Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Polska-Litwa] Granice

[Polska-Litwa] Granice

Agnieszka Nowakowska

Najpierw jest droga. Wąska na tyle, że czasem trudno minąć się na niej dwóm samochodom. Ale to nie jest duży problem. Trasa Sejny-Puńsk nie jest często używana. Stromo. Jest tam jeden feralny pagórek – ilekroć jadę do Puńska zimą, ostrożnie wjeżdżam na pierwszym, najwyżej drugim biegu. Lód i zawiany śnieg zalegają na drodze, uniemożliwiając normalną jazdę. Czasem droga prowadzi przez las, czasem przez zagajniki, rzadko kiedy przez wsie. Jest pusto.

Potem pojawiają się dwujęzyczne tabliczki. Jadąc od strony Sejn najpierw Sejwy – Seivai, i niedługo potem Puńsk – Punskas. Wyraźnie odgraniczają teren, na którym Litwini stanowią większość, gdzie są u siebie. Litewskość tego terenu najbardziej czuję w Puńsku. Szyldy i reklamy sklepowe czy ogłoszenia parafialne przed kościołem są głównie po litewsku. W sklepach, w których zdarzało mi się robić zakupy, mówi się po litewsku. I chociaż liderzy społeczności litewskiej narzekają, że miejscowy litewski jest coraz gorszej jakości, coraz bardziej ulegający polskim wpływom, to jest słyszalny na ulicach. Używanie go jest normą i wyraźnie stanowi o przynależności narodowej.

A granice sięgają jeszcze głębiej. Każda moja rozmowa z mieszkańcami czy Sejn, czy Puńska potwierdza, jak wielka jest nieufność między Polakami a Litwinami. Są opowieści o czarnym podniebieniu i czarnym litewskim charakterze. I o biologicznym chyba nacjonalizmie. Pojawiają się stwierdzenia: „E, ale pani rozumie, naród mały, to kompleksy wielkie”. Jest pamięć wszystkich złych rzeczy, które na przestrzeni ostatnich kilku pokoleń się wydarzyły. Pamięta się o krzywdach dużych – jak niezrozumiały upór władz kościelnych w sprawie języka nabożeństw w sejneńskiej bazylice i o tych zupełnie małych – a to ktoś krzywo spojrzał, a to źle w sklepie obsłużył. Wiadomo – Litwin Polakowi zawsze najgorszy towar sprzeda. A Polak Litwinowi najgorszy chłam próbuje wcisnąć.

Są też litewskie lęki przed wynarodowieniem i asymilacją. Liderzy społeczności walczą o każdą „litewską duszę”, dbając przede wszystkim o litewskojęzyczne szkoły. Rozmawiają z rodzicami, starając się przekonać ich do wysyłania dzieci do szkoły litewskiej. Starają się jak najmocniej związać swoich uczniów z Litwą – dzieci jeżdżą tam na wycieczki, nauczyciele współpracują z tamtejszymi szkołami, namawiają uczniów na studia w Wilnie lub Kownie. Polacy i kultura polska są zagrożeniem. Jej wpływy są zbyt silne, by garstce Litwinów udało się powstrzymać proces wynaradawiania. Poza tym lista litewskich zarzutów wobec władz polskich różnego szczebla jest długa i z roku na rok się powiększa. Podsumowując ją – władze nie wykazują należytej dbałości o tak unikatową kulturę, jak kultura litewska w Polsce.

Pomalowane tabliczki z polsko-litewskimi nazwami miejscowości widziałam już dwa lata temu. Widać, że sprawcy się spieszyli – trochę białej farby na górze, trochę czerwonej na dole i flaga polska jak malowana. Litewskiego napisu właściwie nie da się przeczytać. Nie ma już wątpliwości do kogo należy terytorium. Jest polskie. Taka bitwa na symbole, znaczki, kolory, słowa. A za tymi znaczkami i kolorami stoi całkiem realne poczucie bezpieczeństwa, bycia akceptowanym, bycia na swoim u siebie. Biało-czerwone maziaje mają Litwinom uprzytomnić, że tak nie jest, i przypomnieć, kto jest prawdziwym gospodarzem.

O tym, że tablice znów zostały zamalowane, dowiedziałam się parę dni temu. Wracałam właśnie z okolic Orli – kolejnej gminy w województwie podlaskim, której nazwy miejscowości oznaczone są dwoma językami: białoruskim i polskim. One również przed kilku laty zostały pomalowane na biało-czerwono. Policja w obu przypadkach nie wykryła sprawców. Pozostał niesmak i pogłębiająca się nieufność członków mniejszości wobec organów państwa i polskich sąsiadów.

Jasne, że za działania chuliganów politycy nie mogą odpowiadać. Uważam jednak, że mogą im zapobiegać. A przede wszystkim starać się tak prowadzić politykę kulturalną i edukacyjną, żeby do takich sytuacji nie dochodziło. O tym, że w Białymstoku i województwie podlaskim coś szwankowało, wiadomo było od dawna. Na politykę władz miejskich i wojewódzkich skarżyli się liderzy grup mniejszościowych. Prowadząc z nimi wywiady na użytek moich różnych projektów badawczych, wysłuchiwałam całej masy zastrzeżeń. Ich zdaniem władzom przydają się mniejszości, gdy trzeba pokazać wielokulturowość na festiwalach. Ukraińcy w czerwonych portkach pofikają w rytm kozaczka, Białorusini pośpiewają pieśni weselne, a jak Litwini wyjdą i zagrają, to od razu rzewnie się robi na duszy. Dzięki temu i turyści zostawią parę złotych, i telewizja ma co pokazać. Znacznie gorzej wygląda codzienna współpraca na linii samorząd – mniejszości. Gdy trzeba iść na ustępstwa, zrozumieć inny punkt widzenia, władze przestają już być tak zachwycone mniejszościami. Zaczyna się twarda walka o każdą złotówkę, o każdą interpretację przepisu prawnego, o możliwość zaznaczenia własnej inności.

Mieszkanie w regionie wielonarodowościowym jest trudne i wymaga niezwykłej delikatności, giętkości i wrażliwości. Sądząc z ostatnich doniesień z Podlasia, polityka władz regionalnych nie zdaje egzaminu. Nie wystarczy doraźnie reagować na pobicia, wandalizm, rasizm i ksenofobię. Nie ma nic prostszego, niż wygłoszenie kilku okrągłych zdań przed kamerami. Problem zaczyna się w codziennym współdziałaniu. Bez niego granice będą coraz bardziej zamknięte.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 235

(28/2013)
9 lipca 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj