Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > WTOREK [Marionetki, kukiełki,...

WTOREK [Marionetki, kukiełki, ludzie] WAKAR: Prawie tylko o Rzymie Allena

Jacek Wakar

Prawie tylko o Rzymie Allena

Trochę się to zmieniło, ale nie do tego stopnia, by lato przestało już być w kulturze sezonem ogórkowym. A sezon ogórkowy ma to do siebie, że każdy news jest wtedy na wagę złota. Chociażby taki, że Polacy zakochali się w najnowszym filmie Woody’ego Allena „Zakochani w Rzymie”. Europejskie obrazy – czy jak kto woli pocztówki – reżysera rzeczywiście cieszą się u nas wyjątkowym powodzeniem. Do tej pory najwięcej ludzi poszło na poprzedni, czyli „O północy w Paryżu”, a teraz to Rzym podobno idzie na rekord. Wiadomo też, że po „Vicky Cristina Barcelona” wielu Polaków zakochało się w stolicy Katalonii, a biura podróży odnotowały wzmożone zainteresowanie wycieczkami do tego miasta. I to nie tylko u nas, ale na całym świecie. Nic więc dziwnego, że europejskie metropolie zabiegają o względy autora „Annie Hall”, gotowe suto zapłacić, aby akcję swego kolejnego filmu umieścił właśnie u nich. Zrodził się nawet pomysł zaproszenia Allena do Krakowa. Zrodził się i szybko umarł, bo okazało się, że trzeba by za to wyłożyć dziesięć milionów dolarów. Skądinąd rzeczywiście spośród polskich miast jedynie Kraków mógłby powalczyć o względy reżysera. Warszawa już na przykład nie. Przykro powiedzieć, ale powrót do mojego miasta nie z daleka, bo z takiego Budapesztu może skutkować lekkim stanem depresyjnym, czego jestem najlepszym przykładem.

„Zakochani w Rzymie” cieszą się w Polsce uwielbieniem widzów, choć zostali dosyć zgodnie schlastani przez krytyków. Zgodnie i słusznie, bo to jeden ze słabszych filmów artysty zapewne w całej jego karierze, chociaż nie zbliża się nawet do gniota w dorobku Allena najbardziej potwornego, czyli „Poznasz przystojnego bruneta”. Tyle że jak napisał Krzysztof Varga nawet słaby film Woody’ego Allena jest filmem dobrym. „Zakochanym w Rzymie”  brakuje werwy, przydałyby im się skróty. Kuleje scenariusz, co w przypadku takiego mistrza, gdy idzie o pisanie filmowych historii, jest już nie lada zaskoczeniem. Można też mówić o niewykorzystaniu potencjału aktorów, a tych jak zwykle zebrał Allen znakomitych. Trudno wytłumaczyć obecność na ekranie Aleca Baldwina, w „Juno” znacznie lepsza była Ellen Page, a w „Social Network” Jesse Eisenberg. O tym, jak zmarnowana została rola Penelope Cruz napisali już przede mną. Broni się świetna Judy Davis, a przede wszystkim sam Allen, który pojawia się w swoim filmie bodajże po raz pierwszy od roku 2006. Jak zwykle wyrzuca z siebie kaskady słów, jak zwykle jest neurotykiem wszech czasów. Do tego jeszcze wciela  się w słynącego z absurdalnych eksperymentów operowego reżysera, który zapisał się choćby tym, że przebierał bohaterów klasycznych dzieł za białe myszki. Bardzo mi się to spodobało, może dlatego, że pomysł z białymi myszkami przypomniał mi standardowe rozwiązania niektórych polskich reżyserów teatralnych. Dokładnie tyle samo w nim sensu.

Mimo wszystkich wad „Zakochani w Rzymie” to wciąż Allen i w tym jest ich największa siła. Jest to film co się zowie sympatyczny i wcale się nie dziwię, że widzom to wystarcza. Woody mówi, że kino utrzymuje go w pionie, że napędza go roczny rytm, w jakim powstają jego kolejne filmy. Dokładnie wie, kiedy będzie pisał scenariusz, kiedy wejdzie na plan, a kiedy zacznie się montaż i postprodukcja. Rok w rok o tej samej porze. Tylko tytuły się zmieniają. Dlatego nie ma wyjścia – jedne są lepsze drugie słabsze. W ostatniej dekadzie mieliśmy przecież znakomity „Wszystko gra”, w którym Allen przejrzał się w Dostojewskim, niezłe „Co nas kręci, co nas podnieca”, uroczą Barcelonę, równie dobry Paryż. Każdemu wypada życzyć takiej  formy.

W dodatku Allen nie puszy się, nie odkrywa Ameryki, z wprawą miesza te same składniki, bawiąc się stereotypami i kiczem. Maniakalnie słucham soudtracku z Rzymu, w którym obok znanych arii są słodkie włoskie canzoni. Czysta przyjemność.

Ma zatem Allen dystans i lekkość, w dzisiejszym kinie na wagę złota. Za chwilę czeka nas bowiem „W drodze” Waltera Sallesa według powieści Kerouaka. Książka wiadomo, reżyser utytułowany, tymczasem wyszła piła wyjątkowa, za to po brzegi wypełniona ambicjami i pretensjami. To ja już wolę nieudanego Allena. Bez pretensji.

* Jacek Wakar, szef działu Publicystyki Kulturalnej w Drugim Programie Polskiego Radia.

„Kultura Liberalna” nr 191 (36/2012) z 4 września 2012 r.

 

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(36/2012)
4 września 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj