Zdjęcie okna w Belwederze – nowy prezydent ubrany w podkoszulek wychyla się i uśmiecha zadowolony. Karol Nawrocki wprowadził się właśnie do swojego nowego mieszkania przygotowanego dla głowy państwa, jest już po zaprzysiężeniu i oficjalnie został prezydentem.
W podkoszulku. Kolega gangsterów, ze snusem na dziąśle. Bramkarz z hotelu dowożący do gościom kobiety na seks. Dla przeciwników Nawrockiego wszystko to było estetycznym szokiem. Tym bardziej że te wszystkie cechy nie do przyjęcia nie przeszkodziły mu wygrać.
Po roku od wyborów wiemy, że Karol Nawrocki nie został prezydentem wszystkich Polaków. Ani on nie próbował, ani oni. Nie było chyba wcześniej prezydenta, który do tego stopnia nie miałby legitymacji w tej części społeczeństwa, która głosowała na jego przeciwnika, co on.
To nie prezydent
Sprawy idą wręcz dalej. Jego przeciwnicy nie tylko uważają go za nie swojego, ale i nie za prezydenta.
Joanna Szczepkowska regularnie wręcz nazywa go publicznie rezydentem.
Pierwszy powód tego zjawiska jest taki, że wygrana była „na żyletki”, jak mówił o spodziewanej różnicy w wynikach jeszcze w trakcie kampanii wyborczej Rafał Trzaskowski. Memiczne są już obrazki euforii w sztabie wyborczym Trzaskowskiego w chwili ogłoszenia wyników. Różnica była tak niewielka, że wiarygodne wskazanie wygranego było niemożliwe. Jednak euforia była zaraźliwa, a chwila tryumfu tak przyjemna dla zwolenników Trzaskowskiego, że tym trudniej było potem pogodzić się z porażką, o której zdecydował niecały punkt procentowy.
Powód drugi to nieprawidłowości i pomyłki przy liczeniu wyników. Podtrzymywana przez polityków wiara w sfałszowanie wyborów przynosiła ulgę po minimalnej przegranej. Pod koniec czerwca fałszerstwo brało pod uwagę 40,1 procent Polaków, jak pokazały badania SW Research dla rp.pl. Z czasem emocje opadły, jednak wątpliwości są publicznie formułowane do dziś. „Mamy cały czas pewien konstytucyjny niesmak związany z tym, że ówczesny marszałek Szymon Hołownia doprowadził do zaprzysiężenia w sytuacji, w której nie mieliśmy i nie mamy do tej pory stwierdzenia ważności wyborów przez Sąd Najwyższy” – mówił Michał Wawrykiewicz, działacz na rzecz praworządności za czasów PiS-u, europoseł KO, w audycji Renaty Grochal w Polskim Radiu w rocznicę wyborów. Tłumaczył, że o ważności wyborów zdecydowała niepraworządnie wybrana izba Sądu Najwyższego.
A więc: nie dość, że w przekonaniu części społeczeństwa nie wygrał wyborów, to jeszcze drogę do Pałacu Prezydenckiego utorował mu sąd, który został przejęty przez PiS. Czy tak wygląda poparcie społeczne? Oczywiście w sondażach liczba przeciwników i zwolenników rozkłada się po połowie, ale sondaże są o polaryzacji, a nie o tym, jaką legitymację ma prezydent po stronie przeciwnej.
Emocje podgrzało też samo zaprzysiężenie, o którym wspominał Wawrykiewicz. Marszałek Szymon Hołownia dokonał go, mimo iż był wzywany, by tego nie robić. Przez polityków, przez aktywne politycznie grupy w mediach społecznościowych. To rozhuśtało nastroje, bo znowu wzrosły nadzieje, że Nawrocki nie zostanie prezydentem. Jednak został.
Chce więcej
Dalej już działał sam Nawrocki. Nie dość, że ledwo wygrał wybory, a w przekonaniu części Polaków – przegrał, to jeszcze próbuje wziąć dla siebie więcej władzy, niż mu się należy. Charakterystyczna cecha sprawowania przez niego urzędu jest taka, że zachowuje się, jakby był nie tylko prezydentem, ale i premierem. Wetuje ustawy, jak jego poprzednik Andrzej Duda, to nic nowego. Ale wnosi przy tym własne projekty, zapowiada, na co się zgodzi, a na co nie. Proponuje własne rozwiązania, jak z pieniędzmi na przemysł zbrojeniowy z NBP zamiast z programu Safe.
To trudne do zniesienia dla tej części społeczeństwa, która jest przekonana, że nie powinien sprawować urzędu, nawet w tym kształcie, w którym został on zaprojektowany. Ale także dla tej części, która jest świadoma, jak niewielka różnica głosów dała mu ten urząd.
Można oczekiwać, że po tak wyrównanej walce wyborczej prezydent uwzględni potrzeby tej części społeczeństwa, która na niego nie głosowała.
Podejmie jakąś konstruktywną współpracę z parlamentem. Zademonstruje dobrą wolę wobec Polaków, którzy nie są jego zwolennikami, a jest ich wielu.
Ale Nawrocki tego nie robi. Hasło „prezydent wszystkich Polaków” wydaje się mu obce. A to jeszcze bardziej kurczy jego legitymację.
Do tego dochodzi sprawa cech osobowości Nawrockiego. Władczy. Kiedy się uśmiecha, wygląda, jakby szczerzył zęby, chodzi jak zwycięzca. Daje poznać swoją postawą, że dominuje.
I to wszystko jest zwieńczone demonstrowanym przez niego przekonaniem o własnej wielkości. Widać to najwyraźniej, kiedy mówi o sobie w trzeciej osobie – „prezydent”.
Prezydent prawicy
Karol Nawrocki jest więc prezydentem prawicy. Dlatego że prawica go wybrała. Dlatego że część strony liberalnej go nie uznaje. I dlatego, że działa na korzyść prawej strony, nie biorąc pod uwagę innej. Wygląda wręcz na to, że przy słabnącym poparciu dla PiS-u i wewnętrznym kryzysie przywództwa w tej partii myśli o odegraniu jakiejś poważnej roli po prawej stronie sceny politycznej. I że jest skupiony głównie na tym.
Nie on pierwszy wspiera jednak interesy bliskiego mu środowiska politycznego. To samo robili poprzedni prezydenci. Andrzej Duda jako pierwszy tak radykalnie, na pełnej, zmieniając wręcz charakter niektórych obowiązków głowy państwa, by umożliwić PiS-owi zmiany ustrojowe bez zmiany konstytucji. Ale i Lech Kaczyński walczył z Donaldem Tuskiem o krzesło na zagranicznych konferencjach.
Ambicje Nawrockiego – jeśli chodzi o pozycję na prawicy, o zasięg władzy, jego jawne lekceważenie dla wyborców strony liberalno-demokratycznej i z drugiej strony brak legitymacji wśród nich – sprawiają jednak, że to prezydent prawicy, jak żaden poprzednik.
Ale nie wszechmocny. Chce rządzić? Nie może.
Jego wyobrażeń o własnych możliwościach nie podziela koalicja rządząca. Bez tego Nawrocki może sobie tylko wetować, a to da się ominąć w niektórych sprawach, jak pokazały losy programu Safe.
A poparcie największej partii parlamentarnej większości, czyli Koalicji Obywatelskiej, rośnie. Wprawdzie sama nie mogłaby rządzić nawet w obecnej koalicji, jednak rok po porażce prezydenckiej ma mniej powodów do zmartwienia niż wtedy.