0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > JASINA: „Savages”, czyli...

JASINA: „Savages”, czyli zmarnowana szansa Olivera Stone’a

Łukasz Jasina

Savages”, czyli zmarnowana szansa Olivera Stone’a

Jeszcze dobrze pamiętam okres, gdy co roku bombardowani byliśmy dziełem Olivera Stone’a, które nie tylko poruszało krytyków i publiczność, ale było przy tym czymś więcej niż osiągnięciem artystycznym. Wystarczy wyliczyć: „Pluton”, „Urodzony 4 lipca”, „The Doors”, „JFK”, „Urodzeni mordercy”, „Nixon”. Miłością do Stone’a podzieliłem się raz z pewną doktor filmoznawstwa. „Hochsztapler” odrzekła. Wtedy jej nie wierzyłem. Dziś, po obejrzeniu najnowszego filmu mojego niegdyś ulubionego reżysera mój pogląd zaczyna się jednak zmieniać. „Ponad bezprawiem” sprawiło, że mój szacunek dla filmowych przewag Stone’a doznał uszczerbku, jakiego nie spowodował ani „Alexander” (2004), ani „World Trade Center” (2006) czy „W” (2008).

Narkobiznes i jego obraz w kinie amerykańskim przez ostatnie trzy dekady przeszedł bardzo długą drogę. Wiodła ona od kunsztownie zrealizowanych dramatów i seriali telewizyjnych, budujących mit narkotykowych bossów, do oscarowego „Trafficu” (2001), który można uznać za próbę rzetelnej analizy problemu i jego wielkiego kontekstu – stosunków Stanów Zjednoczonych z południowymi sąsiadami i miejsca latynoskiej emigracji (zasadniczo tej nielegalnej i świeżo przybyłej) w życiu kraju. Zmieniało się nie tylko kino, ale i polityka – w tym samym czasie amerykańska administracja przeszła od metod buńczucznych, reprezentowanych choćby przez interwencję w Panamie, do działania w porozumieniu z krajami Ameryki Łacińskiej.

W „Savages” – adaptacji bestselerowej powieści Dona Winslowa – Stone wydaje się w niezwykle ekwilibrystyczny sposób odchodzić od rzetelności dotychczasowej kinematografii opowiadającej o problemach z narkobiznesem. Wolta ta opatrzona tytułem „kino autorskie Olivera Stone’a” wydaje się być zrozumiała. Można na nią jednak spojrzeć jako na zmarnowanie szansy na powiedzenie czegoś ważnego w kontekście niezwykle istotnej społecznie kwestii. Jak mogło do tego dojść?

Stone i amerykańskie koszmary

Oliver Stone, urodzony w latach czterdziestych, wychowany podczas gigantycznej prosperity amerykańskiej gospodarki za rządów Eisenhowera, kształtował się jako artysta w dobie wielkich przemian na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wojna w Wietnamie, w której sam brał udział, oraz związek z  kontestującymi system ruchami młodzieżowymi na amerykańskich uniwersytetach wyraźnie wpłynęły na dokonany przez niego wybór polityczny. Począwszy od swojego spóźnionego debiutu scenariuszowego („Człowiek z blizną” Briana De Palmy z 1983 roku) i reżyserskiego („Salwador” z 1986). Stone przypominał Amerykanom koszmary, o których chcieliby zapomnieć. Jednocześnie uprawiane przezeń kino polityczno-historyczne było jak najdalsze od tego, co w tym samym czasie zaczął wypracowywać Michael Moore. Stone’owskie filmy łączyły w sobie barokowość Viscontiego, manipulację wspomnianego Moore’a, historycyzm Wajdy, artyzm Scorsese i liczącą się w latach osiemdziesiątych szybkość montażu w stylu MTV.

Obydwa debiuty Stone’a powinny nas przekonać, że jak mało kto znał się on na karaibsko-latynosko-narkotykowym zapętleniu Stanów Zjednoczonych. W „Salwadorze” Stone ze znawstwem pokazał tragedię środkowoamerykańskiej republiki. Scenariusz „Człowieka z blizną” natomiast oddawał atmosferę lat osiemdziesiątych, kiedy to Ameryką wstrząsały narkotykowe wojny, a symbolem tego konfliktu stało się Miami z jego kubańskimi konotacjami.

Ku latynoskiej cepelii

Reżyser ostatnim filmem powrócił do tej tematyki – choć czasy są już zupełnie inne. USA nadal są rajem dla wielu migrantów choćby z północnej części Meksyku, jednak relacje te nie przypominają już postkolonialnych reminiscencji, jakim hołdował sam Stone w swoim paradokumencie o Fidelu Castro. Tam Stany Zjednoczone prezentowały się jako złe, wszechobecne mocarstwo, a przeciwstawiający się jej latynoski dyktator stanowił symbol nowych idei. Obecnie USA nie jest już metropolią dominująca nad swoimi słabymi sąsiadami. Mieszkańcy Ameryki Łacińskiej potrafią z USA grać i wygrywać.

W „Savages” to obywatele Stanów Zjednoczonych – dwaj zdolni absolwenci uniwersytetów z czołówki amerykańskich rankingów – chcą zdobyć duże pieniądze przez biznes narkotykowy, kontrolowany przez meksykańskie kartele. Role się odwracają; to dwaj przedstawiciele klasy wyższej staczają się na dno i popełniają zbrodnie zastrzeżone jak dotąd dla tych, którzy wywodzili się z nizin. Tego wątku starcia pomiędzy środowiskiem przestępczym zdominowanym przez emigrantów a kreatywnością dawnych elit (pokazanych jako para nieproduktywnych WASP-ów, z których jeden jest weteranem wojen toczonych ostatnio przez USA) – Stone jednak praktycznie nie wyzyskuje.

Reżyser przedstawił nam zamiast tego pięknie zmontowany pamflet składający się w dużej mierze z autoplagiatów. Widoki kalifornijskich plaż przypominają „The Doors”, sceny surrealistycznego okrucieństwa na pustyni to kubek w kubek „Droga przez piekło”, a skorumpowany urzędnik państwowy grany przez Johna Travoltę to powtórzenie złych reprezentantów systemu z „Urodzonych morderców”. Całość podlana jest manipulacjami montażowymi i efektami wyraźnie prowadzącymi widza. Nie ma tu miejsca na wizję nikogo innego niż sam Stone.

Można odnieść wrażenie, że narkobiznes jest dla reżysera jedynie pretekstem, stylową dekoracją dla ukazania upadku kondycji ludzkiej, malowniczych krajobrazów i zetknięcia się Latynosów z WASP-ami (co zawsze dobrze wygląda na ekranie). O korupcji, niemożności zakończenia „wojen narkotykowych” i skomplikowanej naturze stosunków amerykańsko-meksykańskich nie dowiadujemy się jednak (mimo reklamowych zapewnień) niczego nowego.

Occupy na opak?

Najciekawszymi kreacjami w całym filmie są przedstawiciele „latynoskiego zła” – przywódczyni narkotykowego kartelu oraz jej reprezentant w Kalifornii – w rolach tych obsadzono aktorów mocno nacechowanych etnicznie: Salmę Hayek i Benicia Del Toro. Meksykanin to już nie tylko biedny, przekraczający nielegalnie granicę emigrant, ale trzęsący amerykańskim światem miliarder. Stone unika filmowych klisz: aby się dorobić nie trzeba już uciec do USA – wystarczy Skype w laptopie przywódczyni kartelu, żeby mogła dowodzić swoimi zbirami. Latynos może okazać się dziś kimś bogatszym od protestanckiego mieszkańca domku na przedmieściach.

Ich przeciwnicy – dwóch młodych Amerykanów – to natomiast idealiści, którzy okazują się jednak pozbawieni skrupułów. Zabijają, przejmując rynek zarezerwowany do tej pory dla zła przelewającego się przez położoną nieopodal San Diego granicę. Podczas popełniania przestępstwa są jednocześnie w stanie monologować na temat nauczania dzieci w Afryce w stylu „Korpusu pokoju”. Oni mieli wybór i go dokonali – chęć zarobienia szybkich pieniędzy również postawiła ich po stronie zła – ale nie po za nawiasem systemu! Im jako obywatelom USA system wybacza bowiem więcej.

Ruch „occupy” – swoisty następca kontestacji, do której sam Stone przynależał i którą mitologizował w swoich filmach – jest tworzony przez młodych, wykształconych ludzi z niezbyt biednych rodzin, posługujących się idealistyczna retoryką. W „Savages” tymczasem spotkamy szermujących takimi samymi argumentami ludzi, którzy walczą o swoje miejsce nie poprzez blokadę i okupację, ale wejście do narkobiznesu – i nie przestają się przy tym uważać za idealistów. Po raz pierwszy zatem – od drastycznego obrazu pokolenia konsumpcyjnego lat dziewięćdziesiątych w „Urodzonych mordercach” i surrealistycznego komentarza do amerykańskiej prowincjonalności w „Drodze przez piekło” – Stone w ostry sposób odcina się od amerykańskich ideałów. Wykształcenie i retoryka jego bohaterów są tu jedynie maską skrywającą nieokiełznaną konsumpcję. Stary i nowy świat są w niej podobnie do niej przywiązane. Zważywszy, że świat emigrantów i zwykłych Amerykanów są do niej podobnie przywiązane – paradoksalnie pozytywnym wnioskiem płynącym z filmu Stone’a jest to, że światy te są dziś ze sobą znacznie mocniej połączone, niż się to choćby twórcy „Trafficu” – lat temu dziesięć – wydawało.

Stone nie zmarnował zatem jedynie okazji do pamfletu: cukierkowy „W” i naiwne „World Trade Center” były rysą na jego opinii jako drapieżnego twórcy kina politycznego. Najnowszym filmem odzyskuje drapieżność, ale przy okazji marnuje szanse na stworzenie filmu o szerszym wydźwięku.

Film:

„Savages. Ponad bezprawiem” (Savages)
reż. Oliver Stone
USA 2012

* Łukasz Jasina, doktor filmoznawstwa i historyk kina, mieszka w Hrubieszowie. Członek zespołu „Kultury Liberalnej”. Pracownik Katedry Realizacji Filmowej i Telewizyjnej KUL

„Kultura Liberalna” nr 195 (40/2012) z 2 października 2012 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 195

(40/2012)
2 października 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj