Brytyjski tygodnik „The Economist”, pozostający wciąż poczytnym, wpływowym i szanowanym tytułem medialnym, wkroczył w najnowszym numerze na terytorium politycznych opinii. I zajął stanowisko w coraz gorętszej debacie na temat ideologicznych wektorów najmłodszych wyborców.
Samo zajęcie się tym tematem należy uznać za krok w dobrą stronę i dowód redaktorskiego wyczucia. Wszak rzeczywiście bulgoczące, politycznie jeszcze kształtujące się pokolenia Z i alfa są bardzo ciekawym, wdzięcznym materiałem do analizy dziennikarskiej. Badań nad tą grupą przeprowadzono już sporo, często ze sprzecznymi wynikami – co jednak wcale nie musi oznaczać błędów metodologicznych. Wręcz przeciwnie – pokazuje to, co chyba jest jedyną prawdą odnośnie dzisiejszych późnych nasto- i dwudziestolatków. Są pokoleniową magmą, płynącą w kilku kierunkach jednocześnie, gotową zastygnąć wokół tego polityka, który okaże się najbardziej responsywny wobec ich własnych dylematów. Pod tym względem nie różnią się więc od żadnej innej grupy wiekowej w elektoracie.
Nowością jednak jest radykalne niezrozumienie tychże dylematów przez starsze pokolenia.
I ten dystans jest akurat tak ogromny, że ciężko sobie wyobrazić większą przepaść w demokratycznej historii zachodnich społeczeństw.
Nawet rodzice, którzy przetrwali drugą wojnę światową, okazywali się ostatecznie bliżsi ideologicznie swoim dzieciom z pokolenia kontrkultury lat sześćdziesiątych. Również dlatego, że i jedni, i drudzy mieścili się w konsensusie demokratycznym, żyli w dobrze funkcjonującym państwie i przede wszystkim niemal w uniwersalnym zakresie korzystali z powojennego wzrostu gospodarczego. Dodając do tego relatywnie stabilną sytuację demograficzną, brak bezpośredniego zagrożenia konfliktem zbrojnym i, z dzisiejszego punktu widzenia, całkiem powolne zmiany technologiczne, tamten konflikt pokoleniowy był zwykłą sprzeczką, porównując go z sytuacją dzisiejszych społeczeństw.
Socjaliści?
I właśnie dowód tego niezrozumienia daje „The Economist”, publikując na temat młodych skręcających rzekomo w stronę socjalizmu wyborców tekst tak płytki, że aż zakrawający na śmieszność. Jego tezą jest stwierdzenie, że grupa ta porzuciła jakąkolwiek walkę o dobro wspólne, czego przykładem w poprzednich latach były ruchy klimatyczne i protesty w sprawie wojny w Gazie, na rzecz zindywidualizowanych postulatów roszczeniowych.
Redakcja stwierdza wręcz, że młodzi „chcą dzisiaj po prostu darmowych pieniędzy od miliarderów”.
A ilustracją tej tezy jest oczywiście nie kto inny jak ulubiony strach na wróble neoliberałów, czyli nowy burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani.
Nad tanim populizmem takiej właśnie retoryczno-wizualnej kompozycji nie ma sensu się nawet pochylać, bo jest to zwyczajna strata czasu. Natomiast sama teza wymaga analizy i silnej kontry, bo jest niestety dowodem na to, że elity czasów minionych będą bronić swoich pozycji politycznych nawet wtedy, kiedy będzie to moralnie niewłaściwe oraz intelektualnie płytkie.
A to problem, bo im bardziej młodzi będą czuli się niewysłuchani, tym bardziej będą odsuwać się od polityki wyborczej w stronę autorytaryzmu. Jeśli stare centrum się nie ruszy na milimetr, młodzież się zradykalizuje – bo po co miałaby tkwić, a nawet bronić ustroju, w którym jest całkowicie niewidoczna?
Owszem, w Stanach Zjednoczonych rośnie liczba młodych ludzi, którzy deklarują poparcie dla socjalistycznej doktryny gospodarczej. Jak przypomniał niedawno na łamach „New York Timesa” David Wallace-Wells, w grupie wiekowej 18–29 lat odsetek ten wynosi już 29 procent, przy jedynie 33 procent popierających kapitalizm. Dla badania socjologicznego w tak dużym społeczeństwie różnica 4 punktów procentowych to właściwie błąd statystyczny, można więc uznać, że poparcie dzieli się po równo. Dla wielu komentatorów to dowód na wspomnianą przez „The Economist” roszczeniowość – wszak każda forma uspołecznienia środków produkcji i redystrybucji majątku w dół, a nie w górę stratyfikacji społecznej zwiastuje nieuchronne nadejście bolszewii. Problem w tym, że czytanie takich badań należy prowadzić zupełnie inaczej.
A może chodzi o kapitalizm?
Młodzi ludzie w USA, Wielkiej Brytanii czy innych krajach Zachodu niekoniecznie mają pojęcie o tym, czym jest socjalizm w praktyce. Zresztą pytania sondażowe tego nie definiują, nie wiadomo więc, co ta grupa wiekowa ma na myśli, wskazując taką właśnie odpowiedź. Doskonale zna natomiast kapitalizm, zwłaszcza ten późny, skarłowaciały, niemający nic wspólnego z wolnorynkową konkurencją i mobilnością społeczną.
I coraz więcej młodych ludzi ten właśnie system odrzuca – bo nie jest w stanie w nim funkcjonować.
Zamiast więc przypisywania im intencji zamiany demokratycznych gospodarek wolnorynkowych w komunistyczny totalitaryzm, trzeba po prostu zauważyć, czego na pewno nie chcą.
Rosnące poparcie dla socjalizmu nie jest wyznaniem aprobaty dla centralnego planowania w gospodarce. Jest raczej odrzuceniem feudalnych struktur kumulujących kapitał w kilku wyspach dobrobytu, które dosłownie otacza ocean pustki.
Dobitnie widać to właśnie w USA, ale coraz bardziej też w innych krajach – nawet w Polsce. Szczątki mobilności społecznej, miejsc pracy na początkowym etapie karier, a także dostępu do usług publicznych można znaleźć coraz częściej tylko w dużych miastach, które niestety stają się coraz droższe, jeśli chodzi o warunki do życia. Wieś i prowincja się wyludniają, przemysł do nich nie wróci, a wiecznie szukające oszczędności państwo z tych obszarów się wycofuje.
W dodatku, jak niedawno trafnie zauważył w rozmowie z Ezrą Kleinem z „New York Timesa” Ian Bremmer, szef firmy analitycznej Eurasia Group, nowi patroni największych gospodarek nie inwestują w społeczności, które mają konsumować ich produkty. Także dlatego, że zarabiają nie na tradycyjnej konsumpcji, a na zarządzaniu uwagą.
Elon Musk nie ma potrzeby fundować bibliotek, stawiać szpitali czy budować osiedli dla swoich pracowników. Jego wkład w życie społeczne jest całkowicie negatywny, choć jednocześnie ogromny. Przejmując X/Twittera, trwale zmienił postrzeganie rzeczywistości przez użytkowników tej platformy. Jej algorytm premiuje treści stricte negatywne, w dodatku istnieje w rzeczywistości zapożyczonej, nieopartej na faktach materialnych. W związku z tym, nawet jeśli w kraju żyłoby się coraz lepiej – internauci by tego nie zauważyli, bo platformy sugerują, że może być tylko gorzej.
Młodzi ludzie, dla których rzeczywistość internetowa jest pierwotna wobec tej analogowej, żyją więc w poczuciu całkowitego osamotnienia i odrzucenia. W małych miastach żyją jak na pustyni, na duże ich nie stać. Nawet jeśli – co pokazały ostatnie dane opublikowane przez „Financial Times” – chcą mieć dzieci, a chcą ich mieć często kilkoro, nie decydują się na nie ze względów materialnych i lęku o przyszłość.
A kiedy przychodzą wybory, nawet przy wysokiej mobilizacji, odczuwają wyłącznie rozczarowanie. Nie jest przypadkiem to, że kandydaci popierani przez najmłodszych przepadają w starciach z głównym nurtem – młodych wyborców jest zwyczajnie liczbowo za mało, żeby zrobili różnicę w wyniku końcowym. Starzenie się społeczeństwa wymusza reorientację priorytetów polityki i skoncentrowanie się na postulatach tej grupy. Skoro we Francji więcej jest emerytów niż osiemnastolatków, naturalne jest, że blokowanie podniesienia wieku emerytalnego będzie dawać większe paliwo polityczne niż temat budownictwa mieszkalnego.
Wbrew temu, co pisze „The Economist”, młodzi wyborcy nie są pokoleniem „najpierw ja” [me-first], bo są roszczeniowi.
Stawiają siebie na pierwszym miejscu, bo dosłownie walczą o przetrwanie, a w świecie będącym na kacu po neoliberalizmie nie są już otoczeni jakąkolwiek wspólnotą, która mogłaby ich wesprzeć. Brak wspólnoty i wspólnych przestrzeni czy środków wyrazu jako główną chorobę demokratycznego kapitalizmu w swojej książce zdiagnozował już jakiś czas temu Martin Wolf z „The Financial Times”.
Dlatego też młodzi wyborcy głosują często na kandydatów radykalnych – bo ci nie opowiadają właśnie o ideologii, tylko o strategiach przetrwania. W rezultacie obserwujemy wielu „skoczków”, którzy przechodzą od radykalnej lewicy do prawicy i z powrotem, jak w polskich wyborach parlamentarnych i prezydenckich.
Nie robią tego, bo są głupi, leniwi czy roszczeniowi. Oni chcą godnego życia, na które w późnym kapitalizmie nie ma już coraz częściej szans. Może o tym kiedyś „The Economist” zrobiłby tekst okładkowy?