Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > BUDKOWSKA: Ćwiczenia z...

BUDKOWSKA: Ćwiczenia z przemijania. O „Grochowie” Andrzeja Stasiuka

Marta Budkowska

Ćwiczenia z przemijania

Książka jest niewielka, zawiera zaledwie cztery opowiadania, ale w każdym emocje są coraz silniejsze. Kolejne pytania pojawiające się na kartach „Grochowa” zbijają z tropu, niweczą ćwiczoną każdego dnia pewność, sojuszniczkę spokojnego życia. Ich przedmiotem jest śmierć i pożegnania: ludzi, miejsc, zwierząt, pewnego świata, a w końcu też myśl o własnym odejściu. „Co się dzieje z czasem, który minął? Dokąd odchodzą zdarzenia, które były naszym udziałem?”, pyta Andrzej Stasiuk, ale nie daje odpowiedzi wprost – trzeba je odnaleźć w kolejnych obrazach.

W opowiadaniu „Babka i duchy” pisarz przywołuje postać swojej babci, starej kobiety mieszkającej gdzieś w podlaskiej wiosce. Nie jest to jednak wspomnienie tej jednej, konkretnej osoby. Babka, stare ciotki, dziadek są tu przypomnieniem świata i ludzi, których już nie ma. Czas odmierzali tam święci i dni, kiedy szeptano do nich modlitwy. Duchy, zjawy pojawiały się ot tak, zwyczajnie. Zmarli mieli swoje miejsce w świecie żywych, wciąż go zamieszkiwali, tyle że w innej postaci. A wieczorami snuto historie o nieboszczykach przeplatane relacjami ze zwykłych, codziennych zdarzeń. To właśnie w tym świecie śmierci oswojonej, zadomowionej Stasiuk ją spotyka. Jeszcze bez strachu, z dziecięcym zdziwieniem odkrywa chłód twarzy ukochanej babki. W jego wyobraźni na zawsze stanie się ona twarzą śmierci.

„Czasami jest tak, że zapatrzymy się w oczy psa i nagle dostrzegamy w nich nicość.” Tak samo patrząc w oczy odchodzącego, nie znajduje się już niczego, jego spojrzenie skierowanie jest ni to do wewnątrz, ni to gdzieś poza rzeczywistość. Stasiuk opisuje to, z czym prawie zawsze zmagamy się, towarzysząc powolnemu umieraniu: poszukiwanie ukochanej osoby, tej dawnej, w stygnącym powoli, kurczącym się ciele. Oczekiwanie na poprawę, gdy nie ma już na nią szans. Irytację dziwacznym zachowaniem odchodzącego, jego wycofaniem, mdłym cieniem zadowolenia, gdy odwraca się jego uwagę od niechybnego zakończenia. I napięcie, a nieraz bezradne rozdrażnienie tym, że „można żyć, a jednocześnie tym życiem wprawiać w przerażenie”. Bliskość i obcość zarazem.

Bo śmierć jest dziś obca, szpitalna, przypomina Stasiuk w opowiadaniu „Augustyn”. I nie chodzi o to, że na czyjeś odejście nie można się przygotować – a nie można, choćby nie raz było się tego świadkiem. Śmierć stała się czymś nieczystym, od czego za wszelką cenę trzeba się odseparować. Więc najpierw zagaduje się ją potokiem słów, zasłyszanych gdzieś rozmów lekarzy, tak aby „za pomocą tych martwych i konkretnych pojęć rozproszyć strach i mrok”. Później za wszelką cenę unika się fizycznego kontaktu z nią. Zapach towarzyszący chorobie i umieraniu wzbudza zwierzęcy, atawistyczny lęk. Opłaca się więc tych, którzy z zimną rutyną wykonają niezbędne zabiegi. Te same, które u początku życia czyniły troskliwe ręce matki.

W higienicznym świecie nie ma już tradycji szykowania zmarłego do pogrzebu. Nie ma babek i ciotek mruczących monotonnie litanie i koronki. Nie ma czuwania w domu przy trumnie, bo i kto teraz tam umiera. Ani konduktów ciągnących przez miasteczka utartą drogą, z domu do kościoła, a stamtąd na cmentarz. Współczesny zmarły przyjeżdża do kościoła jako pakunek zamówiony w specjalistycznej firmie.

Jedno z opowiadań, zatytułowane „Suka”, Andrzej Stasiuk poświęca odchodzeniu zwierząt, tak bliskiemu w swoich regułach temu ludzkiemu. Niedołężność, a potem i brud, nieprzyjemny zapach z każdym dniem wzmagają irytację, obawy o to, jak się sobie z tym wszystkim poradzić. Aż w pewnym momencie pojawia się pragnienie, aby to wszystko się skończyło, aby śmierć wreszcie nadeszła. A wraz z nią poczucie ulgi.

W książce Stasiuka są też i miejsca, w których śmierć nie istniała. Taką oazą był tytułowy Grochów, dzielnica ciągłego teraz, łapania życia i jego zmysłowości. Ale i ten świat już zniknął, tak jak dawna robotnicza, nieco wiejska część miasta. Nie ma też przyjaciela, z którym Stasiuk wyruszał na dziecięce włóczęgi po na wpół dzikich okolicach torowisk Olszynki Grochowskiej, na wyprawy gdzieś w Polskę, a wreszcie w podróże po Europie.

W „Grochowie” można odnaleźć liryzm przepełniający „Duklę”, włóczęgi z „Jadąc do Babadag” czy „Opowieści galicyjskich”, realizm opisów podobnych tym w „Murach Hebronu”. Książka ta, a zwłaszcza ostatnie opowiadanie, jest esencją pisarstwa Andrzeja Stasiuka. Jednak coś się tu zmienia, następuje przesunięcie akcentów – z podróży w przestrzeni na podróże w czasie. Wrażenia wędrowca powoli zaczyna przysłaniać lęk przed przemijaniem, którym podszyte są te opowiadania.

Najbardziej przejmującym z nich jest tytułowy „Grochów”, a waga zadanych w tym opowiadaniu pytań chyba najcięższa. To w zasadzie relacja z symultanicznego żegnania się ze światem dzieciństwa i przyjacielem, nieodłącznym towarzyszem wszystkich eskapad. Tutaj pisarz stawia w końcu pytanie o własną śmierć. „Trudno powiedzieć, kiedy do nas dociera, że to się stanie. Może nie dociera, dopóki nie nadejdzie? Może nawet teraz, gdy już wiem, że to jest, że przyjdzie do każdego, to i tak na razie oglądam się na innych. Odganiam, opędzam się, umykam?”. Jak wszyscy z nas.

Książka:

Andrzej Stasiuk, „Grochów”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012

* Marta Budkowska, członkini redakcji „Kultury Liberalnej”.

„Kultura Liberalna” nr 208 (1/2013) z 1 stycznia 2013 r.

SKOMENTUJ
(-1/2013)
1 stycznia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj