Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Niemcy] Stalin wpada...

[Niemcy] Stalin wpada na Hitlera. W parku

Rafał Woś

Jest początek stycznia roku 1913. Na wiedeński Nordbahnhof wjeżdża zaśnieżony pociąg z Krakowa. Wysiada z niego 34-latek z krzaczastym wąsem, spod którego widać ślady przebytej ospy.

Ze swoim wypchanym kufrem i zniszczonymi butami wygląda jak wieśniak, który wybrał się pierwszy raz do wielkomiejskiej stolicy. W jego paszporcie widnieje nazwisko Stavros Papadopoulos. Ale to nie jest jego prawdziwa tożsamość. Naprawdę mężczyzna jest Gruzinem, nazywa się Józef Wissarionowicz Dżugaszwili i jest rosyjskim rewolucjonistą. Jego mentor, Włodzimierz Lenin, wysłał go kilka dni temu do Wiednia. Dżugaszwili (jeszcze nie Stalin) ma tam nawiązać i odświeżyć kilka kontaktów dla zbudowanej przez Lenina siatki wywrotowców (jeszcze nie bolszewików). Gruzin jedzie na Schonbruńską Schlossstrasse i dzwoni do drzwi, na których widnieje nazwisko „Trojanowski”. Tam spędzi najbliższych kilka tygodni.

Tak wygląda jeden z pierwszych obrazków przywołanych przez niemieckiego dziennikarza i pisarza Floriana Illiesa. Książka, z której pochodzą nosi tytuł „1913”, ukazała się właśnie na niemieckim rynku i jest na najlepszej drodze do tego, by stać się tegorocznym bestsellerem. Urodzony w 1971 roku Illies ma zresztą do pisania bestsellerów spory talent. Jego pierwsza książka „Generacja Golfa” (2000) z miejsca została okrzyknięta pokoleniowym manifestem. Ówcześni niemieccy trzydziestolatkowie dostrzegli w niej najtrafniejszy ze wszystkich dotychczasowych opisów swojej generacji. Illies (wtedy dziennikarz konserwatywnego dziennika FAZ) pisał w niej o pokoleniu egoistów, którzy są uzależnieni od markowych ciuchów i wygodnego życia. Nie odróżniają CDU od SPD. Bardziej niż polityka liczy się dla nich, czy jeżdżą Mercedesem, czy raczej Volkswagenem Golfem. Krytyka trochę podobna do obecnych polskich sporów o to, kto jest, a kto nie jest lemingiem. Tyle, że dużo lotniejsza i zabawniejsza.

Potem Illies pisał jeszcze sporo, ale dopiero „1913” przebił się do powszechnej świadomości. Autor w międzyczasie przestał być dziennikarzem. Założył agencję handlu sztuką. Jego książka sama jest trochę takim działem sztuki. Wielkim freskiem historycznym poświęconym dwunastu miesiącom 1913 roku. Roku, który nie zapisał się w historii w żaden szczególny sposób. Inaczej niż np. 1914 albo 1905. Ale to jest właśnie w tym wszystkim najciekawsze. Bo „1913” to ostatni rok pokoju przed wielką wojną. Wojną, która zakończy się formalnie po czterech latach, ale nosić będzie już w sobie zarzewie następnego konfliktu z lat 1939-1945. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że rok 1913 to ostatni moment sprzed wielkiej katastrofy po której nic – ani polityka, ani granice, ani społeczeństwa – nie będzie już w Europie takie samo. Illies uchwycił ten rok w formie obrazków. Dzięki nim możemy na chwilę cofnąć się w czasie.

Jego bohaterami są znane postacie. Widzimy więc znajdującego się u szczytu sławy Zygmunta Freuda, który w swoim wiedeńskim mieszkaniu przy Berggasse 19 pisze „Totem i Tabu”. Widzimy jego słynną kozetkę. W tym samym czasie Tomasz Mann wsiada w pociąg relacji Monachium-Berlin i melduje się w hotelu Adlon, najlepszym adresie w mieście, tuż obok Bramy Brandenburskiej. Przyjechał na premierę swojej najnowszej sztuki „Fiorenza”, ale jest pełen złych przeczuć. W głębi duszy wie, że sztuka jest słaba. Najchętniej poświęciłby się już realizowaniu następnego literackiego pomysłu, który przyszedł mu do głowy, gdy odwiedzał niedawno kurującą się w szwajcarskim Davos żonę Katję. Premiera „Fiorenzy” okazuje się klapą. Głównie za sprawą niejakiego Alfreda Kerra, najważniejszego ówczesnego niemieckiego krytyka, który Manna nienawidzi. Dlaczego? Rozwiązanie tej tajemnicy znaleźć można u Illiesa.

Na kartach książki mnożą się podobne historie. Jest Robert Musil, Gottfried Benn. Jest Else Lasker-Schuler, Kafka, Picasso, malarze z grupy artystycznej „Brucke” (Kandinsky, Schmit-Rotfluff) itd. No i dochodzi do pewnego spotkania. Podczas tych kilkunastu styczniowych i lutowych dni młody Stalin często spaceruje w pięknym wiedeńskim parku Schönbrunn. Wiemy też, że to samo miejsce upodobał sobie na spacery pewien malarz, którego nie przyjęto do Akademii Sztuk Pięknych. Całymi dniami albo przesiaduje w swoim pokoju w domu dla samotnych mężczyzn na Meldemannstrasse 27, albo chodzi do rzeczonego parku. Mężczyzna ma 24 lata i nazywa się Adolf Hitler. Wiedeń 1913 roku to jedyny moment, kiedy obaj panowie, którzy wkrótce zmienią bieg historii, mogli się spotkać. Oficjalnie nie doszło do tego nigdy. Nawet pakt niemiecko-radziecki w 1939 roku podpisywali za nich Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow. Spotykają się tylko u Illiesa.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 222

(14/2013)
11 kwietnia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj