Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > „Kapitaliści”? „złodzieje”? Mali...

„Kapitaliści”? „złodzieje”? Mali przedsiębiorcy na co dzień [REPORTAŻ!]

Redakcja "Kultury Liberalnej"

Szanowni Państwo,

„kapitaliści”, „złodzieje”, „neoliberałowie” – stosownie do aktualnej mody w mediach polscy przedsiębiorcy nazywani bywają rozmaitymi epitetami. Część inwektyw to odprysk określeń, którymi obdarzane są wielkie zagraniczne koncerny.

Mało kto zadaje sobie wtedy uczciwe pytanie, o kim konkretnie mowa w odniesieniu do naszego podwórka. W kogo dokładnie wymierzone są te ciosy tutaj? Jakie to nieuczciwe! Polskimi przedsiębiorcami są przecież także ci, którzy codziennie obok nas harują, prowadząc małe sklepy, kawiarnie czy zakłady usługowe, a ich zyski bynajmniej nie są wysokie. Żadne góry złota! Oni często po prostu walczą o przeżycie. A sądząc po danych o stanie gospodarki, kryzys siedmiomilowymi krokami nadciąga do „zielonej wyspy”.

Zamiast apokaliptycznego pytania, czy przetrwają, zapytajmy lepiej: co ich łączy? Na pewno są przyzwyczajeni do niezależności. Na pewno przede wszystkim liczą na siebie. Zdarza się, iż chodzi po prostu o pasjonatów. To rodzimi nonkonformiści, którzy chcą wykonywać taki zawód, na jaki mają ochotę – na przykład sprzedawać komiksy. Widywać codziennie znajomych przychodzących na kawę. Konstruować rowery. Dlaczego nie?

Dlatego dziś publikujemy tekst o takich właśnie przedsiębiorcach. Reportaż napisany przez Jakuba Krzeskiego i Macieja Szwarca pod opieką Agnieszki Wądołowskiej to początek cyklu, w którym chcemy odkłamać obraz polskiego biznesu. Nasi dzisiejsi przedsiębiorcy to sól ziemi – odrodzonej Rzeczypospolitej. Przyjrzyjmy się im uważnie.

Zapraszamy do lektury!

Jarosław Kuisz


1. Agatka
2. Muzyczny 
3. Z komiksami
4. Rowerowy


 Agatka

Zaledwie kilka stolików nakrytych obrusami. Drzwi zawsze zapraszająco otwarte na oścież. Ten bielański bar działa od czterech dekad. Przychodzą jednak głównie stali bywalcy. Jeden z nich, pan Marek, towarzyszy nam zresztą w rozmowie. Za barem stoi pani Halina. Prowadzi lokal sama, czasem pomaga jej mąż. Wraz z nim przejęła „Agatkę” w latach 90.

Bar bliski sercu

– Biznes? Przecież tu nie ma biznesu – uśmiecha się pani Halina. – To jest hobby. Zawsze są ci sami goście, przyjaciele, znajomi, tu się siedzi, przez zasiedzenie. To wszystko się odbywa na zasadzie przyjacielstwa, kumpelstwa, to jest takie swoje wszystko, takie bliskie sercu. Tu się nigdy nie siedziało dla pieniędzy, tu się zawsze siedziało dla ludzi. Na tym chyba polega to wszystko. Tak mi się wydaje.

– Tu było różnie – dodaje pan Marek. – Byli bandyci z wyrokami dziesięcioletnimi i byli literaci, adwokaci, inżynierowie…

– Ta Agatka była, jaka była, ale tu wiecznie pili – wyjaśnia pani Halina i nagle denerwuje się: – Teraz jest coraz gorzej, jest nędza, koszty rosną z miesiąca na miesiąc, podwyższa się prąd, podwyższa się czynsze, a ludzi coraz mniej. Kredyt? W tej chwili cokolwiek zrobić, to jest tak jak wyrzucone pieniądze, bo to się nigdy nie zwróci. Zresztą wiecie państwo, jak się już określone lata ma, to ciężko szukać pracy w tym kraju i w tym systemie. Jak moja młodsza koleżanka szukała pracy i mówiła do telefonu, że ma 39 lat, to ją wyśmiewali: „Do gastronomii w tym wieku!? Stara baba!”.

– Teraz jest trudniej – tłumaczy dalej pani Halina. – Bo kiedyś było mniej kawiarni w dzielnicy, ludzie kasę mieli inną. Automaty do gry były, z których też parę groszy jakieś było. A potem, przez tą zaje*aną ustawę, co wprowadzili, to się rypnęło. 2000 opodatkowania od automatu, nieważne, czy on zarabia. To firmy pozabierały. Kiedyś to dało się żyć, było nieźle, a teraz to już absolutnie nie.

„Nędza jest, proszę pana. Bieda”

– Niech pan zwróci uwagę na ten obsrany trawnik, z którego korzystają tylko psy, który jest zaśmiecony, nieutrzymany, jakieś obskurne słupki z ery gierkowskiej czy gomułkowskiej – mówi pan Marek, wskazując przez otwarte drzwi. – Przecież zrobić by można było parking, tu są sklepy, tutaj ludzie przychodzą, jest gabinet stomatologiczny.

– Kiedyś naprzeciwko mieliśmy parking – wspomina pani Halina. – Tu, gdzie teraz są taksówki. W tej chwili, jak ratusz się wprowadził, zrobili tam, gdzie był stary postój, zatoczkę dla autobusów. A nam wpie*dolili tutaj, szanując pana uszy, taksówki naprzeciwko i nie ma podjazdu, żeby ktoś przyjechał i wszedł sobie na kawę z dziewczyną. A to jeszcze pogłębiło naszą nędzę.

Ten postój taksówek to jest tylko nasza zakała. Ludzi jest mało, mało pieniędzy, do burmistrza stosownego chodziłam parokrotnie w sprawie tych taksówek, prosiłam, błagałam: płacimy wam czynsz i to dość wysoki, jest nam ciężko, no pomóżcie no, no musi być podjazd. Nic to nie dało.

Ogródek? Parasole żeby wystawić, trzeba mieć zgodę, musi wyrazić zgodę Zarząd Dróg i Mostów na Chmielnej. Dwa razy składaliśmy mapki, życzyli sobie odbijać, rysować, nie dali zgody – za wąsko.

Pani Halina prosiła kiedyś także, żeby administracja zezwoliła na zrobienie „koperty” z tyłu. Ludzie mogliby podjechać z towarem. – No to oni mi powiedzieli, że nie przyzwyczają ludzi do kopert. Nie ma jak podjechać, nie ma jak przyjąć piwa. O du*ę potłuc. Za to mnie tu sto razy mierzono, czy ja trzymam 100 m od urzędu publicznego. I teraz pan mi wytłumaczy, pan jest mądrym człowiekiem, dlaczego w ratuszu na dole knajpa ma wódkę!?

To jest precedens, to jest jedyny chyba ratusz w Warszawie, gdzie na dole jest knajpa i wóda.
Cel? Przetrwanie. I że będzie lepiej. Na to liczymy. Tak nam obiecano, że ma być tak dobrze. To poczekamy. (cisza) Nędza jest, proszę pana. Bieda.

Do gůry

***

Muzyczny

Żoliborzanie nazywają czasem warszawski plac Wilsona „placem bankowym”. Sporo w tym racji. Placówki finansowe zdominowały tu przestrzeń. Obecność pana Mirosława i jego sklepu z płytami od przeszło 18 lat wyłamuje się z tego trendu. Ale, gdy rozmawiamy, sprzedawca jest w środku trudnych negocjacji o czynsz, które mogą zaważyć o przyszłości jego przedsiębiorstwa. Spółdzielnia mieszkaniowa, od której wynajmuje lokal, chce podwyższyć opłatę niemal dwukrotnie.

„Miałem ściśnięty żołądek”

– Zawsze interesowałem się muzyką – wyjaśnia pan Mirosław. – Jestem po studiach inżynierskich, pracowałem w dwóch ważnych zakładach w Pruszkowie, ale jeszcze w epoce, jak niektórzy słusznie mówią, minionej. Potem w Hucie Warszawa.

Jednak im dłużej tam byłem, tym bardziej widziałem absurd tamtej gospodarki. Poza tym były to ciągłe napięcia, dochodziło nawet do tego, że miałem ściśnięty żołądek przez dwie godziny, jak wracałem do domu, nie wiedziałem, co się tam dzieje. Czasy solidarnościowe były niespokojne, widziałem, jak wyrzucono z pracy pewnego bogu ducha winnego, dobrego kierownika. W końcu wymówienie złożyłem.

Korporacje jak Ludowe Wojsko Polskie

– Czy dobrze mi tutaj? – zastanawia się pan Mirosław. Jego zdaniem, wszystko zależy od tego, gdzie się pracuje. – Mam syna w korporacji, który opowiada o rzeczach, z jakimi się w wojsku spotykałem. Nie wiem, czy pan zna taki amerykański eksperyment. Psycholog wziął studentów i podzielił ich na więźniów i strażników. Tak się właśnie dzieje w korporacjach. Nawet sobie myślę, że gdyby syn stracił tę pracę, to by odetchnął, tak jak ja kiedyś odetchnąłem.

Działalność założył, bo ceni sobie niezależność, a w sektorze prywatnym w latach 90. można było więcej zarobić. – To były takie dziwne czasy. Inżynier zarabiał mniej niż robotnik przy obrabiarce. Perspektywy słabe. Tutaj żona i dwoje małych dzieci. No i zacząłem dorabiać, a potem zarejestrowałem działalność. Na początku miałem stoisko jako taki ajent w DH Merkury.

Wolność w Polsce się budziła, więc naturalne było, że młodzież – i nie tylko – szukała muzyki. Wcześniej nie było można tak po prostu kupić, czego się chciało. Był głód na zachodnią muzykę. Prawo autorskie nie funkcjonowało za Żelazną Kurtyną, nie było w Polsce firm fonograficznych. Miałem wypożyczalnię płyt z usługą nagrywania i kiedy prawo się zmieniło, przerzuciłem się na sprzedaż. Stopniowo zaczęło to wyglądać tak jak dzisiaj.

Kiedyś to było tak, że za pracę były pieniądze adekwatne do wysiłku, nakładu pracy i pomysłowości. Dzisiaj jest to trudniejsza sytuacja. Ale wiążę nadzieję z tym, że takie sklepy specjalistyczne się utrzymają i będą miały grono wiernych klientów, co widzę u nas.

Wsparcie synów

– Kredyt? Absolutnie nie! – zdecydowanie odpowiada pan Mirosław. – Wszystko polegało na mojej organizacji, ewentualnie jakieś tam wsparcie ze strony rodziny, żeby coś zainwestować. Wiadomo, trzeba było jakieś lasery kupić.

A potem, jeśli pojawiał się dochód, to się inwestowało w kolejne płyty i tak w kółko, w ten sposób poszerzała się oferta, to był taki samograj. Jakieś większe firmy z większym kapitałem mogły od razu wchodzić z dużą ofertą. Ja robiłem to powolutku, stopniowo.

Trzeba się jednak bronić przed działaniami Spółdzielni Mieszkaniowej. – Teraz poruszony tymi zmianami czynszu, muszę podjąć intensywne działania reklamowe. Gdzieś muszę tej całej fali wychodzącej z metra i goniącej z pracy do domu pokazać się, chociaż to może nie być łatwe, aby namówić ich na łyk muzyki. Obecnie mam wsparcie synów w technice komputerowej, internetowej i tak dalej. Budujemy teraz stronę i sklep internetowy, który będzie kooperował z tym.

Okoliczni przedsiębiorcy nie należą do żadnych związków, chroniących ich prawa, czego pan Mirosław trochę żałuje. – Są skazani, tak jak ja, na łaskę bądź niełaskę wynajmujących lokal, więc muszą poddać się dyktatowi właścicieli. Rozmawiałem z nimi, jak im się wiedzie, jakie oni płacą czynsze i tak dalej. Jedziemy na jednym wózku.

Cena przyzwoitości?

A prowadzenie sklepu jest ciągłą walką o jego utrzymanie. – Na razie mam przed sobą kilka lat walki o utrzymanie sklepu w warunkach wiadomo jakiej konkurencji. Do niedawna walczyliśmy z wszędobylskim piractwem. Teraz też jest piractwo, tylko w sieci.

Poza tym są robione nieuczciwe handlowo akcje, na przykład wychodzi ważna premiera znanego tytułu, to firma wydająca podpisuje z jakimś sieciowym salonem umowę na wyłączność sprzedaży przez miesiąc od daty premiery. Zdaję sobie sprawę, że jest to ewidentne łamanie prawa i wolnej konkurencji, ale jestem za słaby, żeby pójść z tym do sądu.

Ja zawsze myślałem, że jednak pewne granice przyzwoitości, etyki w handlu są. Może się mylę, może dlatego przegram kiedyś.

Do gůry 

***

 Z komiksami

Trzy schodki w dół. Tyle dzieli przechodnia od sklepu, który pan Maciej prowadzi z żoną i synem. Mieszczący się w małej suterenie na Górnym Mokotowie pozornie niczym się nie wyróżnia. Ale miłośnik komiksów znajdzie tu wszystko: od Kaczora Donalda po mistrzów komiksu w rodzaju Allana Moore’a.

„Pozytywnie zakręceni”

– Kiedy mówię komuś, że mam sklep, to od razu słyszę, że ciuchy albo spożywczak, a ja mówię, że z komiksami. Wtedy słyszę głośne CO…? – śmieje się pan Maciej. – I wtedy się zaczyna, bo z jednej strony komiks to dla dzieci, taki mamy stereotyp w tym kraju, a z drugiej strony ludzie sobie myślą: oni robią coś takiego innego, to nie jest spożywczak, taka egzotyka. Oni muszą być pozytywnie zakręceni.

Przed ‘89 rokiem był nauczycielem, potem pracował dla dużych korporacji. Na stanowiskach menedżerskich, po wiele godzin dziennie, bo tam był nielimitowany czas pracy. – Nie było łatwo, natomiast finans bardzo sympatyczny, nie mogę narzekać. Zarobiłem tyle, że mogłem spełnić swoją fanaberię, czyli kupić sobie ten sklep i założyć wydawnictwo. Zrobiłem to własnymi nakładami. Bez żadnych funduszów unijnych czy pożyczek i tego typu rzeczy. Najzwyczajniej w świecie oszczędzałem.

Po przejęciu sklepu wyszły na jaw gigantyczne długi. – Jak to zobaczyłem, to pomyślałem sobie, Jezus Maria, może być ciężko. Ale jestem jakoś tam uparty w dążeniu do tego, co sobie założyłem. I jakoś to się ułożyło.

Stare korporacyjne nawyki

Pomogła mu wiedza wyniesiona z korporacji. – Nauczyłem się ścisłej polityki finansowej, planowania, utrzymywania odpowiedniego stocku magazynowego, przewidywania sprzedaży na przyszłość. Doświadczenie i szkolenia, jakie tam odbyłem, naprawdę bardzo mi pomogły.

A potem, wiecie państwo, zrobiłem jedną rzecz. Usiadłem sobie z kartką papieru i pomyślałem sobie tak: chłopie, ile ci trzeba? Tyle, żeby godziwie żyć, na wakacje pojechać, nie oszczędzać? No i wyszło mi, że ze sklepu i z wydawnictwa jestem w stanie to mieć.

Dokładnie obliczyłem, jaki muszę mieć obrót dzienny. Sprawdzam to raz w tygodniu. Stary nawyk korporacyjny. No, i póki co jest git. Żyję i na wakacje też jadę. A sklep wyszedł ze wszystkich długów i ma bardzo dobre podstawy ekonomiczne.

Myślę o sobie jako o dobrze uposażonym pasjonacie, ale z drugiej strony to ma być mój sposób na życie. Wiem, że jeśli ten biznes dojdzie do jakiegoś poziomu dla mnie nieakceptowalnego, to ja nie będę miał problemu, żeby to przerwać. Ale to też nie jest tak, że dzień czy nawet miesiąc słabszego obrotu miał mnie jakoś odstraszyć. Natomiast założyłem sobie pewne normy, które są do spełnienia. To wszystko jest przemyślane.

– Gdzie chcę być za parę lat? – pan Maciej głośno się zastanawia. – Pewnie w lepszym miejscu, z większą powierzchnią ekspozycji, z większą sprzedażą. Mam nadzieję, że ten rynek będzie się jednak powiększał. A z wydawnictwem, no… Chcę mieć największe wydawnictwo komiksowe w tym kraju, ale to za parę lat.

Więcej się dowiesz z forów niż od urzędników

– Prowadzenie własnej działalności jest ogromną niezależnością. Z drugiej strony odpowiedzialność jest też ogromna. Konsekwencję decyzji, których podejmujemy, spadają wyłącznie na nas samych – tłumaczy pan Maciej.

Tymczasem małym firmom nie jest łatwo. – Państwo jako takie, broń Boże. Nie widzę żadnych działań, które wspierałyby małe biznesy, czy to w formie kredytów, czy w tak prostej sprawie, jak załatwianie jakichś dotacji z Unii. Uzyskanie w tym kraju informacji na temat działania gospodarczego, to jest naprawdę droga przez mękę. Więcej się człowiek dowiaduje z forów internetowych niż od urzędników.

Polskie przepisy są tak skomplikowane, tyle jest odnośników, w ujęciu paragrafu, punktu, które całe czas się zmieniają. Praktycznie miesiąc w miesiąc trzeba byłoby kupować „Monitor” i czytać go od dechy do dechy. Ba, jeszcze intepretować odpowiednio.

Na głęboką wodę

Główna bolączka? Pan Maciej tłumaczy, że urzędnicy nie szanują swojej pracy, nie są propetenccy. – Mnie całe życie uczono, że klient ma zawszę rację, a nawet jak jej nie ma, to trzeba tak mu sprawę wytłumaczyć, żeby on przyjął ten punkt widzenia. A przynajmniej go zaakceptował.

On się może nie zgadzać, ale jeżeli są takie, a nie inne przepisy, nie można powiedzieć, że takie są przepisy i… koniec! Trzeba wytłumaczyć, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Nie można powiedzieć po prostu, takie są procedury firm. Bo co klienta obchodzą procedury?

Z urzędami jest tak samo, mówi mi się, że nie mogę czegoś zrobić, bo takie są przepisy. Tylko nie tłumaczy mi się, dlaczego takie są, czego dotyczą, albo jak zrobić, żeby było zgodnie z tymi przepisami. Nie, radź sobie sam! Była taka kiedyś metoda nauki pływania: wrzucić kogoś na głęboką wodę. Jak się utrzyma, to git, a jak nie, to trudno.

Do gůry

***

 Rowerowy

Wnętrze pracowni jest zastawione rowerami wszelkiej maści. Karol otworzył ją dwa lata temu w niewielkim starym garażu przy ulicy Towarowej. Wynajmuje go od spółdzielni. Pierwszym projektem było zbudowanie dwunastu rowerów własnego pomysłu. Później zajął się także naprawą i renowacją, z naciskiem na rowery vintage i szczególną troską o to, by utrzymać ich oryginalną estetykę. Priorytetem jest zachowanie starych części, a nie wymiana na nowe.

To nie jest kraj dla małego biznesu?

– Jak doskonale wiemy, ten kraj dla małego biznesu jest dość ciężki – wzdycha Karol. – Musisz wszystko robić sam, a jedyne, co dostajesz na początek, to preferencyjny ZUS. To, co zarobisz, musisz wrzucić w koszty i robi się z tego taka suma, że nie jest to miłe.

Jak idziesz do kogoś do pracy, to po prostu dostajesz wypłatę i masz wszystko w d* , ale z drugiej strony, czy jesteś szczęśliwym człowiekiem, wykonując tę mrówczą pracę? Pracując na kogoś?

Wszyscy są w podobnej sytuacji. Każdy by chciał coś zacząć robić. Jeden sprzedaje wodę, drugi robi rowery, a trzeci naprawia parasolki. Łączy nas jedno: że każdy ma twardy orzech do zgryzienia, jeśli chodzi o rozpoczęcie samej działalności. Ruszenie z tym i uporanie się z problemami.

