Penny Johnson.

„Zapomniane” to podróż po Palestynie, podczas której autorzy szukają śladów przeszłości, które zostały zapomniane, zniszczone lub wymazane z map. Odwiedzają między innymi Nablus, Jerozolimę, Jafę, Ramallah oraz okolice Morza Martwego. Wspominają również palestyńskich poetów, takich jak Mahmoud Darwish i Raszid Hussajn. Te wszystkie miejsca, ale przede wszystkim ludzie, których spotykają po drodze, przechowują pamięć o dawnej Palestynie. 

O tym, dlaczego zdecydowali się wybrać w tę podróż, rozmawiam z Penny Johnson, współautorką książki, która w tym roku w przekładzie Anny Sak ukazała się nakładem wydawnictwa Karakter.

Sylwia Góra: „Zapomniane” to tak naprawdę „życio-książka”, bo opowiada o twojej i twojego męża codzienności, która zmieniała się z dekady na dekadę, a teraz w zasadzie z tygodnia na tydzień. O Palestynie czytamy i dowiadujemy się właściwie dopiero teraz – mam tu na myśli szerszą publiczność – jeśli chodzi o książki, filmy itp. Dla ciebie również nie był to kraj urodzenia, ale od kilku dekad jest twoim domem. Czy z tej perspektywy możesz powiedzieć o największych zmianach, które obserwowałaś?

Penny Johnson: Przyjechałam tutaj w 1982 roku, żeby pracować na Uniwersytecie w Bir Zajt. Lata osiemdziesiąte XX wieku były czasem nadziei. Oczywiście były trudności, rozwijały się osiedla, ale jednocześnie społeczeństwo, organizacje społeczeństwa obywatelskiego, ruchy kobiece, związki zawodowe – wszyscy próbowali stawić czoła okupacji i poprawić warunki życia. Kulminacją tych działań była pierwsza intifada.

Dziś znajdujemy się natomiast w sytuacji, którą John Berger, kiedy tu przyjechał, określił mianem „niepokonanej rozpaczy”.

Tak to odczuwam. I właśnie dlatego powstały „Zapomniane”. Próbowaliśmy się cofnąć. Szukamy takiej przeszłości, która mogłaby okazać się użyteczna, takiej, która pozwoliłaby nam wyjść poza ten straszny moment, w którym się znaleźliśmy. Mam nadzieję, że moi przyjaciele w Gazie wciąż żyją. Ramallah jest stosunkowo bezpieczne, ale wszystkie okoliczne wioski są atakowane.

Niedawno osadnicy zabili dwóch młodych mężczyzn w Deir Jarir, bardzo blisko nas. Dlatego próbowaliśmy spojrzeć wstecz – nawet do epoki brązu – i przyjrzeć się wszystkim tym krzyżującym się szlakom, cywilizacjom i wzajemnym powiązaniom.

Raja i ja nie zawsze zdawaliśmy sobie sprawę z istnienia tych rzeczy. Odkrywaliśmy je dopiero w trakcie naszych poszukiwań. 

Ta książka jest napisana w pierwszej osobie liczby mnogiej, bardzo nietypowo. Skąd ten pomysł?

Razem z Rają redagowaliśmy książki i pisaliśmy wspólnie różne teksty, zwłaszcza o sztuce. Wszystko zaczęło się właściwie od tego, że po prostu chcieliśmy wydostać się z Ramallah. Jesteśmy ludźmi, którzy dużo chodzą, a podczas pandemii nie mogliśmy spacerować. Pewnego dnia wybraliśmy się więc z przyjacielem na spacer w pobliżu muru apartheidu, który oddziela Zachodni Brzeg od Izraela.

Zobaczyliśmy tam mały, szary kamień upamiętniający egipskich żołnierzy, którzy zginęli w 1967 roku. Pomyśleliśmy: przecież nie było tam egipskich żołnierzy. A może byli? Wydawało nam się, że znajdowali się na Synaju. I to zapoczątkowało nasze poszukiwania rzeczy zapomnianych, rzeczy, które pamiętaliśmy tylko częściowo, takich, które być może widzieliśmy trzydzieści czy czterdzieści lat temu.

Na przykład wioska Dżib, niedaleko Ramallah. Dziś znajduje się tam punkt kontrolny, ale kiedyś było to również wielkie miasto epoki brązu i żelaza. 

Kiedy patrzyliśmy na te ruiny i wyobrażaliśmy sobie miasto, które niegdyś było większe i ważniejsze od Jerozolimy, zaczęliśmy dostrzegać ten kraj w sposób, którego wcześniej nie znaliśmy.

Ten niewielki skrawek ziemi między Morzem Śródziemnym a Jordanem był jednocześnie wielkim skrzyżowaniem dróg – szlaków prowadzących z tak odległych miejsc jak Stambuł, Damaszek czy Kair. Myślę, że droga morska, która przecina ten obszar, a następnie biegnie wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego, jest jednym z najstarszych szlaków w historii ludzkości. I w pewnym sensie nadal istnieje. 

Ta wyprawa stała się więc podróżą przez wiele kultur: rzymską, bizantyjską, islamską i kulturę krzyżowców. To wizja Palestyny ekumenicznej, ziemi trzech wyznań. Czy kiedyś faktycznie tak było? I czy taka przyszłość w ogóle jest możliwa?

Powiedziałam kiedyś, że przyszłość jest niemożliwa, ale nie, przyszłość nie jest niemożliwa. W książce odwołujemy się do definicji nadziei Terry’ego Eagletona.

Terry Eagleton mówi, że optymizm polega na przekonaniu, że historia będzie posuwać się naprzód, a rzeczy będą stawały się coraz lepsze. Nadzieja natomiast jest tym, co pozostaje człowiekowi w mrocznych czasach. I właśnie to mamy. 

Tę nadzieję odnaleźliśmy również w niektórych ludziach, których spotkaliśmy. Na przykład w kobiecie, która opiekuje się sanktuarium proroka Hioba – Nabi Ajjuba – i każdego dnia je sprząta oraz o nie dba, w Zahir.

Hiob oczywiście pojawia się zarówno w Biblii, jak i w Koranie. Jest postacią, do której ludzie się zwracają. Albo jest kościół w maronickiej wiosce w pobliżu granicy z Libanem, Kafr Bir’im. Wioska została zniszczona w 1948 i 1949 roku, mimo że armia obiecała mieszkańcom, że będą mogli wrócić po tygodniu. Byli pokojowo nastawionymi mieszkańcami wsi. Ale walczyli o możliwość powrotu i odbudowy swojego kościoła. Dziś znajduje się tam izraelski park narodowy, ale oni wciąż walczą o swój kościół. Poszliśmy tam na nabożeństwo i zobaczyliśmy mnóstwo nastolatków, którzy zazwyczaj nie chodzą do kościoła w sobotę, bo jest to dzień wolny od pracy. Ksiądz mówił po aramejsku, w starożytnym języku. Było to niezwykle piękne.

A kiedy wychodzisz z kościoła, widzisz mozaikę z napisem: „Powrócimy”. Ci mieszkańcy wciąż walczą o możliwość powrotu. To właśnie takich pełnych nadziei chwil szukaliśmy.

A jeśli przejdziesz przez park, zobaczysz ruiny czegoś, co niegdyś było synagogą, a później stało się częścią kościoła. To właśnie jest historia Palestyny.

Dwa rozdziały – o pociągach i samolotach – pozwalają nam zrozumieć, że Palestyna, to nie jest kraj z naszych zachodnioeuropejskich wyobrażeń, ale że był to kraj mający rozbudowaną infrastrukturę, dobrze prosperujący. To raczej coś, z czego większość świata nie zdaje sobie sprawy.

Myślę, że na świecie wiele się zmieniło, jeśli chodzi o rozumienie Palestyny. Niestety ta wiedza coraz częściej dotyczy horroru i ludobójstwa w Gazie oraz przemocy ze strony osadników. Nawet mnie trudno zrozumieć, jak młodzi ludzie mogą mordować zwierzęta należące do innych, ścinać drzewa, bić starsze kobiety.

Myślę więc, że istnieje dziś ten międzynarodowy wymiar – coraz większa świadomość Palestyny, ale także aspiracji jej mieszkańców, obecnych na uniwersytetach i w ruchach społecznych. 

Wydaje mi się, że jednak tę część ludzie wciąż nieco trudniej sobie przyswajają. 

Oczywiście przyjeżdżają tu również osoby zaangażowane w działalność pokojową, które pomagają chronić społeczności wiejskie i dobrze rozumieją sytuację. Są też dyplomaci, którzy ją rozumieją, ale niekoniecznie zabierają publicznie głos. Mimo to uważam, że międzynarodowa atmosfera się zmieniła. Wiem, że zmieniła się również w Polsce. To bardzo budujące.

A jednak, im bliżej współczesności, tym bardziej czujemy jako czytelniczki i czytelnicy, że ziemie palestyńskie, zamiast się rozwijać, właściwie zatrzymały się w czasie. Czy rzeczywiście tak jest? 

Cóż, nie jest to do końca prawda. Przed wojną przedsiębiorczy mieszkańcy Gazy stawali się specjalistami w dziedzinie technologii i pracowali dla wielu międzynarodowych firm.

Ludzie w Gazie są prawdopodobnie bardziej… nie chcę używać słowa „odporni”, ponieważ doświadczyli czegoś tak strasznego. To słowo nie oddaje w pełni ich sytuacji.

Działanie mimo wszystko to historia wielu mieszkańców Gazy, co widać po artystach, dziennikarzach, blogerach i ludziach, którzy wciąż wysyłają wiadomości. Ale oczywiście w tej chwili nie istnieje tam właściwie żadna gospodarka. 

Większość rolnictwa została zniszczona. Zwierzęta zostały zabite. Zniszczone zostały również budynki, w tym piękne budynki Gazy. Nawet większość stanowisk archeologicznych znajduje się pod gruzami. A Gaza ma niezwykle ciekawą starożytną historię. Była kiedyś jednym z najważniejszych miast świata.

No właśnie, odwiedzacie historyczne miejsca, które mają utrwalać pamięć, ale bardzo często okazuje się, że trudno je znaleźć, są częściowo lub całkowicie zniszczone. Co jeśli wszystkie te miejsca znikną? 

Nie sądzę, żeby wszystkie zniknęły, ale wiele z nich trzeba jeszcze odnaleźć i odrestaurować. Kiedy pojechaliśmy do Chan al-Tudżar – był to dawny osmański przystanek dla karawan przybywających z Damaszku i innych miejsc – musieliśmy przedzierać się przez ciernie i właściwie nie mogliśmy niczego znaleźć.

A przecież znajdowały się tam piękne konstrukcje. Można było dostrzec łuki i inne pozostałości. To miejsce mogłoby zostać odrestaurowane jako stanowisko archeologiczne. Także w samym Ramallah mamy stanowiska z epoki brązu i okresu bizantyjskiego, które wymagają opieki. Ale one wciąż tam są. 

Tyle że poruszanie się po dzisiejszej Palestynie oznacza konieczność przemieszczania się przez sieć ograniczeń, pozwoleń, punktów kontrolnych oraz dróg przeznaczonych wyłącznie dla osadników. A podróżowanie i możliwość swobodnego przemieszczania się kojarzymy – przynajmniej we współczesnym świecie – z wolnością. Czy sprawia to, że na co dzień masz poczucie, jakby twoje życie się kurczyło?

Mieliśmy trudności z opuszczaniem Ramallah, zarówno podczas wojny w Gazie, jak i teraz. Wiele osób z Nablusu pracuje w Ramallah. Czasami podróż do pracy zajmuje im trzy godziny, choć dawniej tę samą trasę pokonywali w pół godziny. Muszą jednak dotrzeć do pracy.

Ludzie spędzają więc godziny w punktach kontrolnych, próbują innych dróg. 

To chyba specyficzna palestyńska umiejętność, której większość ludzi nie musi posiadać: znalezienie sposobu, żeby dotrzeć tam, dokąd chce się dotrzeć.

Od dłuższego czasu prawie w ogóle nie opuszczaliśmy Ramallah. Myśleliśmy, że przynajmniej będziemy mogli spacerować po pobliskich wzgórzach, ale nawet to nie jest możliwe. Pojawia się wojsko, pojawiają się osadnicy. Po prostu nie jest bezpiecznie.

Młody Palestyńczyk uwięziony w enklawie traci poczucie pamięci o kraju jako całości. Czy poszukiwanie takich miejsc, jak te, których wy szukaliście, mogłoby stać się dla młodych ludzi aktem politycznego oporu?

Jeden z naszych młodych krewnych przeczytał książkę i powiedział: „Nie wiedziałem o żadnym z tych miejsc”. My mamy jerozolimskie dowody tożsamości, więc możemy podróżować po kraju trochę swobodniej i bezpieczniej.

Ale niektóre dzieci nigdy nie były w Jerozolimie, choć mieszkają w Ramallah. To prawda. I to jest jeden z powodów, dla których napisaliśmy tę książkę. 

Jeden z rozdziałów „Zapomnianych” poświęcacie poetom, którzy są dla was ważni. Jakie znaczenie ma poezja dla Palestyny?

W całym świecie arabskim poezja była główną formą ekspresji literackiej właściwie jeszcze przed islamem. Ale palestyńscy poeci mają szczególną siłę oddziaływania na ludzi.

Mam na myśli na przykład Raszida Husajna. Odwiedziliśmy jego grób w wiosce Musmus w dystrykcie Hajfy. Poszliśmy na uroczystość poświęconą jego pamięci.

Był on człowiekiem, który – jak sam powiedział – nie potrafił nienawidzić. Miał również wielu izraelskich przyjaciół zaangażowanych w działalność pokojową.

Przecierał nowe szlaki. Jego poezja jest naprawdę piękna i bardzo prosta. Jego matka była analfabetką. Pisał więc dla niej, że „nie tylko nie umiałaś czytać, ale także nie pozwolono ci nauczyć się czytać. Dlatego zawsze będę używał prostych słów”. Był jednak bardzo złożonym poetą, czerpiącym z wielu tradycji. 

Jest także Mahmoud Darwish. Był poetą bardzo złożonym. Czasami trudno mi go czytać.

Jet też nasz przyjaciel Kamal Boullata, wspaniały artysta, mieszkaniec Jerozolimy, który dorastał na Starym Mieście, ale nigdy nie mógł wrócić, ponieważ przebywał poza krajem, kiedy wybuchła wojna w 1967 roku, i nie był w stanie uzyskać żadnych dokumentów umożliwiających mu powrót. Jego twórczość jest pełna światła Jerozolimy.

To był rozdział, w którym odwiedzaliśmy groby, czego właściwie nigdy wcześniej nie robiliśmy na taką skalę. 

Dziś doskonale widzimy, że atak na naród obejmuje również niszczenie jego dziedzictwa. Widać to w Palestynie, ale w tym samym czasie także w Ukrainie. Bo dziedzictwo kulturowe to wspólny wysiłek, który przekazujemy kolejnym pokoleniom. Co, gdy go zabraknie?

Mam nadzieję, że nigdy nie zniknie całkowicie. Muszę powiedzieć, że 

w Palestynie mamy bardzo dobrych, niezwykle aktywnych archeologów. Mogą jednak pracować wyłącznie w strefie A na Zachodnim Brzegu, która obejmuje zaledwie 20 procent tego obszaru. 

Nie mogą pracować w strefie C, którą Izrael kontroluje w całości i która stanowi 60 procent obszaru. Ich możliwości są więc bardzo ograniczone. Robią tyle, ile mogą.

Odwiedziliśmy profesora Salaha Al-Houdalieha i jego studentów z Uniwersytetu Al-Quds w Jerozolimie na stanowisku niedaleko nas. Jest to zasadniczo stanowisko bizantyjskie, gdzie – jak się uważa – pochowany został święty Szczepan.

W Palestynie ludzie często bywają pochowani w kilku miejscach. Wielki antropolog Tawfiq Canaan mówił już w latach trzydzistych XX wieku, że jedną z najbardziej charakterystycznych rzeczy w Palestynie jest sformułowanie: „Mówi się, że szejk jest tam pochowany”. „Mówi się” – ponieważ istnieje wiele opowieści. 

Na przykład w okolicach Ramallah istnieje szlak suficki prowadzący przez różne sanktuaria sufickie. RIWAQ, Centrum Ochrony Dziedzictwa Architektonicznego, wydało wspaniałą książkę pokazującą ludziom, jak tam dotrzeć. Tyle że teraz nie możemy tam pojechać, bo w niektórych z tych sanktuariów osadnicy schodzą ze wzgórz i dokonują ataków. Mam jednak nadzieję, że w końcu będziemy mogli się tam wybrać.

Chcecie, mimo wszystko, wędrować dalej. Rejestrować, wspominać, opowiadać. I nie poddawać się. Czy pamięć wystarczy, żeby ocalić kulturę?

Nie. Potrzebne są działania, potrzebne jest pisanie, potrzebne są konkretne akty. W pewnym sensie zebraliśmy się na odwagę i niedawno pojechaliśmy do Nablusu, a także do wioski Beita.

Ludzie tam pracują, wciąż coś robią. Nablus ma Tell Balata – niezwykle ważne stanowisko archeologiczne z epoki brązu. To tylko częściowo funkcjonujący park.

Jednym z problemów Palestyny jest to, że kończą się pieniądze. Pojawia się darczyńca, a potem darczyńca odchodzi. Ale ludzie wrócą. Będą się tym zajmować, będą to chronić. A młodzi ludzie, jak sądzę, staną na wysokości zadania.

Potrzebujemy zmiany i mam nadzieję, że ona nadejdzie, w tym sensie, w jakim mówi o niej Terry Eagleton.

Książka:

Penny Johnson, Raja Shehadeh, „Zapomniane. W poszukiwaniu ukrytych miejsc i zaginionych pomników przeszłości w Palestynie”, tłum. Anna Sak, wyd. Karakter, Kraków 2026.