Drodzy studenci historii na Uniwersytecie Kolorado i Uniwersytecie Indiana!
Przez lata tysiące z Was uczęszczało na moje zajęcia z historii Polski lub z historii Europy Wschodniej XX wieku. Otóż, na żadnych z tych zajęć ani razu nie poświęciłem choćby odrobiny czasu na temat zamachu majowego z 1926 roku. W najlepszym razie wspomniałem zdawkowo o tym w jednym zdaniu. Teraz jednak poproszono mnie o napisanie eseju z okazji jego stulecia.
Z lekkim wstydem muszę przyjrzeć się tej luce i zapytać, dlaczego w ogóle go pomijałem. Zobaczmy, czy należą Wam się przeprosiny.
Taka historia!
Każdy profesor historii lubi mieć w zanadrzu dobre opowieści, więc powinienem był snuć opowieść o maju. Mamy tu marszałka Józefa Piłsudskiego – pierwszego bohatera walki Polski o niepodległość – który atakuje rząd i partie polityczne za ich niezdolność do kierowania krajem, podczas gdy przeciwnicy wzywają go, by „wyszedł z ukrycia” i wziął odpowiedzialność.
Mamy dramatyczne spotkanie Piłsudskiego z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim — niegdysiejszym towarzyszem z podziemia antyrosyjskiego — na moście Poniatowskiego po południu 12 maja. A następnie przejęcie kontroli nad mostami na Wiśle przez oddziały wierne Piłsudskiemu.
Socjalistyczni kolejarze wspierają wojsko strajkiem paraliżującym siły rządu. Przez trzy dni walk w stolicy ginie blisko czterysta osób. Premier i prezydent składają rezygnacje. A kiedy wszystko się kończy, Piłsudski odmawia objęcia urzędu prezydenckiego, wybierając pozostanie w cieniu — z formalną władzą jedynie nad siłami zbrojnymi. Rozpoczyna się era sanacji.
Czy mogło być inaczej?
Cóż — to naprawdę świetna historia. Dlaczego jej nie opowiadałem? Niczym sprytny student, który zaniedbał lektury, przedstawię argumenty, które — mam nadzieję — okażą się wystarczająco przekonujące, by zaliczyć ten kurs.
Mam właściwie dwa odrębne wyjaśnienia, a może raczej wymówki — w zależności od przedmiotu. Zacznijmy od historii Polski, którą, zainspirowany Normanem Daviesem, wykładałem wspak: zaczynając od postkomunizmu, a kończąc na XVI wieku.
Dla mnie fundamentalne pytanie dotyczące okresu międzywojennego brzmi: czy polska demokracja mogła się utrzymać?
Trudno sobie wyobrazić, jak by mogła, biorąc pod uwagę strukturalne przeszkody, które napotykała. Polska w 1918 roku została zszyta z trzech imperiów o odmiennej infrastrukturze, odmiennych tradycjach politycznych i odmiennych orientacjach kulturowych.
Jednocześnie — i nie po raz pierwszy ani ostatni — Polska okazała się niezdolna do wykorzystania niezwykłego szczęścia, jakim było znalezienie się wśród wielkich beneficjentów traktatów powojennych.
Zawrotna liczba partii politycznych walczyła o wpływy, co owocowało ciągłymi zmianami rządów. Przy tak głębokich podziałach w kraju tylko ogromny wysiłek i szczęście pozwoliłyby stawić czoła wyzwaniom gospodarczym i społecznym — takim jak reforma rolna.
Jeśli miałby być jakiś moment, w którym losy demokracji zostały przesądzone, wskazałbym zabójstwo prezydenta Narutowicza w grudniu 1922 roku. Trudno wyobrazić sobie, jak młode państwo mogło się po tej zbrodni skutecznie podźwignąć. Przez kolejne czterdzieści jeden miesięcy przed zamachem panowało powszechne oczekiwanie, że coś musi się wydarzyć. Zamach majowy jest więc jedynie dopełnieniem procesu zapoczątkowanego zabójstwem.
Mogło być gorzej
Przejdźmy teraz do kontekstu całej Europy Wschodniej. Tutaj również pojawia się pytanie, czy demokracja mogła się utrzymać.
Żeby nie pogubić wątków, na zajęciach niemal zawsze rysowałem na tablicy siatkę sześciu głównych krajów regionu i ich sytuację w latach dwudziestych.
Choć zamach majowy był zdarzeniem dramatycznym, nie może się równać z wydarzeniami w Bułgarii w 1923 roku, kiedy to popularny premier Aleksandyr Stambolijski został obalony w wojskowym zamachu stanu. Próbował wzniecić rebelię, by odzyskać władzę, lecz został schwytany i ścięty przez macedońskich rewolucjonistów, którzy odesłali jego głowę do Sofii w puszce po herbatnikach. Albo z Jugosławią, gdzie w czerwcu 1928 roku czarnogórski poseł zastrzelił na sali parlamentarnej czterech chorwackich deputowanych, śmiertelnie raniąc przywódcę Chorwackiej Partii Ludowej, Stjepana Radicia — co siedem miesięcy później doprowadziło do ogłoszenia przez króla Aleksandra dyktatury królewskiej.
W sumie każdy kraj — w tym jedyna trwała demokracja, Czechosłowacja — zmagał się z podziałami etnicznymi, tlącymi się urazami, napięciami społecznymi i innymi problemami.
Podwójny cios recesji powojennej i wielkiego kryzysu przypieczętował los Europy Wschodniej na długo przed 1939 rokiem.
Trump jak Piłsudski?
Powyższe argumenty odwracają uwagę od roli jednostki zmieniającej bieg historii na rzecz szerszych sił, które pogrzebały wschodnioeuropejską demokrację w okresie międzywojennym. Bezlitosny egzaminator czytający mój esej powie jednak: okrężnymi drogami usprawiedliwiasz pominięcie tematu, w który twoi studenci mogliby wgryźć się z zacięciem.
Ma rację — zwłaszcza po próbie zamachu stanu z 6 stycznia 2021 roku w Waszyngtonie należy pytać, co stanowi zagrożenie dla demokracji i jaka jest odpowiedzialność przywódców politycznych. Trump to oczywiście żaden Piłsudski (a teraz myślę: czy Mike Pence wcielił się w rolę Wojciechowskiego? Czy Nancy Pelosi to Wincenty Witos naszych czasów?), ale pytania, które prowokuje zamach majowy, są równie aktualne jak zawsze.
Z perspektywy setnej rocznicy trzy dni tego maja stanowią — jeśli nie punkt zwrotny w historii Polski — to z pewnością ważną lekcję o kruchości demokracji i pokusie silnego przywództwa. Wystawiam sobie ocenę cztery plus. Mam nadzieję, że się zgadzacie.