mitu jako przewodnika po rytuale inicjacji, który jednostka przeżywa w imieniu wspólnoty, jest silnie zakorzenione w filmach tego gatunku.
„Dzień objawienia”, najnowszy film Spielberga, jest dzieckiem tego rodzaju myślenia o kinie. Czy jednak udało się w nim ponownie ożywić zrodzone w latach siedemdziesiątych XX wieku idee nowej przygody?

Bóg i kosmici
Film od razu wrzuca nas w sam środek akcji: oto dr Daniel Kellner (Josh O’Connor) odbija z rąk Noaha Scanlona (Colin Firth) swoją porwaną żonę Jane (Eve Hevson). Prędko dowiadujemy się, że Kellner to były pracownik Scanlona – szefa prywatnej korporacji zajmującej się ekstrakcją danych, ściśle współpracującą z amerykańskim rządem. Czym zaszedł za skórę swojemu szefowi? Wykradł pilnie strzeżone dane. I to nie byle jakie – udowadniające, że amerykańska elita już od dziesięcioleci kontaktowała się z kosmitami.
Historia Kellnera to tylko połowa opowieści. Drugą główną bohaterkę filmu odkrywamy nieco później. Jest nią Margaret Fairchild (Emily Blunt), pogodynka o dużych ambicjach, pracująca w lokalnej telewizji w Kansas City. W pewnym momencie na wizji Margaret, zamiast opowiadać o nadciągających zmianach atmosferycznych, zaczyna wydawać z siebie bardzo dziwne, klekoczące dźwięki. Jak się później okazuje, jedyna osoba, która je rozumie, to właśnie Kellner. Co łączy ze sobą te dwie postaci? To pytanie, na które film będzie starał się odpowiedzieć przez resztę swojego trwania, próbując spotkać ze sobą dwójkę bohaterów.
W tle tej akcji rozgrywane są jednak pytania o to, czy ważniejsza jest prawda, czy bezpieczeństwo, któremu ujawnienie jej może zagrozić. Innymi słowy, czy ludzkość jest gotowa na ujawnienie wieloletniego spisku elit oraz informację o istnieniu kosmitów bez szkód dla światowego porządku? W tym miejscu pojawia się również mocno zaznaczony wątek teologiczny. W filmie Spielberga ujawnienie dowodów na istnienie obcych może bowiem dla wielu stanowić dowód na nieistnienie boga. A to już według filmu, może prowadzić wprost do załamania porządku społeczeństw religijnych. Ta dyskusja – mimo iż w ramach filmu toczy się gdzieś na drugim planie (rozgrywana jest między ex-zakonnicą Jane, a jej ex-przełożoną) – w połączeniu z mityczną konstrukcją Margaret (do czego zaraz przejdę) stanowi mocny klucz opowieści.

Przypowieść teologiczna
Campbell, analizując strukturę narracyjną mitów, wyróżnia moment, w którym bohater, dostaje „wezwanie do podróży”, która w dalszej perspektywie ma go odmienić. Wezwanie to może być czymś przypadkowym, ale też momentem, w którym przeznaczenie zaczyna domagać się realizacji. Campbell przywołuje tutaj przypowieść o „Czterech znakach”, które doprowadziły do przebudzenia księcia Siddharty: „Zbliża się czas przebudzenia księcia Siddharthy — pomyśleli bogowie — więc musimy dać mu znak” [1]. Książę Siddharta za pośrednictwem bogów ujrzał wówczas starca. Widok ten ujawnił mu prawdę, skrywaną przed jego oczami, gdy mieszkał w zamku – tę dotyczącą przemijania. Siddhartha musiał wyruszyć w podróż, by zgłębić tajemnicę istnienia, a następnie móc nauczać – czyli stać się przewodnikiem dla innych w dotarciu do tej prawdy.
Schemat ten został przez Kino Nowej Przygody mocno zinternalizowany. Wystarczy przywołać postać Luka Skywalkera – wyrwanego z swojej rodzinnej pustynnej planety przez siły przeznaczenia („Przebudzenie Mocy”), by odkryć prawdę na temat swojego ojca, Dartha Vadera. Wyposażony w tę wiedzę Luke odradza się jako bohater – jest figurą zbawcy, który może poprowadzić siły rebelii przeciw imperium.
Film Spielberga bazuje na tym samym mechanizmie. Margaret nie jest do końca autonomiczna. Na antenie stacji dostaje wezwanie, nad którym nie ma kontroli – to kosmici w jakiś sposób ją wzywają. Odkrycie, dlaczego to ona jest „wybrańcem” (podobnie jak Keller), staje się jej własną podróżą. Jednocześnie jej rola nie wyczerpuje się na doświadczaniu tej indywidualnej przemiany. Prawda, którą niesie wraz z Kellerem, ma w końcu zostać ujawniona. Oznaczać to będzie przemianę całego świata – czy jak wynika z teologicznej dysputy toczonej w filmie – zmianę jego horyzontu metafizycznego, gdzie człowiek nie jest już jedynym stworzeniem Boga na własny obraz i podobieństwo. Tutaj wypełnia się też rola mitu opisywana przez Campbella – jako narzędzia przeformułowywania obrazu świata. W filmie Spielberga Margaret i Keller przeżywają moment inicjacji, czyli odkrycia prawdy na temat samych siebie, jednocześnie przeprowadzając przez ten proces wspólnotę (czyli nas, widzów), czego zwieńczeniem jest tytułowy „Dzień objawienia”.

Spóźnione proroctwo
To, co mogłoby stanowić o sile opowieści Spielberga i jego scenarzysty Davida Koeppa, zostaje jednak zaprzepaszczone przez wykreowany w filmie świat. Oglądając go, ma się poczucie, że scenariusz przeleżał dobre czterdzieści lat w szufladzie: wizja świata niczym się prawie nie różni od tej, jaką można by rozwijać w latach osiemdziesiątych XX wieku.
Z jakiegoś powodu jesteśmy tu na progu eskalacji między Rosją a USA, wokół granicy koreańskiej, co wygląda na zimnowojenną kalkę. Przedstawienie ujawnienia prawdy jako momentu, który ma zawiesić wszystkie dotychczasowe konflikty międzyludzkie, trąci ogromną naiwnością w dobie postprawdy, populizmu i politycznej polaryzacji. Zastanawiające jest również to, że wszystkie dotychczasowe incydenty związane z kontaktem z kosmitami działy się na terenie USA. Stany Zjednoczone jako centrum świata to po prostu kolejny przejaw tej samej, zakorzenionej w czasach zimnej wojny, perspektywy geopolitycznej.
Sama siła tradycyjnej infrastruktury medialnej – Margaret pracuje w końcu w lokalnej telewizji – w dobie platform społecznościowych, wydaje się tu mocno przeceniania. W pewnym momencie widzimy sekwencję montażową, gdzie prawie wszyscy ludzie na Ziemi wgapiają się w ekrany, by odebrać ten sam komunikat. Co prawda niektórzy bohaterowie wspominają coś o AI i deepfake’ach, ale to raczej scenariopisarski bezpiecznik, nie wpływa to bowiem w żaden sposób na dramaturgię filmu.
„Dzień objawienia” nie przedstawia również interesującego obrazu obcych, co podważa jego wartość jako spektaklu pobudzającego wyobraźnię. Jego wymiar teologiczny aż prosi się o wizualizację istot pozaziemskich jako radykalnie innych. Po filmach takich jak choćby tegoroczny „Projekt Hail Mary” [reż. Phil Lord, Christopher Miller], gdzie obcy przypominał kamiennego pająka poruszającego się niezwykle dziwnym, jakby pordzewiałym statkiem kosmicznym, czy po gigantycznych meduzach komunikujących się za pomocą malowanych okręgów i poruszających się statkami przypominającymi wielkie strusie jajo w filmie „Nowy Początek” [reż. Denis Villeuneve], obraz, jaki proponuje nam Spielberg, jest szokująco wtórny. Obcy to antropomorficzne ufoludki z dużymi oczami, latające kosmicznymi talerzami, żywcem wyjętymi z „Z Archiwum X”.
Kolejnym problemem filmu jest jego dramaturgia. O ile sceny pościgów zostały tu zrealizowane bardzo przyzwoicie, to scenarzysta zbyt często ułatwia swoim bohaterom wymknięcie się z opresji – czemu oczywiście sprzyja pomysł na bohaterkę wyposażoną w niezrozumiałe dla zwykłego śmiertelnika moce. Jednak jej filmowi przeciwnicy okazują się wyjątkowo mało pomysłowi w jej powstrzymywaniu. A skoro bohaterka ma „jeden prosty patent” na ich pokonanie, napięcie znika. W momencie kulminacyjnym antagonista grany przez Colina Firtha, pod wpływem impulsu moralnego wręcz odpuszcza sobie utrudnianie jej życia.

Do zapomnienia
To, co mogłoby stanowić o sile opowieści Spielberga i jego scenarzysty Davida Koeppa, zostaje jednak zaprzepaszczone przez wykreowany w filmie świat. Oglądając go, ma się poczucie, że scenariusz przeleżał dobre czterdzieści lat w szufladzie: wizja świata niczym się prawie nie różni od tej, jaką można by rozwijać w latach osiemdziesiątych XX wieku.
Kreacja Emily Blunt jest tutaj na wysokim poziomie, co nie powinno być jednak zaskakujące. Spielberg porusza się tu między innymi w gatunku kina akcji, w którym aktorka ta niejednokrotnie się sprawdziła, grając w takim filmach jak „Sicario” [reż. Denis Villenueve], czy „Kaskader” [reż. David Leitch]. Bardziej z przypadku wydaje się tutaj Josh O’Connor, znany raczej z refleksyjnych, wsobnych kreacji w arthouse’owych filmach takich jak „La Chimera” [reż. Alice Rohrwacher] czy „Mastermind” (reż. Kelly Reichard). Mimo swojego emploi, dobrze radzi on sobie z scenach akcji. Jednak to, co zawsze stanowiło w jego rolach atut, czyli umiejętność subtelnego ukazywania wewnętrznych procesów emocjonalnych, w filmie Spielberga nie ma jak się ujawnić. Jest to więc rola przyzwoita, ale podatna na zapomnienie. Być może najciekawiej z całej obsady wypada tutaj Colin Firth w roli klasycznego szwarccharakteru. Obsadzenie go w roli szefa złowrogiej korporacji, ciekawie kontrastuje z jego raczej przyjazną aparycją i popularnymi rolami ciapowatych Brytoli o złotym sercu (jak na przykład w „Jak zostać królem” [2011] czy filmach z serii „Bridget Jones”).
Film ten jednak wciąż jest produkcją Spielberga, trzyma więc pewien poziom realizacyjny, szczególnie widoczny w scenach akcji, gdzie reżyser, znany z ogromnego talentu inscenizacyjnego, ma jak się wykazać.
Szkoda jednak, że anachroniczny scenariusz dewaluuje wymiar mityczny, w który celuje. Uniwersalne pytania, które chce stawiać reżyser, w warunkach naszej skomplikowanej współczesności pozostają bez satysfakcjonującej odpowiedzi.
Campbell pod koniec swojej książki dostrzega, że formuła mitycznej opowieści w dobie sekularyzacji i kultu indywidualizmu, napotyka na poważne problemy. Przystające do realiów lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku filmy Spielberga i Lucasa, pokazały, że wyobraźnia mityczna wciąż jednak obowiązuje i można ją przeformułować. Niestety „Dnia objawienia” do tego rodzaju udanej próby nie można zaliczyć.
Przypis:
[1] Joseph Campbell, „Bohater o tysiącu twarzy” przeł. Andrzej Jankowski, Zysk i S-ka, Poznań, 1997, str. 57.