Na popularnym filmiku krążącym po internecie biały humanoidalny robot biegnie ulicą za stadem dzików. Wymachuje rękami, nie poddaje się i biegnie tak długo, aż przepędza zwierzęta w stronę lasu. A potem macha im na pożegnanie.
Można wyciągnąć z tego wniosek, że dziki nie są tak groźne, jak mówią ci, którzy alarmują, że ich obecność stała się problemem miast.
Na innych, także popularnych zdjęciach widać, jak pracownik jakichś służb wkłada zwłoki małego dzika do śmietnika. Ci, którzy znają kontekst, wiedzą, że jest to przedstawiciel Lasów Miejskich z Warszawy, który chwilę wcześniej uśmiercił lochę i jej małe, bo weszły na jedno z miejskich podwórek. To kolejne wydarzenie z takiej serii. Wcześniej łowczy zabili lochę z małymi na placu zabaw i na terenie szpitala, również w Warszawie. Za każdym razem w obecności przypadkowych, postronnych osób.
Zdjęcia wywołały ogromne emocje. Wybuchła dyskusja o tym, czy dziki, których jest coraz więcej w miastach, trzeba traktować w tak okrutny sposób. I czy są groźne.
Dzik już nie jest przeciw PiS-owi
Dziki stały się tematem, który polaryzuje społeczeństwo niemal tak jak Tusk i Kaczyński. Albo, trafniej teraz będzie powiedzieć, jak Trump i Meloni. Jedni, ci z nurtu „zdroworozsądkowego”, grzmią o zagrożeniu, jakie stwarzają duże zwierzęta chodzące stadami po miastach. Inni bronią je przed strzelbami i dowodzą, że problem dzik–człowiek można rozwiązać, albo przynajmniej złagodzić humanitarnie.
Wczoraj w Warszawie przed ratuszem, w którym urzęduje prezydent miasta Rafał Trzaskowski, zebrała się demonstracja w obronie dzików. Po jednej stronie byli ci, którzy są uwrażliwieni na los zwierząt. Wytykali prezydentowi, że dyrektorem warszawskich Lasów Miejskich jest członek Zarządu Głównego Polskiego Związku Łowieckiego.
Po drugiej stronie, dzień wcześniej, prezydent miasta tłumaczył, że inaczej się nie da i dziki trzeba uśmiercać na miejscu. A przecież nie jest to polityk czy urzędnik z którejś z konserwatywnych partii pod znakiem „czyń sobie ziemię poddaną”. Tylko jeden z najbardziej progresywnych polityków partii liberalnej, czyli Rafał Trzaskowski z Koalicji Obywatelskiej.
Protesty w obronie dzików odbywały się już w Polsce wcześniej. Za czasów PiS-u i ministra środowiska z tej partii, Jana Szyszki, znanego wśród przeciwników z tego, że środowiska nie lubi. Radykalnymi odstrzałami dzików ówczesny rząd chciał walczyć z epidemią ASF, chociaż część ekspertów mówiła, że nie jest to skuteczna metoda. Ludzie uwrażliwieni na ich krzywdę stawali wówczas w obronie dzików i przeciw PiS-owi. Charakterystycznym znakiem rozpoznawczym sympatii środowiskowych, a zarazem politycznych, było zdjęcie profilowe w mediach społecznościowych przedstawiające dzika.
Teraz miejsce Szyszki zajął Rafał Trzaskowski, bo to w Warszawie doszło do najbardziej szokujących wydarzeń pod hasłem obrony ludzi przed ogromną populacją dzików.
Myśliwy kontra kiełkojady
Oprócz oczywistej sprawy, czyli humanitarnego traktowania zwierząt, ważnym tematem jest tu także ta polaryzacja, która dzieli społeczeństwo na „zagrożonych” i „naiwnych”. Podejście do natury dzieli Polaków, nie tylko jeśli chodzi o dziki. Także – o wilki, które zdaniem „zagrożonych” podchodzą coraz bliżej do ludzi. O żubry spacerujące po wsiach i przez to rzekomo groźne. O drzewa, które są wycinane, bo zdaniem administratorów osiedli czy dróg stanowią zagrożenie.
Żelaznym argumentem w dyskusjach na ten temat są dzieci. Wilki czają się na nie ponoć na drodze do szkoły, dziki na placach zabaw, a drzewa mogą na nie spaść, kiedy przechodzą przez osiedlową alejkę.
Obawy o dzieci uzewnętrzniają tu lęki przed naturą niepoddaną ścisłej kontroli. Proces, w którym ścierają się ci, którzy się tym lękom poddają, i ci, którzy walczą o ochronę każdego skrawka natury, nie jest nowy. Podział przebiega także po linii interesów – leśnikom opłaca się wycinać lasy, myśliwym polować, a deweloperom zabudowywać łąki.
Na przykładzie wrażliwości na naturę ujawnia się tu inne zjawisko – polaryzacja, która nie przebiega już, jak niedawno, na linii partyjnej: KO i Lewica kontra PiS i Konfederacja. Czy – prawica i liberałowie.
W obronie dzieci i ich rodziców przed dzikami, wilkami czy drzewami nie stoją już ci, którzy stoją tam, gdzie PiS. Oczywiście, wciąż bardziej prawdopodobne jest to, że wilkami będzie straszył poseł z Konfederacji, na przykład entuzjasta polowań Andrzej Zapałowski z Krosna, który obrońców zwierząt konsekwentnie nazywa „kiełkojadami”. Albo że to prezydent Karol Nawrocki zawetuje ustawę zakazującą wiązania psów na łańcuchach, niż że Sejm jej nie uchwali.
Jednak koalicja, której ogromna część szła do wyborów jako progresywna, wrażliwa na potrzeby ludzi i zwierząt, stała się teraz w przytłaczającej mierze konserwatywna i niewrażliwa.
W poddziale na ludzi o „zdrowym rozsądku” i „naiwnych”, jak nazwali by to ci pierwsi, barwy partyjne nie są już ważne. Donald Tusk, a także Rafał Trzaskowski kategorycznie wypowiadali się o szkodliwości protestów Ostatniego Pokolenia, które blokowało ulice Warszawy, chcąc zwrócić uwagę na konieczność ochrony klimatu.
Ostatniego Pokolenia nie lubi tak samo KO, jak PiS.
Rząd Tuska poparł inicjatywę zmniejszenia statusu ochronnego wilków w Europie, czym bardzo rozczarował polskich obrońców przyrody. Nie tego spodziewali się po progresywnej koalicji, co wyraźnie sformułował jeden z najbardziej znanych obrońców – Adam Wajrak.
Podobne rozczarowani byli też wtedy, kiedy Tusk firmował dewastacje przyrodnicze przy granicy z Białorusią, budując tam zaporę.
Postępowo już było
Jednak w obronę tych wszystkich decyzji nie zaangażowali się tylko na zasadzie przekory przeciwnicy rządu czy Tuska. Podział na tych, którzy mają konserwatywne czy też użyteczne podejście do natury, i tych, którzy chcą ją chronić, przebiega w poprzek podziałów partyjnych.
I chyba właśnie to widzi Tusk, kiedy kończy swoją krótką i barwną karierę polityka progresywnego.
Kiedy nie tylko naturze, ale i prawom człowieka nie zagraża już PiS, tematy te przestają być partyjne i stają się światopoglądowe. Być może dlatego właśnie Tusk nie spieszy się do realizacji prawa do transkrypcji małżeństw jednopłciowych zawartych za granicą. Jak pisze Oko.press, stara się wręcz zablokować gwarancje, które daje w tej sprawie wyrok TSUE i NSA – gwarantujący prawo do transkrypcji.
Politycy liberalni musieli uznać za korzystniejszy światopoglądowy konserwatyzm definiując tak polskie społeczeństwo. Oznacza to, że to, co jeszcze przed wyborami w 2023 roku było nazywane ukradzionymi lewicy postulatami, teraz stało się postulatami porzuconymi.
Lewica może więc odzyskać to, co najbardziej budzi emocje, a co jest całkowicie jej – czyli walkę o prawa człowieka i zwierząt. Może znowu stać się rzeczniczką prawa do aborcji czy równości małżeńskiej.
Wydaje się jednak, że te prawa, kiedy nie łamie ich PiS, przestały być tak ważne dla Polaków. I znowu stały się postulatami osób „naiwnych”, „pięknoduchów” czy „lewaków”, którymi nie są już tylko przeciwnicy PiS-u i Konfederacji.
I tak dochodzimy do wniosku, że nic tak nie robi dobrze propagowaniu haseł równościowych, progresywnych czy ekologicznych, jak rządy radykalnej prawicy.