Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > JASINA: Voodoo arcypolskie....

JASINA: Voodoo arcypolskie. O „Sztuce znikania” Bartosza Konopki i Piotra Rosołowskiego

Łukasz Jasina

Voodoo arcypolskie

Wszyscy chyba pamiętamy ze szkoły – lub z „Popiołów” Stefana Żeromskiego i adaptacji Andrzeja Wajdy – historię polskich legionistów, których po traktacie w Campo Formio zdradzieccy francuscy dowódcy przekazali Austriakom. Istniała jednak napoleońska zdrada o zdecydowanie większym ładunku emocjonalnym i jeszcze bardziej wzmacniająca rozczarowanie Polaków legendarnym cesarzem. Część oddziałów – niegdyś legionowych – trafiła na San Domingo, aby tłumić powstanie czarnoskórych mieszkańców tej karaibskiej wyspy. Wracający do monarchicznych zwyczajów Napoleon chciał przywrócić na wyspie niewolnictwo, na co jej mieszkańcy nie chcieli się rzecz jasna zgodzić. Bunt, choć utopiony we krwi, doprowadził do stworzenia niepodległego Haiti. Wielu Polaków – dla których pacyfikacja wyspy byłaby zaparciem się ideałów – przeszło natomiast na stronę powstańców. Do dziś istnieje niedaleko Port-au-Prince wioska, gdzie pod oknami domów istnieją ogrody kwiatowe rodem z „Pana Tadeusza”, a jej mieszkańcy mają niebieskie oczy i są dumni ze swoich polskich korzeni.

Przeciętny Polak – jeśli już kojarzy istnienie Haiti – to raczej nie z uwagi na konotacje historyczne czy boginię Erzulie Dantor, która jest podobno tamtejsza reinkarnacją Czarnej Madonny z Częstochowy. Do głowy przyjdą im być może obrzędy voodoo będące wszak inspiracją hollywoodzkich zombie. Tymczasem najnowszy dokument fabularyzowany Bartosza Konopki i Piotra Rosołowskiego, twórców nominowanego do Oscara „Królika po berlińsku”, pokazuje, że poprzez haitańską kulturę można spróbować zrozumieć wydarzenia w Polsce sprzed dwóch i trzech dekad, a także samą „polskość” – mniejsza o jej dokładną definicję.

Bokor nad Wisłą 

Bohater filmu Amon Frémon był Haitańczykiem, lecz pochodził z polskiej wioski i był dumny ze swoich „legionowych” korzeni. Wychował się wśród obrzędów zmitologizowanych przez antropologów i etnologów. Do Polski trafił (przynajmniej tak twierdzą niektórzy opowiadacze historii i wybitni znawcy teatru tacy jak prof. Leszek Kolankiewicz) w 1980 roku za sprawą przeżywającego wtedy szał sukcesów w skali światowej Jerzego Grotowskiego. Poszukiwacz teatralnych korzeni chciał za sprawą haitańskich ceremonii dojść do pierwotnych źródeł dramatu i odtworzyć rytuał voodoo w Polsce. Pozycja Grotowskiego była wtedy tak silna, że mógł pozwolić sobie na zaimportowanie haitańskiego kapłana do Polski Ludowej. Frémon opuścił jednak jego krąg dość szybko, a to, co nastąpiło potem, spowite jest nimbem tajemnicy i – jak powiedziałby porządny historyk – brakiem wystarczającej liczby źródeł. Pozostały po nim wspomnienia, kilka zarejestrowanych relacji i świadomość jego związków z Polską wśród mieszkańców rodzinnej wioski.

