
Alberto Manguel, który sam siebie określa przede wszystkim jako czytelnika, to autor książek takich jak: „Historia czytania”, „Pożegnanie z biblioteką. Elegia z dziesięciorgiem napomknień” czy „Słownik miejsc wyobrażonych”, był także dyrektorem Biblioteki Narodowej w Buenos Aires, a w latach 1964–1968 lektorem niewidomego Jorge Luisa Borgesa. W tym roku gościł na Festiwalu Góry Literatury, który odbywał się w dniach 10–18 lipca 2026. Z pisarzem rozmawia Małgorzata Mierżyńska.
Małgorzata Mierżyńska: Dla gigantów literatury czytanie było warunkiem koniecznym do życia, absolutną podstawą ich własnej twórczości. Szukali w nim schronienia, lekarstwa, ucieczki, samopoznania, spotkania z drugim człowiekiem, dialogu ze światem. Można by długo wyliczać. Wisława Szymborska mawiała, że „czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła”. Widziała w tym wolność wyboru, ponieważ czytasz to, co chcesz, kiedy chcesz, a podczas lektury nikt nie kontroluje twoich myśli. Czym dla pana jest czytanie?
Alberto Manguel: Na początek odniosę się do cytatu z polskiej noblistki. Z pewnością nie miała na myśli tego, że czytanie jest rozrywką w znaczeniu, jakie zazwyczaj nadajemy temu słowu, czyli czymś, co robimy dla zabicia czasu. Bo to nie tak.
Żeby przetrwać w świecie, każdy gatunek zwierząt rozwija specyficzne strategie. My, ludzie, rozwijamy strategię wyobraźni. Pozwala ona doświadczać rzeczy, które w realnym życiu nas nie spotykają. W tym celu musimy rozszyfrowywać wskazówki, które daje nam świat. Są one jednak zawsze fragmentaryczne, ponieważ odbieramy je za pośrednictwem zmysłów. Te fragmenty rzeczywistości, jakie do nas dzięki nim docierają, jak kolor, kształt, dźwięk, dotyk, nastrój składają się w całość dopiero w naszych umysłach, właśnie dzięki wyobraźni. To ona tworzy dla nich narrację. Żeby jednak postrzegać te fragmenty wrażeń, musimy być czytelnikami w szerszym sensie: czytać świat, niebo, chmury, ludzkie twarze, uczucia, gesty i mimikę.
Karol Darwin jako jeden z pierwszych dokonał analizy grymasów twarzy, klasyfikując je jako uśmiech, błogość, złość itd. W tym sensie byliśmy czytelnikami już około sto tysięcy lat temu, kiedy zaczęliśmy mówić. Dopiero długo po tym, jak rozwinęliśmy zdolność tworzenia słów, zaledwie pięć i pół tysiąca lat temu, zaczęliśmy tworzyć znaki reprezentujące dźwięki. Tak narodziło się pismo, a wraz z nim ludzie, którzy potrafili te znaki rozszyfrowywać – pierwsi czytelnicy w obecnym rozumieniu tego słowa, po których odziedziczyliśmy ten talent. Czytanie nie jest więc rozrywką. To sposób na przetrwanie w świecie.
W „Historii czytania” pisze pan, że było ono dla pana jak mały cud przeżywany w milczeniu. Jaka lektura była największym z tych małych cudów?
Moje najwcześniejsze lektury to były baśnie braci Grimm, adaptacje „Baśni z tysiąca i jednej nocy” oraz książki angielskiej pisarki Enid Mary Blyton. Jednak mówiąc o cudzie, nie miałem na myśli jakichś konkretnych przykładów literatury ani pisarzy. Nauczyłem się czytać jako czterolatek. Wcześniej czytała mi niania.
Cud nastąpił, kiedy zdałem sobie sprawę, że te fascynujące historie, których dotychczas tylko słuchałem, potrafię czytać samodzielnie.
W momencie, w którym dotarło do mnie, że umiem przemienić zwykłe linie w dynamiczną rzeczywistość, poczułem, że zyskałem nadzwyczajną moc.
Chwila, w której nagle zrozumiałem coś, na co wcześniej mogłem się tylko bezmyślnie gapić, zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że pamiętam ją do dziś. Czułem, jakbym nabył nowy zmysł.

Urodził się pan w Buenos Aires i rodzimym językiem jest dla pana hiszpański. Mówi pan jednak biegle także po niemiecku, angielsku, francusku, włosku i portugalsku. Jednak tworzy pan głównie po angielsku.
Wyjechałem z Argentyny jako niemowlę, ponieważ mój ojciec został ambasadorem w Izraelu. Tam miałem czeską nianię, z którą rozmawiałem po niemiecku, i anglojęzycznych nauczycieli. Do Buenos Aires wróciliśmy, gdy miałem osiem lat i dopiero wtedy naprawdę nauczyłem się hiszpańskiego.
Angielski jest więc dla mnie językiem czytania i pisania, bo dzięki niemu pochłaniałem moje pierwsze lektury. W procesie twórczym daje mi też dystans i precyzję. Hiszpański jest dla mnie językiem życia codziennego, emocji i rozmowy, bo mentalnie i kulturowo czuję się Argentyńczykiem.
Czasami jednak po hiszpańsku robię notatki i publikuję artykuły. Napisałem też w nim dwie powieści „El regreso” i „Todos los hombres son mentirosos”.
A jak się panu lepiej myśli: po angielsku czy po hiszpańsku?
To ważne pytanie, ponieważ zwykliśmy uważać, że myślimy w określonym języku, a tak wcale nie jest. To język, jakim władamy, pozwala na myślenie w danym języku. Jeśli jesteś Polakiem, myślisz konceptami, jakie podsuwa ci język polski. Hiszpański podpowie ci inne. Istnieją idee i koncepty, których nie da się wyrazić równie dobrze w każdym języku. Weźmy przykład, najsłynniejszy cytat świata: „Be or not to be”, wspaniałe podsumowanie fundamentalnego problemu egzystencjalnego. Gdyby Szekspir był Hiszpanem, nie mógłby użyć tak lapidarnego zwrotu, ponieważ w hiszpańskim słowo „być” wyrażamy za pomocą dwóch czasowników: jeden odnosi się do egzystencji [ser], drugi oznacza znajdowania się w określonym miejscu [estar]. W języku angielskim czasownik „być” obejmuje oba te znaczenia.
W „Historii czytania” napisał pan: „Prawdopodobnie mógłbym żyć bez pisania, ale nie sądzę, żebym mógł żyć bez czytania”. Mistrz literatury argentyńskiej Jorge Luis Borges, bycie czytelnikiem także stawiał wyżej niż bycie pisarzem. Jak to możliwe, że wybitni pisarze przedkładają czytanie nad pisanie?
Nie mówmy o mnie. Zostańmy przy gigantach literatury, takich jak Jorge Luis Borges, Olga Tokarczuk, Stanisław Lem czy Wisława Szymborska.
Żaden wielki autor nie może pisać bez świadomości tego, co zostało napisane przed nim. Nikt nie pisze w pustce, nikt nie zaczyna przelewać swoich myśli na papier od wymyślania języka z nowymi słowami.
Nie ma nowych słów. Za każdym razem, gdy mówisz „dzień dobry”, powtarzasz słowa używane od wieków. Zatem każdego pisarza można zdefiniować jako osobę, która gromadzi cytaty. Czasami przytacza je bezpośrednio, niekiedy przetwarza, ale w zasadzie cała literatura jest jednym wielkim cytatem. Dlatego bez czytania nie ma pisania. Co więcej, przed wynalezieniem języka pisanego, ktoś musiał wynaleźć czytanie. Bo nie dałoby się pisać, wymyślić systemu znaków na zapisanie dźwięków bez wcześniejszego wymyślenia sposobu odczytywania tego, co te znaki oznaczają. Każdy pisarz jest tego świadomy.
Przyznam, że dla mnie to zaskakujące. Zawsze mi się wydawało, że pisanie książek to czynność nobilitująca, bo wymaga niezwykłego talentu i wyobraźni, podczas gdy czytanie to umiejętność tak naturalna i oczywista, że aż banalna.
Pisanie nie wymaga większych zdolności niż inne zawody, jak choćby chirurg czy piekarz, a wyobraźnię mamy wszyscy. W przeciwnym razie nie przetrwalibyśmy. Wielkie oszustwo historii literatury polega na tym, że uwierzyliśmy w to, iż pisarz jest ważniejszy od czytelnika.
Tymczasem literaturę definiuje niezwykła anonimowa moc, którą posiadają czytelnicy. To oni decydują, że jakiś pisarz wyrasta na klasyka, a dzieła innego przechodzą bez echa.
Bez czytelników nawet najbardziej niezwykła książka pokryje się kurzem, leżąc przez wieki w kącie biblioteki. I pisarz nie jest w stanie nic z tym zrobić. A najwspanialszymi czytelnikami są tłumacze. Zwykle nie darzy się ich należytym uznaniem, a to przecież dzięki nim tekst staje się widoczny w świecie, a czasami nawet nieśmiertelny. Miliony ludzi nie czytają oryginałów tylko ich tłumaczenia.
Nie mówiąc po polsku, nigdy nie miałbym dostępu do poezji Szymborskiej, a nie znając rosyjskiego, nie poznałbym dzieł Dostojewskiego. To, że dziś czytamy Homera, zawdzięczamy tłumaczom, którzy w każdym pokoleniu dają nam nowe przekłady „Odysei” czy „Iliady”. Bez nich po tych dziełach nie byłoby śladu. Ja też przecież nie mówię po polsku, więc kiedy podoba ci się jakieś zdanie z mojej książki, to dlatego, że tłumacz je trafnie oddał. Tak naprawdę więc,
sięgając po obcojęzyczne książki, czytamy tłumaczy, a nie autorów. Zachowujemy się jednak jakbyśmy ten fakt ignorowali.
Gdy pracował pan w księgarni Pygmalion w Buenos Aires, do której zaglądał Jorge Luis Borges, pewnego dnia zapytał on, czy nie zachciałby pan zostać jego lektorem. Te spotkania przy lekturze miały specyficzną dynamikę, bo Borges nie tylko słuchał, ale też przerywał panu i komentował. Jak wyglądał ten rytuał?
Kiedy Borges stracił wzrok, nie chciał uczyć się alfabetu Braille’a. Prosił więc różne osoby, by mu czytały. Nawet takie, które ledwo znał. To, kim były, nie miało to dla niego znaczenia, bo nie chodziło mu o interpretację. Nie oczekiwał też komentarzy. Chciał tylko tekstu czytanego słowo w słowo. To się sprawdzało u każdego, kto umiał czytać, niezależnie, czy z zawodu był portierem czy taksówkarzem.
W 1964 roku padło na mnie, bo byłem młodym człowiekiem zatrudnionym w anglo-niemieckiej księgarni, mówiłem w obu tych językach, więc mogłem czytać angielskie i niemieckie teksty, które go interesowały. Ale nie narodziła się między nami przyjaźń. Nie zostałem też jego współpracownikiem, jak niedawno napisano w jakiejś gazecie. Nic z tych rzeczy. Byłem po prostu głosem czytającym tekst wybrany przez Borgesa – byłem jego oczami.
Jak przebiegały te spotkania?
To był swego rodzaju rytuał. Rano przychodziłem do pracy w księgarni, po południu szedłem do szkoły, późnym popołudniem wracałem do księgarni, a kiedy się zamykała, około godziny dwudziestej, chodziłem do Borgesa. Drzwi otwierała mi służąca i przez wejście zasłonięte kotarą prowadziła do salonu. Za chwilę pojawiał się Borges, zasiadał na kanapie i bez żadnych wstępów wskazywał książkę na ten wieczór. Sadowiłem się w fotelu naprzeciwko, pod sztychem Giovaniego Battisty Piranesiego i przystępowałem do lektury.
Czytałem Kiplinga, Heinego, Stevensona, ale też wielu innych autorów, o których wcześniej nawet nie słyszałem. Czasami przerywał mi i wtrącał komentarze lub porównania, analizował zabiegi stylistyczne użyte przez autora. Ale swoich słów nie kierował do mnie. Rozmawiał sam ze sobą. Niekiedy dyktował mi uwagi do zapisania na ostatniej stronie czytanej książki.
Pewnego razu zaimprowizował zestawienie słabych fragmentów sławnych pisarzy. Znalazły się tam cytaty z największych: Keatsa, Szekspira, Miltona.
Inspiracje z tych wieczornych lektur czasami można było odnaleźć w jego opowiadaniach. Po dwóch, trzech godzinach przerywał mi i szliśmy na kolację do hotelowej restauracji vis-á-vis jego domu. Potem on pił kawę, a ja wracałem do domu. Następnego dnia sytuacja się powtarzała.
Nie rozmawialiście o lekturach, nie był ciekaw pana opinii?
Skądże, ja byłem nastoletnim chłopcem, a on sławnym pisarzem. To byłoby tak, jakby Einstein konsultował ze mną swoje teorie. Nawet bym nie rozumiał, co do mnie mówi. To, co mówił Borges, co prawda rozumiałem, ale nie miałem wiele do powiedzenia. Czasami odważyłem się coś skomentować, ale tylko po to, żeby podtrzymać rozmowę. Pozaliterackie tematy w naszych relacjach nie istniały. Nigdy mnie nie pytał, czy mam rodzeństwo, gdzie byłem na wakacjach, jak mi idzie w szkole. Nic takiego. Powiedzmy sobie jasno: Borges potrzebował oczu, bo nie miał własnych, żeby przeczytać tekst, który wybrał. Wiele z tych lektur pamiętał dokładnie, strona po stronie. Miał niesamowitą pamięć.
Czy któreś z tych spotkań szczególnie pan zapamiętał?
Wszystkie były podobne i – gdy patrzę z dzisiejszej perspektywy – tak samo niezwykłe, ale wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, choć oczywiście wiedziałem, że jest wybitnym pisarzem, bo uczyliśmy się tego w szkole. Znałem zaledwie kilka jego wierszy i opowiadań. Nie zrobiły zresztą na mnie wrażenia. Byłem nastolatkiem i z arogancją właściwą temu wiekowi czas spędzany na czytaniu dla Borgesa postrzegałem jako swego rodzaju przysługę, jaką wyrządzam staremu człowiekowi. Coś jakbym pomagał niewidomemu przejść przez ulicę.
Moja ciotka, malarka, próbowała mnie przekonać, żebym po każdym spotkaniu notował uwagi pisarza, bo będą miały historyczną wartość. Nigdy tego jednak nie zrobiłem.
Płacił panu za tę przysługę?
To w ogóle nie wchodziło w grę. Borges podzielał zdanie Sokratesa, że za zadania intelektualne nigdy nie powinno się płacić. Przytoczę pewną historię, która znakomicie oddaje jego stosunek do pieniędzy. Wydarzyła się ona później, gdy miałem osiemnaście lat.
Pracowałem wtedy w małym wydawnictwie i wpadłem na pomysł, żeby zrobić serię antologii na określone tematy. Jednym z nich była rycina Albrechta Dürera „Rycerz, śmierć i diabeł”. Poprosiłem kilkunastu pisarzy, żeby napisali inspirowany nią artykuł, prozę, poezję, esej, cokolwiek. Borges przysłał mi dwa sonety. Pamiętam, że kiedy przekazywałem mu skromne honorarium, przyjął pieniądze, ale był zakłopotany. Podobnie sam podchodził do innych twórców.
Gdy wraz ze swoimi przyjaciółmi, wybitnymi pisarzami argentyńskimi Adolfo Bioyem Casaresem i jego żoną Silviną Ocampo, zredagowali słynną „Antologię literatury fantastycznej” [„Antología de la literatura fantástica”, wyd. 1940], nie przejmowali się w ogóle prawami autorskimi. Wydawca książkę opublikował i nie było żadnych protestów. W tamtych czasach nikomu nie przyszłoby do głowy pozywać Borgesa za wykorzystanie w antologii fragmentu czyjejś prozy czy opowiadania. On sam nigdy nie zabiegał o autorskie honoraria. Na utrzymanie zarabiał, pracując i jeżdżąc po świecie z wykładami.
Mimo że w latach siedemdziesiątych XX wieku był już znanym pisarzem, żył skromnie. Gdy kiedyś w Paryżu chciał zaprosić gości na kolację, zadzwonił do swojego wydawcy w Gallimardzie Héctora Bianciottiego z nieśmiałą prośbą o zaliczkę. W ostatnich latach życia przetrwał tylko dzięki wsparciu finansowemu włoskiego wydawcy Franca Marii Ricciego. Dzisiaj zapominamy, że bycie ważnym pisarzem nie oznacza zarabiania kokosów. Miliony euro częściej zarabiają pisarze kompletnie bezużyteczni.

Wysłuchiwał pan komentarzy Borgesa na temat bardzo różnych pisarzy i dzieł. Czy któryś z nich był na tyle zabawny, zjadliwy czy zadziwiający, że pamięta go pan do dzisiaj?
To były głównie komentarze techniczne i wyglądało, jakby rozmawiał sam ze sobą. Gdy czytałem, czasami przerywał, mówiąc na przykład: „Ciekawe. To słowo pojawia się tutaj, ale dwie strony dalej pada w zupełnie innym kontekście. Czytelnik je zapamięta i zrozumie, że ma ono także inne znaczenie”. Interesowała go technologia pisania, warsztat autora, rytm, jaki nadawał zdaniu, inaczej umieszczona sylaba, zmiana czasu gramatycznego. Detale w tym stylu.
Czy miał jakichś ulubionych pisarzy lub ulubioną lekturę?
Miał może dziesięciu, dwudziestu ulubionych pisarzy, ale mógłbym stworzyć długą listę tuzów literatury światowej, których Borges nie lubił.
Kto by się na niej znalazł?
Naprawdę sporo uznanych nazwisk, jak choćby: Stendhal, Gustave Flaubert, Emil Zola, Honoré Balzac, Federico García Lorca czy Benito Pérez Galdós. Za Markiem Twainem powtarzał, że dobrym sposobem na założenie biblioteki jest ignorowanie dzieł Jane Austen.
Co go irytowało w ich twórczości?
Uważał, że pisali źle technicznie. Nie chodziło o tematykę, bo utalentowany pisarz może podjąć każdy temat. Borgesa jednak, jak sam często przyznawał, nie interesowały problemy społeczne, polityczne ani ekonomiczne. Zajmowały go przede wszystkim tematy takie jak przemoc, bitwy, honor czy tajemnicza ingerencja w wydarzenia we wszechświecie, których nie potrafimy wyjaśnić.
Rozmawiamy podczas festiwalu Góry Literatury. W trakcie jednego z paneli znakomity bułgarski pisarz, Georgi Gospodinow powiedział, że marzył o tym, by pana dotknąć, bo to tak, jakby dotykał Borgesa. Co pan poczuł, słysząc takie wyznanie?
Wcale mnie to nie zdziwiło. Sam kiedyś miałem podobne marzenie. Bardzo chciałem poznać i uściskać pewnego francuskiego pisarza, który znał Franza Kafkę.
Pragnienie kontaktu z wielkimi postaciami światowej literatury, choćby przez zapośredniczenie, jest dość powszechne wśród pisarzy.
Uzasadniając swoje marzenie, które właśnie spełnił, Georgi Gospodinow powiedział, że wszystkiego, co umie jako pisarz, nauczył się od babci i od Borgesa. A czego pan nauczył się od tego wielkiego Argentyńczyka?
Od trzeciego roku życia wiedziałem już, że kocham książki. Jako dziecko nie miałem towarzyszy zabaw i w zasadzie żadnych związków z innymi ludźmi. Moje towarzystwo ograniczało się do niani. Wiedziałem jednak, czym są międzyludzkie relacje – przyjaźń, miłość, przygody, a nawet śmierć, bo czytałem o tym w książkach.
Potem, kiedy jako nastolatek musiałem wybierać zawód, postanowiłem zostać pisarzem. To nie było łatwe i wymagało odwagi, żeby stawić czoło oczekiwaniom rodziców.
W ówczesnej Argentynie chłopcy z mojego otoczenia kształcili się na prawników, lekarzy lub inżynierów. Gdy któryś miał duszę artysty, mógł ewentualnie pójść na architekturę, ale pomysł, żeby zostać pisarzem, redaktorem, księgarzem czy bibliotekarzem był absolutnie nie do przyjęcia. Borges dał mi siłę, by się temu przeciwstawić i poświęcić się literaturze.
Przyznaje pan w swoich książkach, że czytanie dla Borgesa zawsze kończyło się tak, iż w myślach przestawiał pan książki w swojej bibliotece. Czy pod wpływem mistrza wypadli z niej jacyś wybitni i znani pisarze?
Nie, nie mam zwyczaju wyrzucania książek. Duża różnica między Borgesem a mną jako czytelnikami polega na tym, że on nie miał fetyszu książek, one nie interesowały go jako przedmiot. Mógł mieć piękne wydanie jakiegoś dzieła, ale gdy spodobało się ono jakiemuś znajomemu, nie miał problemu, by mu je podarować. W domu posiadał zresztą tylko bardzo skromną bibliotekę.
Dla mnie książka jako przedmiot ma ogromne znaczenie, uwielbiam ją dotykać, kartkować i podziwiać. Dlatego zgromadziłem liczący 55 tysięcy pozycji księgozbiór.
Niedawno zresztą przekazałem całą kolekcję Lizbonie. Tylko raz w życiu odstąpiłem od mojej zasady i książka „American Psycho” Breta Eastona Ellisa wylądowała w koszu na śmieci.
Dlaczego akurat ona?
Uznałem, że została napisana przez mężczyznę, który czerpie przyjemność z zadawania fizycznego bólu innym, zwłaszcza kobietom. Są w niej bardzo szczegółowe opisy tego, jak ranić, ciąć i torturować, i co czują ofiary takich aktów. Nie ma na to żadnego uzasadnienia. To po prostu sadystyczny kaprys. Doszedłem do wniosku, że nie chcę mieć w mojej bibliotece tak obscenicznej pozycji, która zaraża i zanieczyszcza cały księgozbiór.
Znane powiedzenie mówi: „Don’t judge a book by its cover” [Nie oceniaj książki po okładce], ale pan bezwstydnie przyznaje, że niejednokrotnie tak właśnie wybiera. Poleca pan ten zwyczaj czy jednak z wiekiem zmienił pan zdanie?
Wybór książki jest jak wybór osoby. Z jakiegoś powodu z jednymi ludźmi ma się ochotę porozmawiać, a z innymi nie.
Dlaczego? Bo podoba się nam ich strój, wyraz twarzy, zachowanie. Tak samo dzieje się z książkami. Są okładki na tyle przyciągające wzrok, że chce się wiedzieć, co się pod nimi kryje. Są tytuły, które robią wrażenie. Na przykład: „Dostojewski czyta Hegla na Syberii i zaczyna płakać”. Właśnie dzięki temu tytułowi odkryłem węgierskiego autora László F. Foldenyía, jednego z największych eseistów XXI wieku.
Jako kilkulatek wierzył pan, że tak jak bohaterowie powieści otrzyma pan kiedyś szansę, żeby wypowiedzieć trzy życzenia do spełnienia. Pamięta pan, o czym wtedy marzył?
Niestety zapomniałem, ale pamiętam, że wierzyłem w magię i przez całe dzieciństwo byłem pewien, że dostaną mi się kiedyś takie trzy życzenia. Zawsze więc miałem na podorędziu trzy prośby do złotej rybki.
Jak brzmiałyby one dzisiaj?
Cóż, poprosiłbym, aby ludzie przyjęli w końcu do wiadomości ostrzeżenia naukowców i przestali niszczyć świat. To najbardziej oczywiste, co przychodzi mi do głowy, ale wiem też, że to życzenie jest niemożliwe do spełnienia.
A gdyby mógł pan poprosić o coś bardziej osobistego?
Osobiście niczego nie potrzebuję. Jestem zadowolony z życia i bardzo za nie wdzięczny.
Kończę już ostatni rozdział mojego życia i z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć: to była fantastyczna lektura.
Książki:
Alberto Manguel, „Historia czytania”, tłum. Hanna Jankowska, PIW, Warszawa 2023.
Alberto Manguel, „Pożegnanie z biblioteką. Elegia z dziesięciorgiem napomknień”, tłum. Michał Tabaczyński, wyd. Drzazgi, Warszawa 2022.
