O Min Aung Hlaingu, międzynarodowo skracanym jako akronimu MAH (po birmańsku inaczej, o czym niżej), najłatwiej pisać na dwa sposoby: przez pryzmat jego zbrodni oraz dziwactw.
Jedna krew, jeden głos, jedno dowództwo
Służąc całe życie w Tatmadaw, armii birmańskiej, musiał ubrudzić sobie ręce krwią. I bynajmniej nie dlatego, że wojsko z definicji służy do zabijania (obcych) wrogów. W wieloetnicznych krajach Globalnego Południa takich jak Birma/Mjanma owym przeciwnikiem przeważnie nie jest zagraniczny sąsiad-najeźdźca, lecz miejscowy pobratymiec z innej grupy narodowościowej, nierzadko cywil. A zbudowana na wzorcach cesarskiej armii japońskiej z czasów drugiej wojny światowej Tatmadaw, do dziś chlubiąca się powstałym wówczas mottem „jedna krew, jeden głos, jedno dowództwo”. Od 1948 roku toczy z większością niebirmańskich ludów zamieszkujących Mjanmę (czyli z jakąś jedną trzecią społeczeństwa) najdłuższej trwającą na świecie wojnę domową.
Prowadzi ją w sposób skrajnie okrutny. Z definicji nie rozróżniając wojskowych i cywilów, co po birmańsku nazywa się strategią „czterech cięć”, a po międzynarodowemu – zbrodnią wojenną. Zresztą w kwestii licznych przestępstw armii birmańskiej trudno wskazać zbrodnię przeciw ludzkości, której Tatmadaw by nie dokonała.
Prawdopodobnie ma również na swoim koncie ludobójstwo. Co oznacza jedno: szansa, że ktoś taki jak Min Aung Hlaing przeszedł przez wszystkie szczeble armii birmańskiej, objął jej dowództwo i nie zostawił za sobą morza krwi, jest równa zeru.
W przypadku MAH-a jego droga na szczyt była tylko wstępem do masakr, których dokonał już jako wódz Tatmadaw. Najsłynniejsze są dwie. W 2017 roku wypędził z Mjanmy prawie milion muzułmanów Rohindża. Dokonał w ten sposób „czystki etnicznej z ludobójczą intencją”, jak to oficjalnie ujęła ONZ, w swej biurokratycznej nowomowie. Organizacja starała się kompromisowo rozwiązać problem definicyjny tej zbrodni, przez jednych klasyfikowanych jako czystka etniczna („podręcznikowa” dodajmy, również za ONZ), a przez innych jako ludobójstwo.
Najbardziej znienawidzony dyktator
Z kolei po przeprowadzeniu zamachu stanu w 2021 roku MAH najpierw krwawo spacyfikował pokojowe protesty, a następnie wziął się za tłumienie powstania, wybuchłego przeciwko swej uzurpatorskiej władzy. Uczynił to znanymi już metodami „czterech cięć”, bombardując „obszary wyzwolone” przez powstańców, w tym zwłaszcza szpitale, szkoły i miejsca kultu, a także tereny dotknięte przez trzęsienie ziemi.
Mimo iż wojny domowej tym wciąż nie wygrał (kontroluje obecnie jakąś połowę kraju), to osiągnął coś innego.
Min Aung Hlaing stał się oto najbardziej znienawidzonym w postkolonialnej historii kraju wojskowym dyktatorem Birmy.
A to – zważywszy na silną konkurencję ze strony jego poprzedników, generałów Ne Wina, Saw Maunga i Than Shwe – jest imponującym osiągnięciem. Dlatego Birmańczycy, mówiąc o nim (głośno za granicą i szeptem w kraju), zazwyczaj nie nazywają go po imieniu – Min Aung Hlaing, lecz używają skrótowca Ma A La, co jest grą słów ze słowem „sk…syn”.
Choć Min Aung Hlaing zapewne pragnąłby powtórzyć za Kaligulą (jeśli go oczywiście kojarzy) „niech nienawidzą, byleby się bali”, to efekt na razie osiągnął odwrotny. Po puczu wojna domowa znacząco się rozpaliła. Dodatkowo doszło do niej ogólnonarodowe birmańskie powstanie narodowe, które w latach 2023–2024 było o włos od obalenia rządów Tatmadaw, a i obecnie wciąż nie zamierza składać broni. Co gorsza dla MAH-a, Birmańczycy nie tylko go nienawidzą, lecz również się z niego śmieją.
Walczący buddyzm i zabobony
Po pierwsze dlatego, że MAH jest dość zabobonny. Nakazał na przykład obsiać milion akrów słonecznikami, by przedłużyć swoje rządy (bo sadzić słoneczniki i długo utrzymać władzę to kolejna gra słów po birmańsku). Regularnie manifestuje też swą religijność. Rozkazał zbudować największy pomnik Buddy na świecie z marmuru oraz konsekrować liczne pagody w kraju i za granicą, w tym, uwaga… w rosyjskiej Kałudze (osobiście pojechał na jej otwarcie).
Cel legitymizacyjny tych działań jest dość jasny, birmańscy władcy zawsze ukazywali się jako dobrzy buddyści (zwłaszcza jeśli byli zbrodniarzami). MAH przy tym jest jednak ponadprzeciętnie groteskowy. No i zdaje się wierzyć we własną propagandę. Najwyraźniej tradycyjnym sposobem zakłada, że fundując miejsca kultu, odkupi tak swoje dawne winy. W końcu do żołnierzy swojej dawnej jednostki, przy okazji też oddziału szczególnie zasłużonego w wyżynaniu Rohindżów, czyli 77 lekkiej dywizji Tatmadaw (takie miejscowe Waffen SS) posłał ulubionego mnicha, który żołnierzom mordującym kobiety i dzieci dialektycznie wytłumaczył, że bronili buddyzmu, więc nic się nie stało.
Król szczurów
Drugi powód społecznych żartów i drwin jest innego kalibru. MAH ma oto, raczej rzadką w armii, zwłaszcza birmańskiej, potrzebę bycia uznanym za intelektualistę. Być może wynika ona z braków edukacji (studiów nie skończył, poszedł do wojska), zdolności językowych (mówi tylko po birmańsku) i oratorskich (mówcą jest nieortodoksyjnie porywającym), a może z innych potrzeb kompensacyjnych.
W każdym razie Min Aung Hlaing łaknie i pragnie stopni i tytułów niczym pewien pomarańczowy przywódca Nobla. Pierwsi tę potrzebę trafnie rozpoznali Rosjanie, przyznając MAH-owi doktorat honoris causa Akademii Wojskowej Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej. Skądinąd fotografie generała w todze do dziś są źródłem nieustannych memów w birmańskim internecie.
W 2026 doszło do tego coś jeszcze bardziej kuriozalnego. Uniwersytet Ranguński, najstarsza i najlepsza uczelnia Birmy, również przyznała dyktatorowi honorowy doktorat, za – uwaga! – administrację krajem. Co nie tylko brzmi, jakby UJ dał honoris causa Bierutowi (czy też Roli-Żymierskiemu), ale jest absurdem podwójnym. W końcu pucz z 2021 i jego konsekwencje doprowadziły Mjanmę do ruiny gospodarczej i najostrzejszej fazy wojny domowej od przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku. Min Aung Hlaing ponosi za to bezpośrednią odpowiedzialność, co czyni go najgorzej rządzącym Birmą przywódcą od czasów odzyskania przez kraj niepodległości w 1948 roku. W sam raz na doktorat honoris causa z administracji.
Międzynarodowo zaś MAH zasłynął w 2025 roku, przyrównując Putina – skądinąd swego idola – do… króla szczurów. Miało to być komplementem, a nawet czołobitnością.
Tak mniej więcej mógłby wyglądać typowy portret polityczny Min Aung Hlainga, kreślący go jako zbrodniczego, kuriozalnego orientalnego watażkę. Zachowującego się – parafrazując słowa Kazimierza Dziewanowskiego – „jak bohaterowie bajek o złych królach i ministrach”. Pisanie w ten sposób, jakkolwiek efektowne, nie ma jednak większego sensu z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, jest par excellence orientalizujące, co nie przystoi. A już zwłaszcza w czasach ekscesów pewnego pomarańczowego przywódcy, przy którym wschodni watażkowie zdać się mogą wzorem racjonalności, taktu i umiarkowania. Po drugie, niewiele tłumaczy: nie wyjaśnia bowiem motywacji i czynów MAH-a.
Państwo dla armii
Próbę wyjaśnienia działań Min Aung Hlainga wypada zacząć od wyłaniającego się z większości źródeł i świadectw portretu człowieka będącego dzieckiem armii birmańskiej. To Tatmadaw go ukształtowała, sformatowała i nakierowała jego myślenie. To jej interesom więc służy. A te są dość czytelne. Polegają na skutecznym odwzorowaniu we współczesnej Birmie dawnego modelu Prus: to nie państwo ma armię, lecz armia ma państwo, co fachowo nazywa się systemem pretoriańskim.
Zgodnie z tym myśleniem, co jest dobre dla Tatmadaw, jest dobre dla kraju, a jeśli fakty temu przeczą (a przeczą bardzo), to tym gorzej dla nich.
Gdy więc armia przeprowadziła transformację ustrojową w 2011 roku, uroczo nazwaną „zdyscyplinowaną demokracją”, to uczyniła to, by zabezpieczyć własne interesy – i dopiero w drugiej kolejności interesy państwa. Wyrwać się z sankcji i odium krytyki oraz przy okazji na tym zarobić.
Efekty przerosły oczekiwania. Mjanma drugiej dekadzie XXI wieku dokonała bezprecedensowego skoku cywilizacyjnego, nadganiając stracony czas i ponownie marząc o odzyskaniu dawnej pozycji przywódcy regionu. Ale dla wojska rachunek zysków i strat był bardziej niejednoznaczny.
Władzę przejęli bowiem cywile na czele ze znienawidzoną noblistką Aung San Suu Kyi i na dobre chcieli odsunąć armię od władzy, a nawet odesłać ją, o zgrozo!, do koszar. Na taką zuchwałość nie mogło być zgody, tym bardziej, że MAH dobiegał wieku emerytalnego i cywile mogliby go całkowicie legalnie uwolnić od służby. Tatmadaw przeprowadziła więc pucz, który co prawda doprowadził kraj do ruiny, skutecznie niwelując wszelkie osiągnięcia poprzedniej dekady, lecz rywale wylądowali w więzieniach, a armia odzyskała pełną kontrolę. Per saldo było więc warto.
Przywracając normalność
Ponadto, patrząc z punktu widzenia generalicji, MAH przywrócił normalność. Podczas transformacji zanim rozplenili się cywile, rządzili wojskowi reformatorzy na czele z generałem Thein Seinem, ongiś numerem 4 w poprzedniej juncie wojskowej, następnie prezydentem. Obsadził on swoimi ludźmi gabinet i zdominował piastujących formalnie wyższe funkcje w wojsku kolegów i ich podwładnych. A to wielu irytowało. No bo kto to widział, by rządził nr 4, a nie numer 1, 2 czy 3?! Tę anomalię ukrócił Min Aung Hlaing: po puczu uformował juntę dokładnie replikując hierarchię w armii: kto był numerem 4 w Tatmadaw, ten i był czwórką w rządzie. I wszystko znowu było jak być zawsze powinno.
Wreszcie, zachowanie MAH i utrzymującą się wobec niego lojalność armii, wcale nie są tak oczywiste. Zwłaszcza jeśli uwzględnić liczne klęski w walce z powstaniem, powodujące utratę jakiejś połowy terytorium kraju. Wyjaśniają je zarówno esprit de corps Tatmadaw, jak i brak alternatyw. Może i pucz nie poszedł jak miał (planowano, by odsunąć cywilów i kontynuować transformację, jak gdyby nigdy nic, tylko społeczeństwie się zbuntowało), a i tłumienie powstania nie idzie zgodnie z planem, ale nie ma już odwrotu.
MAH doskonale wie, że przejmując władzę, „złapał ogon tygrysa”: nie może go puścić, bo zostanie zjedzony.
Można się rozejść?
Jeśli przegra, to w najlepszym wypadku straci władzę i kraj (uciekając do Rosji, jeśli oczywiście Chiny pozwolą), a w najgorszym – życie. Innych opcji nie ma. Podobne poczucie konieczności mają jego podwładni: jeśli przegrają wojnę domową, to powstańcy im podziękują za mordowanie cywilów, bombardowanie szkół i szpitali.
A ponieważ w birmańskiej polityce „psychologia jest wszystkim”, jak to kiedyś ujęła Suu Kyi, to gdyby MAH-a wymieniono w trakcie trwania powstania, byłoby to sygnałem słabości. Mogłoby wywołać defetyzm i załamanie morale szeregów, a w konsekwencji zwycięstwo rebelii. Trzeba więc trwać przy wodzu, cokolwiek głupiego wymyśli.
A ponieważ myślicielem zbyt lotnym chyba nie jest, to wykoncypował to samo co wcześniej, jedyną kiwkę znaną generałom birmańskim. Niczym w 2010/2011 roku przeprowadził pseudowybory (partii opozycyjnych profilaktycznie nie dopuszczono), wygrane przez prowojskową partię, obsadzającą następnie parlament i nominującą, surprise, surprise, szefa armii na prezydenta. Od teraz Mjanma ma demokratyczny rząd cywilny, można się rozejść.
A że prezydent jest przy okazji ludobójcą, no cóż, przykra sprawa. Świat z pewnością jej nie zlekceważy.