Oczywiście mówimy tu o pewnego rodzaju pasjonatach, którzy mają jakiś pomysł, ideę i chcą ją spełnić, a nie o sytuacji, kiedy ktoś ma sto czy dwieście tysięcy za plecami.

Karola do własnego biznesu doprowadziła długa droga. – Mam jeszcze trzy inne zawody – wylicza. – Skończyłem dwa fakultety z pedagogiki i jestem kucharzem. W zimę pracuję jako pedagog specjalny z dzieciakami. W czasie studiów wyjeżdżałem w wakacje do Francji, gdzie pracowałem z ludźmi głęboko upośledzonymi. W którymś momencie miałem już wyjechać na stałe. I wyjechałem, można powiedzieć, ale wróciłem.

Samochód klasy średniej i domek

Skąd taka decyzja? Mówi, że nie można żyć w dwóch miejscach naraz. – Mam szacunek dla ludzi, którzy wyjechali. Tam wszystko się zgadza, tam mogę zarabiać normalne pieniądze i żyć godnie, pracując mniej niż w tym kraju i w dużo lepszych warunkach. Ale z drugiej strony życie jest tak krótkie, że jak nie ogarniesz się w pewnym momencie, to już nie wrócisz.

Zreflektujesz się, że owszem, masz jakiś samochód klasy średniej, kupiony domek – bo po paru latach życia we Francji będzie cię spokojnie na to stać – parę tysięcy euro na koncie, 50 lat na karku. Ale w Polsce bywałeś tylko na pogrzebach i na wakacjach. Całe nakręcenie koniunktury, konsumpcji, zarabiania i wydawania pieniędzy, złapało cię w tym momencie. Opuściłeś swój kraj, w którym się urodziłeś i wychowałeś, swoje miejsca, rodzinę, a w zamian masz ten samochód klasy średniej i tak dalej.

Z oszczędności

– Pensja pedagoga specjalnego nie jest najwyższa w tym kraju – ironizuje Karol. – Trzeba sobie jakoś radzić, więc wymyśliłem sobie taki biznes rowerowy. Spróbowałem i jakoś to się ciągnie. Wszystko powstało z jakichś tam moich oszczędności i całość miała się nakręcać sama.

Tak naprawdę inwestycja ciągle trwa. Jest ciężko, jeśli chodzi o wyżycie z tego na cały rok, tym bardziej że to jest dopiero początek. Ale w tym sezonie bywa nieco lepiej.

Dwie zimy i trzy sezony, siedziałem tutaj codziennie, po prostu robiąc swoje rowery. Przygotowując się i ucząc się tego, także w sensie przejścia z hobby do biznesu. Samodoskonalenia się. I po prostu bycia tutaj.

Uczę się cały czas – przynajmniej to jest moje zdanie. Przerobiłem już naprawdę dużo różnych dziwnych rowerów i podzespołów, wychodząc często z założenia, że coś da się naprawić, a nie wymieniać.

Bardzo zależy mi na klientach

Ale tłumu w warsztacie nigdy nie ma. – Nie, ja chcę po prostu dobrze wykonywać swoją robotę i mieć swoją pracownię, gdzie będą do mnie przychodzili ludzie dlatego, że chcą do mnie przyjść.

To jest o tyle specyficzne miejsce, że do mnie można wejść, porozmawiać, napić się kawy. Nie wszystko się kręci wokół wydania paragonu, wzięcia kasy i poinformowania, co zostało wymienione. Bardzo mi zależy na klientach. Jeśli przestaną przychodzić, to znaczy, że coś nie gra i trzeba to zmienić. Otworzyć knajpę. Albo wyjechać. Do Pernambuco czy do Hondurasu.

Do gůry

***

* Autorzy reportażu: Jakub Krzeski, Maciej Szwarc.
** Opieka merytoryczna: Agnieszka Wądołowska.
*** Autor ilustracji: Rafał Kucharczuk.

„Kultura Liberalna” nr 187 (32/2012) z 7 sierpnia 2012 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 187

(33/2012)
7 sierpnia 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj