Zacznijmy od jednego zastrzeżenia. Magyar wygrał w oparciu o ordynację wyborczą zaprojektowaną przez Orbána tak, by przekuwać większość zwykłą w większość konstytucyjną. Ten sam mechanizm, który przez lata zapewniał dominację Fideszu, dziś sprzyja Tiszy. Skala zwycięstwa jest więc po części realna, a po części wyolbrzymiona.
Zarówno w kraju, jak i za granicą Magyar cieszy się obecnie życzliwością, która w dużej mierze odzwierciedla zwykłą ulgę po długich latach orbanizmu. Jeśli jego ekipa okaże się kompetentna, będzie walczyć z korupcją w praktyce i wykaże powściągliwość w korzystaniu z większości konstytucyjnej, konsekwencje naszkicowane poniżej w dużej mierze się utrzymają.
Jeśli natomiast będzie rządzić mściwie, pogrąży się gospodarczo lub zreprodukuje większościowe mechanizmy Fideszu, węgierska polityka da Warszawie zupełnie inną lekcję. To, co następuje, zakłada pierwszy scenariusz. Nic nie jest jednak przesądzone.
Przez ponad dekadę Węgry funkcjonowały jako wyobrażona przyszłość Polski rządzonej w pełni przez PiS. Rząd Orbána dawał polskim narodowym konserwatystom nie tylko ideologiczną legitymizację, lecz także działający model do naśladowania – przejęte sądy, propagandowe media publiczne, sterowane przez państwo przejęcia mediów prywatnych, porządek konstytucyjny dostosowany do potrzeb i interesów jednej partii oraz rządzącą siłę. Siłę, która, ciesząc się wszystkimi tymi przewagami nad zneutralizowaną i podzieloną opozycją, po prostu wygrywała kolejne wybory.
Kłopoty Kaczyńskiego, Nawrockiego i Ziobry
Utrata Polski w październiku 2023 roku była dla tego wyłaniającego się ekosystemu nieliberalnego bolesna. Utrata Węgier zaledwie trzydzieści miesięcy później to coś bliższego kryzysowi egzystencjalnemu. Nieliberalna awangarda Europy Środkowej poniosła klęskę w samym sercu swojego projektu – i to z rąk polityka, który wyłonił się z wnętrza samego Fideszu. Przekaz dla ambitnych nieliberalnych przywódców nie brzmi, że projekt autokratyzacji jest błędny co do zasady. Ale, że można go pokonać za pomocą narzędzi, które sam stworzył, by utrzymać się przy władzy.
Pierwsza reakcja Kaczyńskiego pokazała, że PiS nie zamierza wyciągać z tej porażki trzeźwych wniosków. Zapytany w Sejmie, czy złoży Magyarowi gratulacje, prezes PiS-u nie tylko odmówił, lecz stwierdził, że społeczeństwo wybierające takiego polityka musi być „trochę chore” – a następnie, najwyraźniej nieświadomie, powtórzył tezę rosyjskiej dezinformacji, według której Magyar miał gotować w mikrofalówce szczeniaka. Rozważny lider opozycji, widząc porażkę sojusznika, po cichu rewidowałby strategię. Kaczyński tymczasem zdaje się traktować zwycięstwo Magyara nie jako powód do refleksji, lecz osobistą zniewagę.
Drugą ofiarą jest Nawrocki. Niecały miesiąc przed węgierskim głosowaniem pojechał na spotkanie z Orbánem, wesprzeć go na finiszu kampanii. To, co Magyar powiedział w dniu wyborów, nie pozostawia Nawrockiemu żadnego pola manewru: „Moja pierwsza zagraniczna podróż będzie do Warszawy, zgodnie z ustaleniami z Donaldem Tuskiem”. Wymienionym partnerem jest premier, uzgodnienie zapadło jeszcze przed policzeniem głosów. Tusk publicznie odwzajemnił gest, mówiąc: „Cieszę się, że ta część Europy pokazuje, że nie jesteśmy skazani na rządy skorumpowane i autorytarne”. Weto Nawrockiego w kraju pozostaje potężnym narzędziem, ale jego aspiracje do reprezentowania spójnego środkowoeuropejskiego konserwatyzmu straciły swój główny punkt oparcia.
Jest jeszcze konkretny problem Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego. Decyzja Orbána o udzieleniu azylu politycznego byłemu ministrowi sprawiedliwości i jego zastępcy była zawsze aktem ideologicznej solidarności, a nie wyrazem węgierskiego interesu narodowego. Magyar zadeklarował jednoznacznie, że Węgry nie będą schronieniem dla ściganych przez polski wymiar sprawiedliwości. Niezależnie od tego, czy ekstradycja przebiegnie szybko, czy ugrzęźnie w procedurach, efekt jest natychmiastowy: uciekinierska frakcja PiS-u znów staje się widoczna, a narrację o „politycznym prześladowaniu” trudniej utrzymać, gdy kraj, który ich przygarnął, demokratycznie odrzucił system, który ich ukrywał.
PiS traci sojusznika. Tusk dostaje prezent
Strategicznie ważniejsza strata dotyczy jednak Rady Europejskiej. Przez całą procedurę z artykułu 7 skierowaną przeciwko Polsce to właśnie weto Orbána było zabezpieczeniem, na którym ostatecznie opierał się opór PiS-u wobec wymogów praworządności. Ten pakt o wzajemnej obronie właśnie przestał istnieć. Ewentualny przyszły rząd pod przewodnictwem PiS-u, chcąc dokończyć przebudowę instytucjonalną rozpoczętą w latach 2015–2023, będzie szukał w Radzie nowego sojusznika – i nie znajdzie nikogo, kto mógłby w pełni zastąpić Orbána. Robert Fico wydaje się najbardziej oczywistym kandydatem, ale jego niewielka przewaga premiera w parlamencie, członkostwo Słowacji w strefie euro, dają mniejsze pole manewru do obrony polskiego projektu nieliberalnego niż to, którym dysponował Orbán. Andrej Babiš z kolei jest politykiem zbyt transakcyjnym, by zastąpić Orbána – brakuje mu ideologicznej żarliwości, która napędzała węgierskiego premiera. Agrofert i unijne dotacje są dla niego ważniejsze niż jakakolwiek wojna kulturowa.
Dla koalicji Donalda Tuska węgierski wynik jest prezentem, ale skomplikowanym. Tusk ma teraz w Budapeszcie bardziej zgodnego ideologicznie partnera, Tisza wstępuje do Europejskiej Partii Ludowej, a wewnętrzna logika Grupy Wyszehradzkiej zdecydowanie przesuwa się przeciwko coraz bardziej izolowanemu Robertowi Ficy. Ale Magyar staje się też dla Tuska kłopotliwym lustrem. Nawet z atutem większości konstytucyjnej nowy premier Węgier odkryje – podobnie jak Tusk – że odwracanie zawłaszczenia instytucjonalnego jest wolniejsze i prawnie bardziej skomplikowane niż jego przeprowadzenie. Polscy wyborcy obserwujący zmagania Budapesztu z tymi problemami mogą całkowicie stracić wiarę w projekt odnowy demokracji liberalnej.
Rozwój Plus – polisa ubezpieczeniowa Morawieckiego
Najciekawsza polska reakcja nastąpiła jednak z nieoczywistej strony – 15 kwietnia, trzy dni po zwycięstwie Magyara. Mateusz Morawiecki ogłosił zamiar zarejestrowania stowarzyszenia Rozwój Plus, skupiając wokół siebie około czterdziestu polityków z bardziej pragmatycznego skrzydła PiS-u. Oficjalnie — platforma dyskusyjna; nieoficjalnie — polisa ubezpieczeniowa i zaplecze dla przyszłej partii. Kierownictwo PiS-u zareagowało natychmiastowym alarmem. Mariusz Błaszczak otwarcie określił inicjatywę jako „formę dezintegracji” środowiska partyjnego.
Timing względem Budapesztu nie jest przypadkowy. Morawiecki przegrał już wewnętrzną rozgrywkę o nominację PiS-u na premiera w 2027 roku z Przemysławem Czarnkiem. Ten wybór, przechylił partię w stronę wyborców Konfederacji, odsuwając ją od centrum. Zwycięstwo Magyara dostarczyło mu teraz mocnego argumentu na rzecz kierunku, w którym chce poprowadzić partię. Jeśli Tisza zdoła rządzić jako ugrupowanie prawicy środka, twardsze wobec korupcji, przyjaźniejsze Brukseli i działające w ramach ograniczeń konstytucyjnych, a nie wbrew nim, stanie się zupełnie innym wzorcem. Dowodem na to, że narodowo-konserwatywna polityka może wygrywać przez umiarkowanie, a nie przez radykalizację. Rozwój Plus jest polisą ubezpieczeniową właśnie na taki scenariusz, przystanią dla tych, którzy podejrzewają, że Kaczyński wraz z Czarnkiem szykuje się do wojny, która już się skończyła.
Dlatego zastrzeżenie z początku tego tekstu ma znaczenie. Jeśli Tisza Magyara zapewni kompetentne rządy prawicy środka w ramach państwa prawa – albo przynajmniej nie aż tak blisko jego granic, jak prowadził Fidesz – nie tylko zawstydzi PiS, ale wytworzy konkurencyjny wzorzec, który Morawiecki i jego sojusznicy będą mogli wiarygodnie zaimportować. Jeśli jednak nie, twardoprawicowy zwrot Czarnka zostanie retrospektywnie potwierdzony jako trafne odczytanie kierunku, w którym zmierza postpopulistyczna polityka.
Polska prawica – podobnie jak Orbán – nie panuje już nad narracją. Musi czekać na decyzje zapadające gdzie indziej.