Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > JASINA: Zło jest...

JASINA: Zło jest piękne. O serialu „House of Cards”

Łukasz Jasina 

Zło jest piękne. O serialu „House of Cards” 

Serial „House of Cards” stał się zjawiskiem i – kto wie? – znakiem nowych czasów nim ktokolwiek, obejrzawszy choćby pierwszy epizod, przystąpił do jego analizy. Trzynaście odcinków pierwszego sezonu pojawiło się jednocześnie tego samego dnia: 1 lutego 2013 roku, tylko i wyłącznie w sieci, za pośrednictwem portalu Netflix – niegdyś firmy zajmującej się wysyłkowym wypożyczaniem płyt DVD na rynku amerykańskim i kanadyjskim, a dziś gigantycznego konglomeratu filmów i seriali on-line, sprzężonego z sieciami kablowymi i innymi portalami internetowymi. Serial został przez rzeczony Netflix wyprodukowany i tylko tam będzie wyświetlany. Po raz pierwszy w historii tak wielkich i wysokobudżetowych produkcji całkowicie pominięto dotychczasowe kanały dystrybucyjne.

W Polsce oglądanie „House of Cards” okazało się fenomenem pirackiego „coming outu”. Z Netflixa można korzystać jedynie w USA i Kanadzie, zatem każdy polski widz musiał oglądać ten serial nielegalnie, po ściągnięciu z pirackiego serwisu. Pomimo tego na blogach, a także głównych stronach absolutnie oficjalnych portali takich jak Gazeta.pl zaroiło się od artykułów chwalących dzieło i pisanych przez ludzi, którzy nigdy – albo przynajmniej w ostatnich tygodniach – nie zagościli w Ameryce. O ile w Stanach Zjednoczonych oglądanie „House of Cards” stało się symbolem korzystania z nowych mediów, o tyle w Polsce – raczej niezamierzonym sprzeciwem wobec systemu.

Cała ta formalno-efekciarska otoczka to jednak niewiele w porównaniu z meritum serialu. „House of Cards” wydaje się bowiem jednym z najciekawszych filmów o współczesnych Stanach Zjednoczonych, tamtejszym życiu politycznym i czymś, co niegdysiejsi krytycy zwali „kondycją osoby ludzkiej”. Co więcej, ukazujących te problemy w wyjątkowo atrakcyjny, seksowny sposób.

Underwood – charyzma i władza

Głównym bohaterem a jednocześnie narratorem „House of Cards” jest Francis (Frank) J. Underwood (w tej roli Kevin Spacey) – whip demokratycznej większości parlamentarnej w Izbie Reprezentantów (czyli ktoś w rodzaju naszego przewodniczącego klubu parlamentarnego, ale ze znacznie większą władzą). Choć odegrał kluczową rolę w kampanii wyborczej nowego prezydenta, został przez niego pominięty przy nominacji na upragnione stanowisko sekretarza stanu. Powody były dość utylitarne – nowej głowie państwa potrzebny był charyzmatyczny przywódca zdolny do przeprowadzenia ustaw. Prezydent nie docenił jednak ambicji Underwooda, jego zdolności do mimikry oraz tego, że urażona godność jest znakomitym paliwem do działania i zemsty. Dzięki sprawnej manipulacji jednostkami słabszymi intelektualnie, rozgrywaniu ludzkich namiętności, romansowi z dziennikarką i wykorzystaniu mediów, a przede wszystkim wspomnianej genialnej mimikrze – powoli realizuje swoje cele, zbliżając się do objęcia stanowiska wiceprezydenta.

Waszyngton z „House of Cards” to zimne i niebezpieczne miejsce, w którym nie obowiązują zasady moralne. Jako siedziba władzy nad światowym mocarstwem przyciąga ludzi silnych i bezwzględnych, takich jak Underwood. „Robiona” przez nich i zilustrowana przez twórców serialu polityka nie służy celom wielkim. Patetyczne przemówienia są wygłaszane tylko na użytek otumanionych wyborców. Jeśli ktoś naprawdę wierzy w możliwość zmiany, służbę społeczeństwu i deklarowane wartości – przegrywa jak kongresman Russo, którego losy są swoistym memento pierwszego sezonu. Prawdziwym celem inteligentnych ludzi z Kapitolu jest sama władza i jej utrzymanie.

Frank Underwood nie ma dylematów (to znaczy, przydarzają mu się, ale sporadycznie i nie mają żadnego wpływu na jego działanie). Do celu prowadzi go żądza wydobycia się z dołów na wyżyny. On – potomek zdegenerowanej rodziny z amerykańskiego Południa, typowego white trash – pnie się powoli i systematycznie. Jeśli jego marzenie (a jest nim objęcie stanowiska prezydenta Stanów Zjednoczonych) wymaga kłamstwa – będzie kłamał. Jeśli trzeba kogoś zabić lub zniszczyć – nie ma problemu, zrobi się i to.

Kolonia i Metropolia

Jak wiele innych amerykańskich produkcji telewizyjnych, „House of Cards” to remake serialu brytyjskiego. Jego pierwowzór (telewizyjny, gdyż chwilę wcześniej była jeszcze książka Michaela Dobbsa, nakręcony pod tym samym tytułem przez Paula Seeda w 1990 roku), różni się jednak od niego nie tylko realiami. Tamto „House of Cards” i dwie krótkie serie stanowiące jego kontynuację były filmami niskobudżetowymi, w których epicki rozmach zastąpiony został przez liczne odwołania do literatury. Francis Urquhart, premier nie cofający się przed popełnieniem żadnej zbrodni, stawał się wręcz reinkarnacją szekspirowskiego Ryszarda III – kimś z pozoru dobrym i ludzkim, a jednocześnie zbrodniczym i dążącym do zdobycia i utrzymania władzy za wszelką cenę.

Frank Underwood wywodzi się nie z brytyjskiej klasy wyższej, ale z nizin społecznych amerykańskiego Południa. Można jednak znaleźć analogię między nim a bohaterami szekspirowskimi – choćby ze wspomnianym wyżej monarchą (z jego mozolnego zdobywania władzy i zachowania pozorów zarówno Brytyjczyk Urquhart, jak i Amerykanin Underwood mają najwięcej). Waszyngton i amerykańskie tradycje polityczne są w dużej mierze kontynuacją tego, co dzieje się w Westminsterze. Obaj serialowi politycy to przedstawiciele tej samej tradycji: gry pozorów, łatwości w obcowaniu ze śmiercią, umiejętności przesuwania granic ponad rzekomo obowiązujące normy społeczne. Obydwu łączy również chęć zdobycia władzy bez względu na wszystko.

„House of Cards” wpisuje też jednak w tradycję mówienia o polityce, która ukształtowała się za oceanem. Miłośnikowi amerykańskiej telewizji od razu przypominają się też inne seriale – takie jak wyprodukowany przez Aarona Sorkina „Prezydencki poker” (1999–2005) czy „Waszyngton za zamkniętymi drzwiami” Davida W. Rintelsa (1977) z legendarnymi rolami Stephanie Powers i Jasona Robardsa. Szukanie analogii pomiędzy nimi a „House of Cards” jest jednak nieco ryzykowne. Tam skupiano się przede wszystkim na ukazywaniu mechanizmów systemu politycznego: partyjnego i państwowego. Dla autorów „House of Cards” ważniejsza od perfekcyjnej eksplikacji działania systemu jest natomiast refleksja nad ludzką naturą. Do tej pory najlepiej robił to Frank Capra – choćby w filmie „Pan Smith jedzie do Waszyngtonu” (1939). U niego też techniczne szczegóły pracy kongresmenów i senatorów nikły w konfrontacji z dyskusją na temat dobra i zła. Niemniej dobro zawsze u niego wygrywało. Również we wspominanych serialach prezydentom i innym liderom chodziło o coś więcej niżli tylko o utrzymanie władzy. Dziś po sześćdziesięciu latach twórcy serialu „House of Cards” podnieśli rękę na tą świętą amerykańską tradycję i pozwalają złu wygrywać. Posunęli się dalej niż pierwsi „demaskatorzy” w rodzaju Alana J. Pakuli sprzed trzech dekad – tym razem zło jest atrakcyjne. Znika idealistyczna otoczka. Celem jest sukces jednego człowieka w dążeniu do potęgi – reszta to ozdobniki.

Warto być nieprzyzwoitym

Hannah Arendt mówiła o banalności zła. „House of Cards” pokazuje nam jego piękno. Zło Franka Underwooda niebanalne i pociągające. Whip prze do przodu, zabija i doprowadza do śmierci, kłamie z wdziękiem wielkiego artysty. Niczym demiurg znajduje się w centrum świata, który ustawia i modeluje według swoich potrzeb. Można się z nim identyfikować – wszak wielu ludzi marzy o takiej karierze i bezpardonowym zachowaniu. Zazwyczaj brakuje nam jednak siły i umiejętności. Nie zawsze uczciwość jest wynikiem wyborów moralnych – czasem po prostu wynika z nieumiejętności zaaplikowania zła. Underwood poszedł w swoich wyborach dalej niż choćby najbardziej znany z filmowych bohaterów „uwiedzionych złem” – Michael Corleone z „Ojca chrzestnego”. Tamten do końca życia chciał zostać dobrym człowiekiem. Underwood nie ma takiego zamiaru. Ze złem mu dobrze i do twarzy.

Bohater „House of Cards” jest atrakcyjny w takim stopniu jak „Książę” Machiavellego, miraże władzy Nixona, cynizm Putina czy umiejętność przetrwania Fidela Castro (by uniknąć słusznych krytyk – dodam, że chodzi raczej o Castro z lat dawnych). Niektórym ludziom wybacza się więcej – zwłaszcza, gdy są skuteczni.

„House of Cards” już po obejrzeniu pierwszego sezonu należy uznać za jeden z lepszych, filmowych portretów kondycji ludzkiej, jakie mogliśmy zobaczyć na ekranach w ciągu kilku ostatnich lat. Filmy Capry z lat trzydziestych i czterdziestych, traktaty Kazana z lat pięćdziesiątych, obrazy Pakuli i Lumeta z lat siedemdziesiątych pojawiały się w momentach kryzysu. Amerykanie tracili wtedy wiarę w instytucje i system. Czy dziś znajdują się w tym samym punkcie? Czy znowu stracili wiarę w Amerykę rządzoną przez cynicznych macherów i kombinatorów? A może wiara nie jest im już do niczego potrzebna? Może gra pozorów jest akceptowana przez obie strony?

Serial: 

„House of Cards”, reż. Allen Coulter, David Fincher, James Foley, Carl Franklin, Charles McDougall, Joel Schumacher.

* Dr Łukasz Jasina, historyk i filmoznawca, członek redakcji „Kultury Liberalnej”, pracownik Katedry Realizacji Filmowej i Telewizyjnej KUL. 

„Kultura Liberalna” nr 223 (16/2013) z 16 kwietnia 2013 r.

 

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(14/2013)
15 kwietnia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj