Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > PONIEDZIAŁEK [Feminizując] KAZIMIEROWSKA:...

PONIEDZIAŁEK [Feminizując] KAZIMIEROWSKA: Przybijmy piątkę z Ceauşescu

Katarzyna Kazimierowska

Przybijmy piątkę z Ceauşescu

Dwa wydarzenia zeszłego tygodnia sprawiły, że zaczynam się głęboko zastanawiać, czy na pewno chcę urodzić dziecko w Polsce. Pierwsze to głosowanie nad projektem ustawy aborcyjnej, a drugie – propozycja rocznego urlopu macierzyńskiego. Oba te pomysły to cofnięcie Polski do Rumunii czasów Nicolae Ceaușescu i wyprzedzenie Europy o całą długość w kategorii czasu trwania urlopu macierzyńskiego.

Przegłosowanie projektu ustawy aborcyjnej bardziej restrykcyjnego niż zgniły kompromis aborcyjny z 1993 roku (którego nawet Jarosław Kaczyński nie zdecydował się zaostrzyć) to był szok. Rozumiem, że to tylko skierowanie projektu do dalszych prac, ale głosowanie to pokazuje, jak bardzo reprezentanci narodu są dwulicowymi koniunkturalistami: bardziej niż wprowadzania rozwiązań pozwalających wszystkim obywatelom godnie żyć boją się kościelnych sukienek. Bo naturalnie przed głosowaniem Kościół i katolickie media wystąpiły z kampanią, która nawoływała posłów do „niemordowania nienarodzonych dzieci”, a politycy po serii takich wiadomości postanowili stać się świętszymi od papieża i ochronić lud polski przed szatańskim pomysłem liberalizacji prawa aborcyjnego. Ale to, że połowę polskich obywateli przymuszają do heroizmu, który nigdy nie będzie ich udziałem, jest po prostu nieludzkie.

W moim niepoprawnym, działającym nie po linii katolickiej umyśle pojawiło się pytanie: co by było, gdyby każdemu politykowi, który głosował za propozycją Solidarnej Polski, urodziło się dziecko, którego wychowanie tak chętnie proponują kobietom, odbierając im szansę na aborcję. Niech odejdzie od niego żona, niech straci diety poselskie, niech nie wystarczy mu kasy na opiekunkę do dziecka i płatną rehabilitację w jednej z luksusowych klinik. Niech zostanie do tego dziecka przywiązany i niech z nim żyje. Tak jak 50-letnia samotna matka, którą w weekend spotkałam na „spacerze”, pchająca wózek z dorosłym upośledzonym synem. Bardzo łatwo jest głosowaniem w białych rękawiczkach wpłynąć na losy innego człowieka, po czym móc odetchnąć z ulgą, że życie, jakie komuś zgotowaliśmy, nigdy nie będzie naszym udziałem. Tylko że wymuszanie porodów niechcianych, często niepełnosprawnych dzieci nie przyczyni się ani do zwiększenia liczby przyszłych płatników podatków i ZUS, ani nie podniesie konsumpcjonizmu i produktu krajowego brutto. A przymuszanie kobiet i całych rodzin do heroizmu pod sztandarem posłanki Beaty Kempy, która twardo wyznała w programie Moniki Olejnik: „Fakty są takie, że kiedy człowiek zostaje powołany do życia, to kobieta nie ma już wyboru” – to nie jest coś, co jako przyszła matka nosząca w sobie uszkodzony płód chciałabym usłyszeć.

Podchodzenie do sprawy z nastawieniem: „zaszły, to niech teraz urodzą ku chwale narodu polskiego” to polityka narodzin rodem z Rumunii, gdzie w latach 60. aborcja była praktycznie (poza nielicznymi, w większości nierespektowanymi wyjątkami) zakazana. Nie mam poczucia , że naród rumuński wzrósł dzięki temu w siłę. Tyle że jesteśmy ponad pół wieku po tamtych wydarzeniach i odbieranie kobietom prawa wyboru, czy chcą przez resztę życia samotnie (bo ojciec zawsze może odejść, matka nie) pchać ten wózek, jest zwyczajnie robieniem demokracji tylko dla połowy Polaków. Sorry Polsko, ale wypchaj się taką równością szans, że strawestuję fragment piosenki Marii Peszek.

Głosem rozsądku, który rozumiem, który może uratować dyskusję nad projektem ustawy aborcyjnej, są dla mnie słowa posła Piotra Van der Coghena, który powiedział, że „sam jest ojcem dziecka z zespołem Downa i nie wyobraża sobie aborcji. Ale jednocześnie nie zgadza się na to, by posłowie narzucali innym swoje zdanie w takiej kwestii”.

Druga sprawa to kuriozalna propozycja, która pozornie jest ukłonem w stronę matek-Polek, skierowana wyraźnie do tej grupy niezdecydowanych, które według ostatnich badań GUS odkładają macierzyństwo, choć to dla nich „ostatni dzwonek”. Otóż premier postanowił skusić najbardziej oporne cudowną obietnicą, która – jak rozumiem – ma być lekiem na całe systemowe zło. W swoim exposé z zeszłego tygodnia zapewnił, że wydłuży urlop macierzyński do roku! Czyż to nie piękne? Nie możemy poradzić sobie z brakiem miejsc w państwowych żłobkach i przedszkolach, ale za to kobiety będą mogły bezkarnie spędzić rok w domu. Ta propozycja przebija nawet system norweski, który oferuje kobiecie 9 miesięcy urlopu macierzyńskiego. Drodzy Państwo, Polska pionierem Europy!

Szkoda, że „system stać” na opłacanie siedzących przez rok w domu kobiet, a nie stać na stworzenie im możliwości powrotu na rynek pracy. Pomijam fakt, że perspektywa rocznego urlopu macierzyńskiego nie zachęci pracodawców do zatrudniania na czas nieokreślony. Pomijam chochlika, który mi szepcze do uszka, że zatrzymanie kobiet w domu na rok to częściowe, ale zawsze, rozwiązanie problemu bezrobocia – no bo ktoś za nie musi pracę wykonać, prawda? Pomijam, że siedząc przez rok w domu, raczej nie będą się zawodowo rozwijać i już nigdy – jak pokazują badania porównujące rozwój zawodowy i płace mężczyzn i kobiet – nie wrócą do poziomu zarobków swoich kolegów, nawet jeśli dorównywały im przed pójściem na macierzyński. Roczny urlop to dobrowolne zaproszenie kobiet do zgody na upośledzenie zawodowe. I tu padła jedna sensowna propozycja – Patrycji Dołowy z Fundacji Mama, która trzeźwo zaproponowała, żeby zamiast rocznego macierzyńskiego państwo zrobiło roczny urlop rodzicielski. Może jak tatusiowie trochę posiedzą w domu, to poczują, co tracą ich partnerki, a jednocześnie docenią ich poświęcenie. Urlopy rodzicielskie to standard w Niemczech i krajach skandynawskich, dlaczego nie możemy podążyć za ich przykładem?

Mam poczucie, że z powodu kryzysu, niewesołych perspektyw ekonomicznych, upadającego systemu opieki zdrowotnej i ataków koalicji rząd PO-PSL zaczyna tracić jasność widzenia, zaczyna działać w niekonsekwentnym rozedrganiu. I mam nadzieję, że ofiarami tego histerycznego szukania ratunku nie staną się kobiety. W zeszłym tygodniu furorę na Facebooku zrobiło wymowne zdjęcie podpisem: „Kobiety dziękują Platformie Obywatelskiej za głosowanie za pracami nad ustawą zmuszającą do rodzenia martwych lub ciężko chorych dzieci. Do zobaczenia przy urnie wyborczej”. I choć pojawiły się głosy, że to niepoważne zachowanie i dziecinne grożenie, o którym za trzy lata przy urnach nikt nie będzie pamiętał, to szczerze wierzę, że kobiety nie mają pamięci złotej rybki. Ten komunikat nie był groźbą, był raczej zwróceniem uwagi: politycy, patrzymy wam na ręce i nie zapominamy – ani waszych obietnic, ani waszych działań. Drogie Panie, do zobaczenia przy urnach.

* Katarzyna Kazimierowska, redaktorka portalu Zwierciadlo.pl i rp.pl, współpracuje z kwartalnikiem „Cwiszn”, absolwentka podyplomowych Gender Studies. Stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.

„Kultura Liberalna” nr 196 (41/2012) z 9 października 2012 r

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 196

(42/2012)
9 października 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj