0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > MASŁOWSKI: Kto ma...

MASŁOWSKI: Kto ma serce do Dickensa?

Paweł Masłowski

Kto ma serce do Dickensa?


Great Expectations, 2011Dziwić się należy, dlaczego „Wielkie nadzieje” Mike’a Newella to film tak bardzo nieudany. Reżyser ma już w swoim dorobku adaptacje dzieł literackich takich jak „Miłość w czasach zarazy” czy „Harry Potter i Czara Ognia”. Z Dickensem zaś brytyjski przemysł filmowy ma doświadczenie ogromne, ekranizowany jest on tam notorycznie i bez żadnego umiaru. Tylko w ciągu ostatnich kilkunastu lat Brytyjczycy trzy razy przenosili na ekran „Oliviera Twista”, trzy razy „Wielkie nadzieje”, do tego dochodzą dwie duże produkcje telewizyjne: „Mała Dorrit” i „Samotnia”.

Niegasnącą popularność autora „Opowieści wigilijnej” da się jakoś zrozumieć. Ze swoją mieszaniną naiwnego baśniowego moralizatorstwa, łzawego sentymentalizmu (w „Wielkich nadziejach” także nie brakuje obowiązkowych sierot) i ze swoim hipnotyzerskim talentem opowiadacza jest autorem szkolnym par excellence, i jak widać wiara w jego moc wychowawczą jest na Wyspach nadal bardzo silna. Trudniej pojąć, dlaczego publiczny brytyjski nadawca finansuje ekranizacje „Wielkich nadziei” aż tak często. Zaledwie dwa lata temu BBC emitowało swój nowy serial oparty na tejże powieści, a w archiwach ma jeszcze dwa inne, z roku 1958 i 1989 (ten drugi z Antonym Hopkinsem w roli Magwitcha). Oto więc BBC prześciga samego pana Jowialskiego. Bis repetita placent. Gusta publiczności w Zjednoczonym Królestwie zapewne bardziej niż gdziekolwiek indziej kształtuje słynny efekt inżyniera Mamonia. Ale ile można? Czy częstotliwość, z jaką ekranizuje się tę akurat książkę, nie ociera się o przesadę?

A przecież koncept fabularny „Wielkich nadziei” jest dość osobliwy i zgoła niewychowawczy. Oto dwoje majętnych, lecz złamanych przez życie ludzi – oszukana i porzucona w dniu ślubu panna Havisham oraz zdradzony przez wspólnika recydywista Abel Magwitch – niezależnie od siebie starają się uleczyć swoją traumę przez zawłaszczenie cudzego życia, by w ten sposób przeżyć je jeszcze raz. Przejmują kontrolę nad wychowaniem dwojga dzieci z ludu – stara panna hoduje sobie małą femme fatale, były zaś galernik Magwitch robi z kowalskiego czeladnika doskonałego gentlemena. Główni bohaterowie powieści, Pip i Estella, są marionetkami w rękach bogatych dziwaków. Określanie tej historii mianem Bildungsroman jest mocno na wyrost, jako że psychologia postaci tej książki jest przecież całkowicie umowna, by nie powiedzieć całkowicie fantastyczna, bliższa baśni niż powieści. Młodzi bohaterowie są zbyt bierni i niesuwerenni, zbyt wielka moc sprawcza przypisana jest ich przerażającym opiekunom.

Są to jednak słabości samej książki. Teraz o filmie: dla widza nieznającego fabularnej podstawy jest on całkowicie niezrozumiały. Chcąc zapewne uczynić zadość miłośnikom prozy Dickensa, twórcy starali się upchać w dwugodzinnym obrazie jak najwięcej wątków i postaci z trzech tomów powieści, tracąc przy tym zupełnie wyczucie całości. Mamy więc do czynienia raczej z serią osobnych scen, obowiązkowych numerów, które znaleźć można w każdej ekranizacji i adaptacji tej książki, takich jak pierwsza wizyta małego Pipa w mrocznym zamku Satis, perypetie dobrotliwego prostaka Joego wśród londyńskich gentlemenów czy powrót Magwitcha. Odnosi się wrażenie, że reżyser myśli wyłącznie w horyzoncie takich pojedynczych, zamkniętych scen.

W żaden sposób nie składają się one jednak w jeden obraz. Na ekranie raz po raz pojawiają się postacie, dla których brakuje właściwie w tym filmie miejsca i które de facto nie mają w nim wiele do roboty, jak choćby przyjaciel głównego bohatera, Herbert Pocket. Wręcz groteskowy efekt daje upchnięcie na siłę postaci Wemmicka wraz z „Sędziwym rodzicem” i sceny z wystrzałem z armaty, która dla niezorientowanego widza nie ma w filmie najmniejszego sensu. David Lean, reżyser klasycznej ekranizacji „Wielkich nadziei” z 1946 roku przyciął tę historię dużo zręczniej, choć też jest bardzo wierny powieści. Newellowi czy raczej jego scenarzyście, Davidowi Nichollsowi, wyraźnie brakuje zmysłu konstruowania spójnej, zamkniętej historii.

 LD_GE_2_043

Nie sposób uniknąć tutaj porównań filmu Newella z amerykańską wersją „Wielkich nadziei” z roku 1998 z Gwyneth Paltrow i Robertem De Niro, w reżyserii Alfonso Cuarona. Oba filmy mogą służyć polonistom do wyjaśniania różnicy między ekranizacją a adaptacją. Cuaron przenosi akcję filmu do czasów współczesnych, hrabstwo Kent zastępuje Floryda, Londyn to Nowy Jork, całkowicie uwspółcześniony zostaje język, całość podlana zostaje dużą dawką zmysłowości, nieobecnej prawie u Dickensa. A mimo to odnosi się wrażenie, że twórcy tego filmu mają dużo więcej serca do tego wiktoriańskiego moralitetu, że traktują go poważnie. Newell natomiast traktuje powierzoną mu fabułę jak muzealnik, obchodzi się z nią wprawdzie z przesadną ostrożnością i pietyzmem, ale najwyraźniej jej nie czuje i nie rozumie.

Efekt jest taki, że jego ekranizacja obnaża wszystkie słabości dickensowskiej historii, wszystkie nieprawdopodobieństwa psychologiczne, marionetkowość postaci, całą telenowelowość tej fabuły, gubiąc przy tym niemal całkowicie wdzięk dickensowskiej narracji. Porażkę tę można próbować usprawiedliwiać, stawiając pytanie, czy „Wielkie nadzieje” w ogóle da się opowiedzieć w formacie filmu kinowego, skoro jest to powieść o epickim rozmachu, w dodatku pisana w odcinkach jak „Hrabia Monte Christo” czy „Sherlock Holmes”, ze wszystkimi cechami takiej formuły, niezliczonymi postaciami i wieloma kulminacjami akcji. Ten gatunek powieści, przez Francuzów zwany roman-feuilleton, Anglicy nazywają po prostu serial.

Nie jest to jednak jedyna porażka Newella. Nie udaje mu się wykorzystać potencjału świetnych skądinąd aktorów, których miał do dyspozycji. Dotyczy to zwłaszcza gwiazd znanych z filmów o Harrym Potterze i grających najciekawsze role: Ralpha Fiennesa (Magwitch), Robbiego Coltrane’a (Jaggers) i Heleny Bonham Carter (panna Havisham). Fiennes bardzo się stara, lecz wzbudza raczej współczucie niż przerażenie. Jaggers, grany przez Coltrane’a, też jest nadto dobrotliwy, zupełnie gubi się mroczna strona tej postaci, cynicznego adwokata, który w powieści nieustannie myje ręce. Wreszcie Helena Bonham Carter jako panna Havisham zupełnie kładzie swoją rolę, jest zbyt przesadna i groteskowa, grając z ekspresją postaci z kreskówek.

Great Expectations, 2011,

Dwie rzeczy trzeba zapisać tej produkcji na plus. Po pierwsze to, że w porównaniu z innymi realizacjami znacznie więcej w niej humoru. Jest to komizm szorstki, miejscami wręcz okrutny, rzec by można – gogolowski, zręcznie podkreślany nieco karykaturalnymi kostiumami i charakteryzacją. W filmie padają dwa świetne żarty, których nie ma w książce, nota bene oba dotyczą okoliczności śmierci mało sympatycznych postaci, jędzowatej siostry Pipa (biedaczka miała słabe serce) i jego rywala Bentleya Drummle’a (kopał konia, a ten postanowił mu oddać).

Druga ważna zaleta tego filmu, to bardzo wysmakowana i staranna realizacja tekstu, nieśpieszna, melodyjna, wręcz muzyczna. Na uwagę zasługuje w tym względzie zwłaszcza Robbie Coltrane. Znowu jednak – zarówno to staranne celebrowanie rozkosznej patyny wiktoriańskiej angielszczyzny, jak i subtelne podkolorowywanie partii bohaterów z ludu regionalną wymową mogą bawić tylko szczególny i rzadki raczej gatunek widzów. Takiemu widzowi można ten film polecić z czystym sumieniem. Stanowczo natomiast odradzam ten film osobom, które chciałyby go obejrzeć ze względu na znane nazwiska aktorów. Czeka ich wielkie rozczarowanie.

Film: 

„Wielkie nadzieje”, reż. Mike Newell, USA, Wielka Brytania 2012.

* Paweł Masłowski, filolog klasyczny, nauczyciel. 

„Kultura Liberalna”, nr 232 (25/2013) z 18 czerwca 2013 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(25/2013)
18 czerwca 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj