Wszyscy uczestnicy ostatniej fazy eskalacji konfliktu izraelsko-irańskiego postępują racjonalnie, bo zgodnie ze swoimi interesami. Zarazem kontynuacja tych działań grozi powrotem do otwartej wojny, co uniemożliwiłoby realizację owych interesów.
Obecna eskalacja zaczęła się, gdy Hezbollah odrzucił wynegocjowany przez Stany Zjednoczone rozejm, który rząd libański zdążył już zaakceptować. Porozumienie zakładało całkowite opuszczenie przez szyicką organizację okupowanych obecnie przez Izrael terytoriów między rzeką Litani a granicą z Izraelem, a następnie przejęcie niektórych z nich przez armię libańską.
Jeśli Libańczycy udowodnią, że są w stanie zapobiec powrotowi Hezbollahu i przystąpią do jego rozbrojenia, Izraelczycy stopniowo wycofają swe wojska w całości, a oba kraje przystąpią do negocjacje nad traktatem pokojowym. Kiedy zaś Hezbollah odrzucił porozumienie, rząd izraelski, któremu też trudno byłoby je zaakceptować, z ulgą wstrzymał się od zajmowania w jego sprawie stanowiska.
Kto jest prawdziwym wrogiem
Na pozór trudno zrozumieć sprzeciw Hezbollahu. Wszak opuszczenie przezeń obszarów na południe od Litani przewidywała już zaakceptowana przezeń rezolucja 1701 Rady Bezpieczeństwa sprzed dwudziestu lat, kładąca kres poprzedniej wojnie, zaś rozbrojenia organizacji już wcześniej zażądał libański rząd, który Hezbollah uznaje.
W pełnej oburzenia deklaracji rząd libański oskarżył Iran, patrona Hezbollahu, o prowokowanie wojny i igranie z losem kraju. Teheran – którego ambasador nadal przebywa w Bejrucie, choć uznany został przez rząd za persona non grata – poradził Bejrutowi, by skupił się na rzeczywistym wrogu, Izraelu.
Formalnie wynegocjowane w kwietniu w Pakistanie amerykańsko-irańskie zawieszenie broni obowiązuje także w Libanie, ale obie strony, czyli Izrael i Hezbollah, systematycznie je naruszały. Żadna z nich, podobnie zresztą jak rząd libański, nie uczestniczyła w pakistańskich negocjacjach, i każda uważała, że były sprzeczne z jej interesem. Hezbollah toczy wojnę z Izraelem od 8 października 2023 roku, kiedy zaatakował, by poprzeć Hamas – i w wojnie tej poniósł spektakularne klęski, a opinia libańska zwróciła się przeciwko niemu. Ostatnio jednak, dzięki masowemu wykorzystaniu dronów-samobójców sterowanych światłowodem, zdołał zadać wojskom izraelskim poważne straty oraz wznowił ostrzał osad na północy Izraela.
Armia izraelska, bezmyślnie wzgardziwszy ofertą pomocy ze strony Ukrainy, wielce doświadczonej w operacjach antydronowych, nie umie sobie z nową bronią Hezbollahu poradzić, i szyiccy terroryści pragnęli wykorzystać do końca tę przewagę. Zarazem postulat rozbrojenia pozostaje dla nich nie do przyjęcia, bo oznaczałby kres ich dominacji w Libanie.
Izrael dawno stracił wiarę w trwały rozejm z Hezbollahem, dążącym jak Hamas, z którym jest sprzymierzony, do jego zniszczenia, i uznał, że jedynym rozwiązaniem jest zniszczenie Hezbollahu. Stanowisko to, w świetle doświadczeń ostatnich lat, jest o tyle zrozumiałe, co niemożliwe do zrealizowania, co pokazały losy wojny w Gazie, gdzie Izraelowi nie udało się pokonać Hamasu, znacznie słabszego od Hezbollahu.
Trump i Netanjahu chcą unikać wyborczych klęsk
Co więcej, powstanie w Bejrucie rządu wrogiego Hezbollahowi, i polityczne osłabienie Teheranu, patrona szyitów, uwiarygodniało perspektywę politycznej izolacji przeciwnika, przy wsparciu różnych partnerów. Do ich grona należą USA, dążące do zakończenia wojny z Iranem, Francja, zainteresowana we wzmocnieniu rządu w Bejrucie, i Syria, rządzona dziś przez ludzi, dla których Hezbollah był, podczas syryjskiej wojny domowej, śmiertelnym wrogiem. Ale przyjęcie perspektywy politycznej oznaczać by musiało wyrzeczenie się nadziei na zwycięstwo militarne – na które bardzo liczy doświadczona przez wojnę ludność północy Izraela. W obliczu zbliżających się za kilka miesięcy wyborów, premier Benjamin Netanjahu nie może jej rozczarować. Liczyć się będzie każdy głos, a klęska obecnej koalicji i tak wydaje się nieuchronna.
Stąd nasilenie ataków Hezbollahu i eskalacja izraelskich na nie odpowiedzi, z bombardowaniem sztabu organizacji w Dahiyeh na południu Bejrutu włącznie. To wzbudziło wściekłość prezydenta Donalda Trumpa, który też ma jesienią wybory – uzupełniające do Kongresu – i musi pokazać w nich amerykańskim wyborcom jakiś sukces, by ograniczyć skalę spodziewanej porażki.
Skoro obiecywanego przez Netanjahu zwycięstwa nad Iranem nie będzie, to przynajmniej trzeba zakończyć niepopularną wojnę – ale Iran żąda, by rozejm obejmował także Liban. Stąd słynna rozmowa telefoniczna sprzed tygodnia, po atakach na Bejrut, w której Trump wrzeszczał na Netanjahu: „Czy cię pojebało? Wszyscy cię nienawidzą! Wszyscy nienawidzą Izraela!”. Netanjahu obiecał wstrzymać dalsze ataki, ale Hezbollah, trafnie wyczuwając słabość przeciwnika, i zapewne zachęcony przez Teheran (Trump powtarza, że „w Libanie Netanjahu zrobi to, co ja mu każę”) swoje ataki zintensyfikował.
Brak reakcji na te ataki byłby dla Izraela nie do przyjęcia militarnie, a dla Netanjahu także politycznie. Dlatego, wbrew obietnicy danej Trumpowi, ale powiadomiwszy go z wyprzedzeniem, nakazał ponowny nalot na Dahiyeh. Znaczenie militarne tych ataków jest głównie symboliczne – Hezbollah dawno ewakuował z dzielnicy większość swych struktur i ludzi – ale jest to potężny symbol militarnej dominacji Izraela. Teheran nie mógł nie odpowiedzieć na ciosy spadające na wasala, i odpalił dziesięć rakiet na północ Izraela, po raz pierwszy od zawartego w kwietniu rozejmu. Rakiety, wykryte zawczasu przez izraelską obronę, zostały strącone i nie zabiły nikogo – symboliczna demonstracja w odpowiedzi na demonstrację symboliczną. Do tego doszło odpalenie przez Hutich rakiety z Jemenu na Izrael, także po raz pierwszy od rozejmu i także zestrzelonej.
Interesy Izraela i USA się rozchodzą
„Powiem Bibiemu, żeby nie reagował. Każdy z nich już miał swoją frajdę. Izrael uderzył i Iran uderzył. Nowego uderzenia nie potrzebujemy”, oznajmił Trump. Pomijając szokującą formę tej wypowiedzi, wyrażała ona podstawową rozbieżność interesów obu sojuszników, którzy sto dni wcześniej wspólnie uderzyli na Iran. Trump rozpaczliwie potrzebuje zakończenia wojny, a nie kolejnych uderzeń. Netanjahu nie tylko nie mógł nie odpowiedzieć na irański nalot, podobnie jak nie mógł nie reagować na ataki Hezbollahu, ale ma powody, by się obawiać warunkach, na jakich Amerykanie mogą zawrzeć z Iranem pokój.
Nie tylko żaden z deklarowanych celów wojny nie zostanie wszak osiągnięty: nie będzie ani obalenia reżimu, ani likwidacji programu atomowego, programu rakietowego czy wsparcia dla regionalnych terrorystycznych wasali, ale Iran zapewne wyjdzie wzmocniony, ze zniesionymi, przynajmniej częściowo, sankcjami, i zachowaną, przynajmniej częściowo, kontrolą nad cieśniną Ormuz. Zaś rozciągnięcie rozejmu także na Liban zniesie jedyne narzędzie presji na Hezbollah, co będzie fatalną wiadomością także dla libańskiego rządu.
Stąd Izrael nie mógł nie odpowiedzieć na irański atak. W odpowiedzi na izraelskie naloty Iran odpalił kolejną salwę rakiet. Ponownie udało się je zestrzelić i w odpowiedzi Izraelczycy przeprowadzili kolejne naloty. Ta wzajemna eskalacja będzie trwała, aż oba kraje uznają, że w wystarczającym stopniu przywróciły swą zdolność odstraszania przeciwnika.
Trump nie potrafi zastraszyć wroga ani kontrolować sojusznika
Tyle tylko, że ta wymiana ciosów odbywa się nie tylko bez USA, ale wbrew USA, które udowodniły, że nie tylko nie są w stanie zastraszyć swojego wroga, ale nawet nie umieją kontrolować sojusznika. Szansa na porozumienie z Iranem znów się oddaliła i ceny ropy skoczyły. Wiemy już z poprzednich rund, że Iran może znieść konsekwencje tego stanu rzeczy lepiej niż USA.
Trump może jeszcze wpisać sobie to do rosnącego bilansu strat. „Wszystko mi jedno, czy będzie pokój” oznajmił dwa tygodnie temu, a ostatnio dodał, że „nigdy nie obiecywałem, że nie będzie nowych wojen”. To pierwsze jest zapewne nieprawdą psychologiczną, to drugie – faktograficzną. Ale może też wykonać jedną ze spektakularnych wolt, do których nas już przyzwyczaił, i skorzystać z okazji, by zdystansować się od Netanjahu.
Mógłby potępić go za bezzasadną eskalację, sabotowanie porozumienia pokojowego i szkodzenie interesom amerykańskim. Taka wolta wpisałaby się w rosnące w USA, nawet wśród republikanów, antyizraelskie nastroje: trzy piąte Amerykanów ma dziś negatywny stosunek do Izraela.
Mało tego – nawet winę za nieuchronnie złe porozumienie pokojowe, kiedy zostanie ono osiągnięte, także będzie można na Netanjahu zrzucić. Tego rodzaju wolta pozwoliłaby Trumpowi uwolnić się na arenie międzynarodowej od coraz bardziej kłopotliwego sojusznika. I to uwolnić się trwale, bo zapewne gwarantowałaby ona jego klęskę w izraelskich wyborach.
Pogrążeni w logice eskalacji
Takie porzucenie sojusznika byłoby oczywiście wydarzeniem spektakularnym – lecz nie bardziej niż wolty Trumpa wobec NATO, UE czy Ukrainy, nie mówiąc już o zdumiewającym nagłym zakochaniu się i równie raptownym odkochaniu w Kim Dzong-Unie czy trwającym chyba nadal romansie z Putinem. Trump ostrzegł Izrael, że może pozostać sam – ale zanim zdołał podjąć decyzję, Iran nieoczekiwanie mrugnął pierwszy i zapowiedział, że dalszych ataków na Izrael nie będzie, o ile Izrael powstrzyma ataki w Libanie. Izrael warunek ten odrzucił, ale zapowiedział w odpowiedzi wstrzymanie nalotów na Iran. Na dłuższą metę jednak wspólnej presji Teheranu i Waszyngtonu Netanjahu zapewne nie wytrzyma – i sytuacja wróci do punktu wyjścia.
Tyle tylko, że przedstawiona powyżej hipotetyczna Trumpowska krytyka Netanjahu byłaby w pełni uprawniona, gdyby nie fakt, że eskalacja była jednak zasadna, a cała reszta była jej nieuchronną konsekwencją. Zaś samą eskalację można jedynie, jeśli się ją odrzuci nie tylko jako reakcję taktyczną, na określoną prowokację, lecz mocniej – jako zasadę strategiczną. Jeśli się przyjmie, że odpowiedź militarna na militarne zagrożenie nieuchronnie stanowi część problemu, nie rozwiązania, i że należy zawsze dążyć do rozwiązań politycznych, które podjęcie działań militarnych zawsze sabotuje – nawet jeśli działania te są skuteczne. Co dopiero, gdy jest inaczej, i presja na to, by wobec niepowodzenia użycia siły użyć więcej siły, staje się nieodparta. Zaś powyżej pewnej ilości przelanej krwi samo mówienie o rozwiązaniu politycznym zakrawa w opinii wielu o zdradę.
Rzecz w tym, że dokładnie tak samo to działa po przeciwnej stronie linii frontu. Logika przemocy wydaje się tak samo moralnie uzasadniona i racjonalnie przekonująca. I napędza odwoływanie się przez przeciwnika do tej samej logiki. Aż do ostatecznego, w pełni przewidywalnego i krwawego końca.