Czy morskim wyspom przysługuje szelf kontynentalny? To nie jest egzaminacyjna pułapka dla studentów trzeciego roku prawa, lecz kwestia o fundamentalnym znaczeniu ekonomicznym i politycznym.

ONZ-owska Konwencja o Prawie Morza stanowi, że tak, przysługuje. I co za tym idzie, przyznaje wyspom prawo do wyłącznej eksploatacji zasobów do granicy szelfu. Turcja jednak, która Konwencję wprawdzie ratyfikowała, ale jej nie podpisała, uważa inaczej – a mianowicie, że szelf kontynentalny przysługuje jedynie kontynentom. Stanowisko to by oznaczało, że choć Australia, jako kontynent, ma do swych podwodnych zasobów prawo, to już na przykład Wielka Brytania czy Islandia nie.

Tyle że Ankarze nie o islandzkie zasoby chodzi, ale o greckie i cypryjskie.

Jeżeli greckim wyspom szelf nie przysługuje, to Turcja może sobie ustalić z Libią, która konwencji nie ratyfikowała, granicę morskich stref wyłącznej eksploatacji pośrodku Morza Śródziemnego.

Alternatywna rzeczywistość prawna

Sprawa jest niebagatelna, bo chodzi o łowiska oraz potencjalnie rozległe złoża ropy i gazu. Turcja istotnie, nie bacząc na greckie protesty, taką morską granicę z Libią sobie w 2019 roku wytyczyła. A turecka marynarka wojenna siłą przegania statki badawcze, które na polecenie Aten czy Nikozji szukają złóż pod wodami, do których Ankara rości sobie prawa.

Teraz turecki parlament przyjął ustawę dającą prezydentowi prawo do wytyczania „akwenów szczególnego znaczenia” wszędzie tam, gdzie uzna to za zasadne. Wprawdzie z punktu widzenia 168 państw członkowskich ONZ, które stosują się do zasad Konwencji, jest to czyste bezprawie, ale w niczym to najwyraźniej Ankarze nie przeszkadza. Turcja po prostu zainstalowała się w słusznej, alternatywnej rzeczywistości prawnej.

I to nie tylko na morzu. W ubiegłym tygodniu sąd apelacyjny w Ankarze uznał zasadność skargi Kemala Kiliçdaroğlu, byłego przewodniczącego największej opozycyjnej partii CHP, na wynik wyborów przeprowadzonych podczas odbytego w 2023 roku kongresu tej partii. Kiliçdaroğlu wybory te przegrał, a nowym przewodniczącym został Özgür Özel.

Według pokonanego przewodniczącego jego rywal wybory te wygrał zdradą, przekupstwem i oszustwem, a poza tym ma konszachty z terrorystami.

Zamiast Özela przewodniczącym winien być więc nadal Kiliçdaroğlu.

Sąd pierwszej instancji wniosek byłego przewodniczącego odrzucił, ale wygrał on w apelacji i został do swej dawnej funkcji przywrócony. Następnie wezwał policję, by wyrzuciła samozwańca z partyjnej siedziby w Ankarze. Siły porządku skwapliwie to wykonały, wybijając drzwi i okna, by przywrócić zasady praworządności i demokracji. W tydzień po historycznym zwycięstwie staro-nowy przewodniczący świętował przed kilkoma tysiącami zwolenników, w zdobytej siedzibie „czysty początek” swej władzy, podczas gdy kilka kilometrów dalej, przed siedzibą władz miejskich CHP, Özel wezwał do przeprowadzenia nowych partyjnych wyborów.

Być może zwycięski pokonany na to przystanie, bo każdy niesłuszny wynik wyborów będzie można zaskarżyć przed sądem. Źle to wróży nie tylko samej CHP, ale tureckiej demokracji po prostu.

Sądy i Erdoğan

I o to właśnie w wojnie dwóch przewodniczących chodzi: gdy partią kierował przez 13 lat Kiliçdaroğlu, CHP nie wygrała żadnych wyborów. Po zwycięstwie Özela zaś partia miażdżąco pokonała AKP prezydenta Reçepa Tayyipa Erdoğana w wyborach lokalnych. A w przewidzianych na za dwa lata wyborach sondaże dają jej 35,4 procent głosów, zaś AKP jedynie 31,7 procent.

Na domiar złego w rozpisanych także na 2028 rok wyborach prezydenckich Edoğan już po raz trzeci startować nie może – chyba że zmieni konstytucję. Do tego jednak dwoóch trzecich głosów w parlamencie. Liczył, że przekupi kurdyjską DHP, ale rozmowy pokojowe z PKK ugrzęzły, bo władza nie chce uznać kurdyjskich postulatów. Jeśli jednak uda się rozbić CHP, to głosy rozłamowców mogłyby wystarczyć, by dać prezydentowi większość kwalifikowaną. Potem jeszcze trzeba by wybory wygrać – a sondaże znów dają większość kandydatowi CHP, burmistrzowi Stambułu Ekremowi Imamoğlu, przewagę. To już nie problem, bo burmistrz już od roku siedzi, z oskarżeń, a jakże, o oszustwa, korupcję i terroryzm. Kłopot w tym, że jeśli zostanie skazany, CHP wystawi swojego burmistrza Ankary, równie popularnego Mansura Yavaşa. Wygląda na to, że tak czy inaczej bez sądu się nie da ustanowić słusznej, alternatywnej rzeczywistości politycznej.

Nie tylko Turcja

Sądy w ogóle są bardzo przydatne. W 2018 roku prokuratura podała do sądu zarząd opozycyjnego dziennika „Cumhüriyet”. Oprócz zwyczajowej korupcji, oszustw i terroryzmu zarzucono mu, że działa na szkodę spółki, gdyż dochody ze sprzedaży reklam gwałtownie spadły. Sąd nakazał zmienić skład redakcji na prorządowy i nagle w „Cumhüriyet” pękła bania z reklamami, głownie spółek rządowych. Tym samym potwierdziła się zasadność oskarżenia wobec poprzedniego zarządu, a gazeta do tej pory opływa w reklamy od rządu. I po prostu rządu. Inne media nie pozostały w tyle i teraz już nikt w tureckiej prasie nie działa na szkodę spółki. Już właściwa spółka tego pilnuje, a jakby co, to sąd przywróci obowiązywanie słusznej, alternatywnej rzeczywistości medialnej.

Pastwić się nad nieszczęsną Turcją łatwo, bo tam procedura alternatywnej rzeczywistości rozkwitła szczególnie bujnie.

Ale w końcu niejedna Ankara rysuje sobie linie na wodzie tam, gdzie chce.

Robią to też na Morzu Południowochińskim na przykład Chiny, które sobie samodzielnie wytyczyły granice morską o dwa tysiące kilometrów od brzegu. Chiny są sygnatariuszem konwencji i jaskrawo ją naruszają – ale USA, które je za to słusznie potępiają, same jej nigdy nie ratyfikowały.

Procedurę wyznaczania koncesjonowanej opozycji, rozbudowaną do perfekcji w Krajach Demokracji Ludowej przywrócił do życia jako pierwszy Władimir Putin, zaś stwierdzenie, że uprawianie niezależnego dziennikarstwa jest sprzeczne z interesem tych, którzy je uprawiają, nie wymaga już dowodu nawet w demokracjach. Właściwie Turcji należy się uznanie, że chce się jej jeszcze zatrudniać sądy do tego, co inne kraje realizują pałką.

W 1953 roku w NRD, po robotniczym buncie przeciwko władzy, sekretarz Związku Literatów stwierdził, że „naród stracił zaufanie rządu i musi pracować ciężej, by je odzyskać”. Na to Bertold Brecht odpowiedział: „Czy nie byłoby wszak prościej, gdyby rząd rozwiązał naród i wybrał inny?”. Brechtowi zabrakło wyobraźni, by zrozumieć, że jego szyderstwo pewnego dnia może stać się rzeczywistością.