Już sama ta wątpliwość pokazuje niejednoznaczność wyniku bułgarskich wyborów. Zgodnie zresztą z retoryką samego Radewa, który obiecywał stabilizację, walkę z korupcją i mafią, przywrócenie praworządności, utrzymanie orientacji proeuropejskiej przy równoczesnym „realistycznym” podejściu do Rosji. Byłemu pilotowi myśliwców udało się też przekonać wyborców, że jest nową postacią na scenie politycznej – wszak jego Postępowa Bułgaria powstała na miesiąc przed wyborami.

 Triumf i ogromne oczekiwania 

Efektem była wysoka jak na Bułgarię frekwencja wyborcza: odrobinę ponad 50 procent. W ciągu ostatnich pięciu lat Bułgarzy szli do urn już kilkakrotnie, a wybory wyłaniały rządy koalicyjne niezdolne nie tylko do przeprowadzenia koniecznych reform, ale wręcz do zwykłego administrowania krajem; upadały na ogół po niecałym roku. Frekwencja, wysoka zwłaszcza wśród młodych wyborców, oraz tych, którzy dotąd nie głosowali lub zakreślali na kartach wyborczych opcję „nikt z powyższych” (bułgarska ordynacja zapewnia taką możliwość) jest dowodem kredytu zaufania, jaki Bułgarzy udzielili Radewowi. 

Jego Postępowa Bułgaria będzie pierwszą od 29 lat partią zdolną do samodzielnych rządów. To oznacza, że rząd po raz pierwszy, od czasów autorytarnych koalicji mafijnych zdominowanych przez prawicowy GERB premiera Borysowa z lat 2010-tych, będzie dysponować władzą zdolną do realizacji swoich zamierzeń. Triumf Radewa wzbudził więc ogromne oczekiwania społeczne, którym niemal na pewno nie zdoła sprostać.

Przyszły premier nie jest jednak politycznym nowicjuszem. Przez dwie kolejne kadencje pełnił funkcję prezydenta, której się zrzekł by startować w wyborach parlamentarnych. Głowa państwa w Bułgarii ma rolę czysto ceremonialną, ale zarazem szeroki dostęp do mediów. Przez dziewięć lat Radew mówił społeczeństwu, co w kraju należałoby naprawić, z wysokiej pozycji swej funkcji, a zarazem nie ponosił za swe słowa politycznej odpowiedzialności. Zdobył w ten sposób polityczny kapitał, który obecnie dyskontuje. 

Radew zrobi to, czego nie potrafili liberałowie? 

I choć jego Postępowa Bułgaria istotnie powstała zaledwie miesiąc temu, to w istocie i ona polityczną nowicjuszką nie jest. Wśród jej działaczy jest wiele czołowych postaci postkomunistycznej Partii Socjalistycznej, która w tym roku po raz pierwszy nie weszła do parlamentu. Jej wyborcy przerzucili głosy na partię Radewa, podobnie uczyniła część wyborców liberalnego bloku opozycyjnego, który zdobył nową popularność na fali ogromnych demonstracji antyrządowych z grudnia ubiegłego roku. Uznali, że partia Radewa ma realną szansę pokonać mafijny establishment, który przez ostatnich 15 lat rządził krajem; liberałom się to nigdy nie udało. 

Podobnie zadecydowali wyborcy węgierscy, głosując na partię TISZA Petra Magyara. Choć jej przywódca sam się wywodzi – jak Radew – z aparatu władzy i, podobnie jak on, poglądy ma bynajmniej nie liberalne. 

Liberałowie zdobyli 12 procent głosów – o jeden procent mniej niż partia GERB wiecznego premiera Borysowa, ale niemal dwa razy więcej niż Ruch Praw i Swobód skorumpowanego oligarchy Pejewskiego. Próg wyborczy przekroczyła jeszcze faszyzująca Odnowa. Spodziewać się można, że liberałowie zawrą koalicję z Radewem, dając rządowi konstytucyjną większość 2/3 głosów w parlamencie, niezbędną do przeprowadzenia strukturalnych reform. Samodzielnie taką swobodą cieszy się też TISZA, głównie ze względu na węgierską ordynację wyborczą, ale nie polska koalicja 15 października. Jest to jedną – ale nie jedyna – przyczyną jej mizernych osiągnięć.

Dwójmowa wobec praworządności, Brukseli i Rosji

Radew zacznie od ataku za istotnie przesiąknięty korupcją i powiązaniami mafijnymi wymiar sprawiedliwości. Kluczowym będzie usunięcie sprawującego urząd nielegalnie od czerwca ubiegłego roku prokuratora generalnego, który chronił oligarchów, prześladował media i organizacje pozarządowe, ignorował gwałcenie praw mniejszości, i nie reagował na masowe kupowanie przez GERB oraz Ruch głosów w ostatnich wyborach. 

Jego odstawka umożliwi wszczęcie postępowań przeciwko winnym korupcji – i utrwali zasadę, że nowa władza wymienia prokuratorów, a potem sędziów, których nie lubi. Można mieć nadzieję, że koalicyjni liberałowie ukrócą nieco rozmach postępowców przy przekształcaniu wymiaru sprawiedliwości zgodnie z ich oczekiwaniami. 

Jednak szanse na niezawisłe sądownictwo są nikłe, niezależnie od deklaracji, które Radew śle pod adresem Brukseli.

„Realizm” po bułgarsku 

Taka dwójmowa jest zwłaszcza charakterystyczna dla postawy, jaką nowa władza zajmie wobec Rosji. Ubiegłoroczne demonstracje antyrządowe były zarazem dość prorosyjskie: Bułgaria jest zależna od dostaw ropy i gazu z Rosji, a tradycyjna sympatia dla Moskwy, historycznej obrończyni przed tureckimi zaborcami, z trudem akceptowała poparcie dla Ukrainy, które Sofia okazywała z racji swego unijnego i NATOwskiego członkostwa. 

Radew podkreśla, publicznie że wobec Rosji trzeba być „realistycznym”, bo jest zbyt silna, by się jej narażać. Prywatnie on oraz inni postępowcy wyrażają o Ukrainie poglądy będące echem rosyjskiej propagandy. Bułgaria graniczy przez Morze Czarne i z Ukrainą, i z Rosją, więc jej postawa ma znaczenie – zwłaszcza, że w miejscowości Sopot zakłady zbrojeniowe produkują amunicję artyleryjską kaliber 155 mm., której Kijów rozpaczliwie potrzebuje. 

Bułgarscy komentatorzy uważają, że prorosyjskie deklaracje Radew składał, by przyciągnąć wyborców, i że nie należy się obawiać, że Unii wyrósł właśnie nowy Orban. Kłopot w tym, że jeśli za słowami pójdą czyny, to nie ma znaczenia, czy słowa te były oportunistyczne, czy szczere. A jeśli dla zjednania wyborców Radew jest w stanie dostosować swe wypowiedzi w kwestii Ukrainy, to jakich jeszcze politycznych fikołków można się po nim spodziewać?

Macedończycy, czyli ofiary nacjonalistycznej propagandy 

Unia ma jednak wobec Bułgarii dyscyplinujące narzędzie. Inaczej niż w kwestii Węgier, a przedtem Polski, nie wstrzymała ze względów praworządnościowych żadnych znaczących wypłat środków budżetowych. Wiedziona zasadą unijnej solidarności – przyjęła perspektywę Sofii w negocjacjach akcesyjnych z Macedonią Północną. Mieszkańców tej byłej jugosłowiańskiej republiki w Sofii uważa się za Bułgarów, których fałszywa propaganda nacjonalistyczna mylnie przekonała, że są odrębnym narodem. 

Stąd w negocjacjach ze Skopje UE żąda, by Macedonia przyjęła bułgarski punkt widzenia na historię najnowszą, i na przykład bułgarską okupację kraju uznała za wyzwolenie. Oba narody, niezależnie od politycznych podziałów, uważają swoją narrację historyczną za niepodważalny fundament tożsamości. Groźba zmiany stanowiska Unii mogłaby wpłynąć na polityki Bułgarii w innych sprawach. 

Rzecz w tym, że z powodu bułgarskiego obstrukcjonizmu negocjacje akcesyjne się niemiłosiernie wloką. Przynosi to ulgę tym w Brukseli, którzy są przeciwni dalszemu rozszerzaniu, zaś wcześniejsze też uważają za przedwczesne, niebezzasadnie posługując się przykładem Bułgarii jako dowodem. Szanse na skuteczną unijną presję na Sofię są więc ograniczone.

Magyar i Radew obalą państwo mafijne? 

Wszystko to nie oznacza, że nie można mieć nadziei, iż Rumen Radew okaże się wielkim obrońcą liberalno-demokratycznego ładu, który w sposób praworządny przywróci w kraju. Także podobne oczekiwania związane z Peterem Magyarem nie muszą być bezpodstawne. Rzecz w tym jednak, że Węgrzy już nie pamiętają tego ładu, zaś w Bułgarii skompromitował się on dość poważnie. 

Wyborcy, wynosząc Radewa i Magyara do władzy, pragnęli usunięcia skompromitowanych struktur mafijnych, wszystko jedno jakimi metodami. Z kolei efekty obrony zasad liberalnej demokracji w Rumunii, gdzie właśnie padła koalicja rządowa, czy w Polsce, gdzie silny prezydent potrafi skutecznie sabotować działania rządu, nie odbudowują zaufania do tych zasad – zwłaszcza jeśli się jest politykiem, który uzyskał mocny mandat do przeprowadzenia zmian. 

Zaś w sąsiedniej Serbii silny prezydent Aleksandar Vučić od 2014 roku pozostaje u władzy, niewiele sobie z tych zasad robiąc, utrzymując relacje z Moskwą, Brukselą, Waszyngtonem i Pekinem. Media trzyma w garści, opozycję pod butem, i przekształca Serbię, jak mu fantazja i interes dyktują. 

Czy Radew i Magyar będą woleli być jak serbski prezydent, czy jak polski albo rumuński premier?