W przyszłym tygodniu w Sejmie dojdzie do czegoś na podobieństwo szekspirowskiego dramatu. Z punktu widzenia uczestników polskiej polaryzacji zetrze się dobro i zło. Po gorącej debacie wygra jedno z nich w głosowaniu, z pewnością przy pełnej sali, nad wotum nieufności dla ministry środowiska Pauliny Hennig-Kloski. Stawka w tym starciu jest najwyższa z możliwych w parlamencie i rządzie – nie jest nią tylko przyszłość samej ministry. To przyszłość koalicji rządzącej.

Bo po raz pierwszy większość parlamentarna może częściowo zagłosować przeciw samej sobie. Byłby to precedens wskazujący na to, że takich głosowań może być więcej. To, co wybrali Polacy – a co widzieliśmy w kolejkach do lokali wyborczych w 2023 roku, jak ta na wrocławskim Jagodnie – teraz może się ostatecznie rozpaść. A najbardziej dramatyczny jest powód.

Są nim animozje personalne i urażone ambicje w ugrupowaniu z malutkim poparciem, które rozbiło się na dwa.

Symboliczne głosowanie

Bo wniosek o wotum nieufności złożony przez Konfederację i część posłów PiS-u może też poprzeć klub Polski 2050 Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Przewodniczącej partii, którą opuściło środowisko Hennig-Kloski po przegranych partyjnych wyborach.

Nie rozstrzygamy tu, kto miał rację w tym potężnym wewnętrznym konflikcie, kto zachował się nie w porządku. Ważne jest, że raczej trudno uwierzyć w merytoryczne wątpliwości co do tego, czy poprzeć wniosek Konfederacji.

Symboliczne przegrane głosowanie będzie dowodem na kruchość koalicji. Tej, która miała postawić tamę prawicowemu populizmowi w Polsce, może wydarzyć się z powodów awanturniczych, ambicjonalnych.

Skąd my to znamy? „Wiele państw popełniło samobójstwa. A Polska ma pod tym względem bogatą tradycję” – mówi Jan Zielonka w rozmowie, którą można przeczytać w aktualnym numerze „Kultury Liberalnej”.

Odwagi, Donaldzie Tusku

Jednak prawda jest taka, że dobro i zło, czyli przeciwstawne siły walczące o Polskę, też nie mają wzniosłych powodów do wojny.

Wizja Polski prawicowych populistów rządzących Polską po 2015 roku okazała się nie tyle wizją ideologiczną, ile przede wszystkim zwykłą chciwością – władzy i pieniędzy dla jej umacniania.

Jednak wizja powstrzymania populizmu zbyt często wygląda jak kalkulacja poszerzania elektoratu, a nie działania reformatorskie. Niektórych spraw, jak przywrócenie praworządności w instytucjach sądowych, oczywiście nie da się zrobić ze względu na prezydenta. Jednak ochrona zdrowia, edukacja, ochrona środowiska, transformacja energetyczna, obrona cywilna – to wszystko domaga się odwagi w działaniu.

A rząd Donalda Tuska odważnie zmierza w stronę prawicowego konserwatyzmu.

Odważnie – bo wbrew wyborcom, którzy spodziewali się po nim nie tylko działań reformatorskich, ale i obrony wartości. Takich jak prawa człowieka.

Zdaje się, że tych wyborców Koalicja Obywatelska zgodziła się uznać za straconych, spodziewając się nowych, odbitych Konfederacji czy PiS-owi. Ostatnie wybory prezydenckie rzeczywiście pokazały, że fala konserwatywna jest silna.

Na prawo patrz

Jednak przecież pokazały też, że prawicowy elektorat nie wybiera Koalicji Obywatelskiej zgodnie z często formułowaną zasadą: po co głosować na podróbkę, skoro można na oryginał.

Koalicja Obywatelska trzyma jednak prawicowy kurs. A ostatnio tak konsekwentnie, że wyborców, którzy szli głosować na nią w poszukiwaniu ratunku przed prawicowym populizmem, może teraz palić ręka od trzymanych wtedy długopisów.

KO miała walczyć o praworządność. KO nie stosuje się do wyroku TSUE i NSA w sprawie transkrypcji aktów ślubu zawartego za granicą przez pary jednopłciowe.

KO miała wprowadzić związki partnerskie. Ale teraz, kiedy może pójść krok dalej, unikając straceńczej walki z prezydentem, wstrzymuje się od działania.

Jak pisze Oko.press, politycy KO mają dążyć do tego, żeby transkrypcję dać tylko tej parze, której dotyczyły wyroki, co byłoby sprzeczne z duchem tych wyroków. Podobne wnioski płyną z wypowiedzi czołowych polityków KO, na przykład Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy, który swego czasu otwierał Paradę Równości.

W sobotę przed kancelarią premiera ma się zebrać demonstracja przeciw zaniechaniu wprowadzania w życie wyroków TSUE i NSA. A oburzenie na to zaniechanie wyrażają nie tylko wyborcy zainteresowani osobiście wyrokami. To także dowód na niewiarygodność KO dla tych, którzy uwierzyli w obietnice partii w kwestii praw człowieka.

Czy ktoś widział lewicę?

Dlaczego Donald Tusk odchodzi od progresywnych wyborców do tego stopnia, że ryzykuje ich zemstę przy urnach? Bo tą zemstą może być po prostu bierność. Albo coś, co dotychczas miało siłę mobilizacyjną – czyli głosowanie na silną partię, która ma potencjał, by wygrać nawet za cenę dyskomfortu światopoglądowego.

Dla elektoratu, który zaciskał zęby, ale głosował, sprawa z małżeństwami jednopłciowymi może być kroplą, która przeleje czarę goryczy.

Bo tu naprawdę nie trzeba dużej aktywności politycznej, by coś zrobić. Tu wystarczy formalność.

Być może obawa przed tęczowym atakiem ze strony prawicy jest dla Tuska tak niewygodna, że ryzykuje utratę głosów tych progresywistów, których diagnozuje jako nielicznych.

Powstaje jednak pytanie, dlaczego nie walczy o nich lewica? Oczywiście wicepremier Krzysztof Gawkowski przygotował ze swojej strony to, co jest konieczne do wykonywania transkrypcji. A przewodniczący Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty zapowiedział, że w samorządach rządzonych przez Lewicę urzędy stanu cywilnego będą wykonywać transkrypcję.

Ale w porównaniu z walką, jaką toczy o zaznaczenie swojej odrębności Polska 2050, walka lewicy o małżeństwa jednopłciowe wygląda mizernie.

Polska 2050 walczy z powodów ambicjonalnych. Lewica ma ideowe powody do walki. I te pierwsze wyglądają na silniejsze.

A przecież prawicowy kurs KO mógłby być dla Lewicy szansą. Mogłaby przejąć na nowo swoje najmocniejsze postulaty, takie jak właśnie równość małżeńska czy prawo do aborcji. A do tego zaniedbywane przez KO postulaty środowiskowe, klimatyczne – i przygarnąć tych, którzy stracili albo stracą zaufanie do największej partii liberalnej.

Ale Lewica jest zaskakująco cicha.

Jan Zielonka we wspomnianym wywiadzie powiedział: „Większość haseł, które liberalizm ma na sztandarach, zostało zniweczonych przez praktykę. I za to dzisiaj płaci – i stąd jest ta antyliberalna kontrrewolucja. A czy prawicę można pokonać tylko prawicą? Tak długo, jak nie ma lewicy – oczywiście”.

I to być może jest prawdziwe spełnienie dawnej zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że w Warszawie będzie drugi Budapeszt. W końcu na Węgrzech prawicę pokonała prawica.