Na bazie tych stosunkowo nielicznych elementów scenarzyści skonstruowali opowieść Frémona – na poły fikcyjną, ale pomyślaną tak jak „mogłoby być”, gdyby przedstawił ją sam bohater. Haitański kapłan voodoo staje się narratorem opowiadającym o Polsce gierkowsko-jaruzelskiej, świadkiem i „współtwórcą” zmian polityczno-społecznych w naszym kraju. Z braku „prawdziwych” materiałów Konopka i Rosołowski musieli jednak sporą część jego historii napisać od nowa. Sami twórcy określają „Sztukę znikania” jako dokument fabularyzowany, ale możliwa jest inna interpretacja: film balansuje cały czas na bardzo cienkiej granicy pomiędzy opowieścią, dokumentem a metaforą, w której bohater jest tylko pretekstem do wydobycia nowych warstw historii naszego kraju. Całkiem tak jak chociażby w „Oszołomieniu” Jerzego Sztwiertni (1988) lub „Kwadraturze koła” Mike’a Hodgesa (1983) – nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdzi, że jest to prawdziwa historia Kazimierza Junoszy-Stępowskiego lub autentyczny opis karnawału „Solidarności”. Podobnymi jak w „Sztuce znikania” zabiegami Piotr Konopka posłużył się już w „Króliku po berlińsku”, który jako dokument klasyczny nie miałby racji bytu – wypełnienie całego filmu zdjęciami berlińskich królików byłoby po prostu niemożliwe, a rezultat nie byłby ciekawszy od przeciętnego filmu przyrodniczego. Dzięki zabiegom twórców stał się ekranową metaforą przemian zachodzących w powojennym Berlinie. Zamiast – interesującego jedynie amatorów – błahego dokumentu o związkach Polski i Haiti otrzymujemy w rezultacie surrealistyczną historię o upadku komunizmu w Polsce – a to coś znacznie ciekawszego.

Winkelried z importu

Z początku Polska jawi się Frémonowi jako kraj dziwny i niezrozumiały. Komunistyczne dożynki na Stadionie Dziesięciolecia są dla niego irytującą ceremonią, podczas której młodzi chłopcy i dziewczęta składają ofiary i tańczą przed grupą starców (czyli Gierkiem et consortes). To miejsce zimne, szare, pełne deszczu i dziwnych, zmęczonych twarzy. Powoli jednak bohater zaczyna odkrywać Polskę na nowo. Zauważa, że Polacy oddają religijną cześć obrazowi podobnemu do tego z Haiti, polskie wsie przypominają haitańskie ze swoim chaosem, stadami wszędobylskich zwierząt domowych i beznadzieją pełną oczekiwania na niespełnialną poprawę sytuacji. Tym jednak, co najbardziej zbliża obydwa narody, jest śmierć i stosunek do niej. To nasza piękna i arcypolska śmierć pozwala gościowi z Karaibów zrozumieć nasz kraj i go pokochać.

Okazuje się, że w obu kulturach śmierć jest ciągle obecna i w gruncie rzeczy została oswojona. Narodowymi sanktuariami są cmentarze, a niepodległość wymagała przelewania gigantycznych ilości krwi. Haitańczycy i Polacy składali Bogu ofiary – na karaibskiej wyspie służyły do tego zwierzęta, nad Wisłą – dzieci, które zginęły w powstańczej Warszawie.W karaibsko-słowiańskim świecie przenikają się światy żywych i umarłych. Mickiewiczowskie „Dziady” są przecież środkowoeuropejskim odpowiednikiem rozmów ze zmarłymi, w których specjalizują się Haitańczycy. I tu, i tam zostawia się zmarłemu miseczkę mleka.

Polska odkryta przez Frémona jest tysiącletnim rytuałem rozgrywającym się wokół śmierci, religii i cierpienia. Mieszają się w nim Czarna Madonna, zwłoki tysięcy warszawiaków zamordowanych podczas Powstania Warszawskiego, Mickiewicz (fragmenty „Lawy” Konwickiego zmieszane z tradycyjna haitańską muzyką pozostawiają piorunujące wrażenie), Jan Paweł II, Lech Wałęsa, a nawet – zestawiony z haitańskim dyktatorem Duvalierem – generał Jaruzelski. Frémon używa przy tym haitańskich pojęć: Jan Paweł II jest kimś podobnym do haitańskich świętych, Wałęsa zesłanym przez Boga bohaterem, a Jaruzelski kwintesencją wcielonego zła.

Bez względu na nasze własne rozliczenia i na to, że wielu Polaków, a zwłaszcza inteligentów, od wielu dziesięcioleci walczy o to, by nasza narodowa swoistość nie była kojarzona tylko z „pokoleniami żałobami czarnymi”, to właśnie przywołane wcześniej śmierć i cierpienie pozostają dla Frémona wyznacznikami polskości, z którą identyfikuje się na tyle, że postanawia dla tego kraju i dla odzyskania przezeń niepodległości złożyć swoją duszę w ofierze, niczym nasi bohaterowie romantyczni. Trochę w tym z wiary w Chrystusa Narodów, a trochę z „Walecznego Serca”. Wielki, wspaniały kraj mistycznie złączony z naturami wyższymi potrzebuje kogoś, kto by się za niego poświęcił niczym William Wallace czy Gustaw-Konrad. Tym kimś staje się mistyk z Haiti kochający „swoją drugą ojczyznę”.

Cierpmy, to się sprzeda

W filmie pojawia się jeszcze jeden wątek – dumy z „polskości” rozpowszechnionej wśród mieszkańców haitańskiej wioski, z której wywodził się Frémon. Jej mieszkańcy są zresztą na Haiti uważani za Polaków, a gdy na wyspę zawitał Jan Paweł II, to właśnie oni witali go jako tamtejsza Polonia. Prawdziwej Polski oczywiście nie znają, dociera ona do nich czasem w postaci Jerzego Grotowskiego, papieża, żołnierzy „Gromu” podczas operacji pokojowej w 1993 roku czy badań naukowych. Ich duma splata się z mitem Polski jako kraju cierpiącego i pełnego godności.

Komparatystyka bywa zawodna, ale porównanie polskości z haitańskością dokonane dzięki fikcyjnej opowieści Frémona pokazuje potencjalną siłę eksportową naszej kultury. I nie jest nią radość ani wspaniałe osiągnięcia ostatniego dwudziestolecia, duma z odzyskanej niepodległości i ze zbudowanych autostrad. Jest to polski romantyzm, nasze odwieczne zaplątanie w panopticum śmierci i smutku, którego odpowiednik można znaleźć tylko na dalekich Karaibach. Nasz smutek jest ciekawy i malowniczy – radość zaś prosta i zwyczajna. Mit Polski martyrologicznej oczywiście nie jest zjawiskiem jednoznacznie pozytywnym i niesie za sobą liczne zagrożenia. Ale czyż nie jest to sposób opowiadania o historii naszego kraju bardziej seksowny od nudnego pozytywizmu, który może ekscytować jedynie księgowych Banku Światowego?

Czy tego chcemy, czy nie – krzywda i smutek przyciągają mocniej. Cóż złego w opieraniu narodowych i państwowych mitów na złym-przeszłym? Czyż przywoływanie tragedii z przeszłości nie prowadzi do mocniejszego zaznaczenia teraźniejszych sukcesów? Współczesny Izrael też opiera się raczej na pamięci o Zagładzie i jej poprzedniczkach, a nie wspomnieniach o spokojnej doli sztetli – i jakoś nie przeszkodziło to izraelskiej państwowości w zbudowaniu pozytywnego mitu ostatnich sześćdziesięciu lat, kiedy to tragicznej przeszłości przeciwstawiono sukces nowego społeczeństwa, zamożność czy nawodnienie pustyni. Tak samo w wypadku Polski – dawne zło tym mocniej wypycha na plan pierwszy współczesne dobro. Oczywiście należy pamiętać, że martyrologia jest tylko intermedium w szarej codzienności, o którą należy dbać, permanentnym wyrzutem sumienia i przypomnieniem tego, że dobra passa w każdej chwili może się skończyć. By zainteresować się „szarością”, należy najpierw przejść przez etap fascynacji zdarzeniami niecodziennymi. Wszak filmowy Amon Frémon odkrył polskie tragedie, potem poświęcił się dla odwrócenia biegu wydarzeń, a na końcu „zniknął” z pola widzenia historii, gdy Polska stała się już normalnym krajem.

Film:

„Sztuka znikania”, reż. Bartosz Konopka i Piotr Rosołowski, Polska 2013.

* dr Łukasz Jasina, członek zespołu „Kultury Liberalnej”, pracownik naukowy Katedry Realizacji Filmowej i Telewizyjnej KUL.

„Kultura Liberalna” nr 239 (32/2013) z 6 sierpnia 2013 r. 

Skoro tu jesteś...

... mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa.

Każda i każdy z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 20 zł miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców i Patronów!

SKOMENTUJ
(31/2013)
6 sierpnia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj