Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > BŁACHNIO: Dotknąć Dzikusa....

BŁACHNIO: Dotknąć Dzikusa. „Królowie lata” Jordana Vogt-Robertsa

Tomasz Sawczuk

Karolina Błachnio

Dotknąć Dzikusa

„Królowie lata”, komediowy debiut Jordana Vogt-Robertsa, to film o słodkim uroku „Cudownych lat” i „Kochanków z księżyca” Wesa Andersona. Trzech nastolatków ucieka do lasu, gdzie budują dom i postanawiają żyć w zgodzie z naturą, a ich wszystko-najlepiej-wiedzący rodzice rozważają w tym czasie złożenie na własne dzieci donosu o popełnieniu przestępstwa. Publiczność kinowa wyrzuca z siebie salwy śmiechu m.in. w „momencie”, gdy bohaterowie „stają się mężczyznami”:

Joe: Mamy wodę, dach nad głową, zbilansowane posiłki. Nie musimy się przed nikim tłumaczyć. Jesteśmy mężczyznami.

Patrick: Od teraz?

Ta chmura dialogowa wisi nad filmem i określa jego ducha: chłopięco-męskiej niepewności. W „Królach lata” pytaniu o bycie mężczyzną towarzyszy wątpliwość, czy to już i co to znaczy. I brak odpowiedzi. Robert Bly, autor bestsellerowego „Żelaznego Jana”, powiedziałby, że chłopcy nie mają kontaktu ze swoim Dzikusem.

Dotknąć Dzikusa

Bly, pisarz i poeta z antropologicznym zacięciem, przytacza w swojej książce baśń Grimmów pt. „Żelazny Jan”, w której pojawia się postać Dzikusa zamieszkującego staw położony w lesie. Stwór wciąga pod powierzchnię wody każdego, kto wejdzie do lasu. W baśni pojawia się też myśliwy, który wiadrami wybiera wodę ze stawu, odkrywając na dnie rudego, włochatego, sędziwego Dzikusa, i z rozkazu króla zamyka go w klatce na zamku, jako Żelaznego Jana. Bly twierdzi, że legenda świetnie opisuje zadanie rozwojowe stojące przed każdym chłopcem, który chce stać się mężczyzną. I że jest to zadanie, którego współcześni mężczyźni nie wykonują. Trzeba zanurzyć się pod powierzchnię wody, aby dotknąć Dzikusa albo wypuścić Dzikusa z klatki, nie bojąc się ani jego, ani gniewu króla. Inaczej: chodzi o zanurzenie się w czeluści własnej psychiki i odkrycie tam specyficznej, męskiej siły, innej niż brutalność i agresja, innej niż bycie macho, innej też niż wrażliwość i umiejętność rozpoznania własnych emocji.

Chłopcy „szukają Dzikusa” po omacku. Prowokują go w sobie samych mniej i bardziej udolnie. Szukają go poprzez wzorce z popkultury – tak jak Robin z Sherwood i jego kompania w serialu Iana Sharpa biegają z mieczami, nadają elementom krajobrazu symboliczne nazwy (jak „drzewo przeznaczenia”), w snach i marzeniach Joe walczy sztyletami i magią z ojcem, który nazywa wybrankę serca syna „ladacznicą”. Próbują wywołać Dzikusa poprzez określanie swojej sytuacji pół żartem, pół serio – mówią o „polowaniu na bizony”, choć udaje im się złapać szczura, przed którym z wrzaskiem uciekają, a ostatecznie stają się mistrzami polowania na wyprzedaży pieczonych kurczaków w Boston Market. Szukają Dzikusa poprzez głośne czytanie literatury, nawiązującej klimatem do filozofii znanej z „Walden, czyli życie w lesie” Henry’ego Davida Thoreau – chcą zrozumieć ducha lasu i natury. Próbują uchwycić Dzikusa także intelektualnie, antropologicznie, mówiąc o „rytuale przejścia”, inicjacji, jednak i tutaj Dzikus wymyka się poprzez deklarację niedookreślenia Biaggio:

Joe: Było, nie było, to rytuał przejścia! Czy czułeś się kiedyś bardziej w harmonii ze sobą? Ze swoim instynktem? Z przyrodą? Taki… taki męski?

Biaggio: No nie wiem. Właściwie nie przypisuję sobie żadnej płci. Czy to problem?

Joe: Szału nie ma.

Poszukiwaniom męskiej inicjacji towarzyszy mistyczno-oniryczna muzyka Ryana Millera inspirowana chyba znów „Robin Hoodem” Iana Sharpa, sugerująca półserio przeniesienie się w jakiś mityczny, ponadczasowy obszar. Ekstremalna sytuacja, jaką jest życie w lesie, w domu o przeciekającym dachu, brak pieniędzy na zakupy żywności w Boston Market oraz pojawienie się dziewczyny, która stanie się impulsem do rozłamu między bohaterami, doprowadzi do tego, że każdy z nastoletnich bohaterów w końcu skonfrontuje się ze swoim Dzikusem. Ostatecznie polowanie będzie prawdziwe, jedzenie będzie z lasu, a nie z marketu, natura okaże się realnie groźna, lęk podsunie serce do gardła, a życie będzie można naprawdę stracić.

Od ojca czy do ojca?

„Królowie lata” to też lustro współczesnych relacji między ojcami a synami, sytuacji bardzo niewesołego w gruncie rzeczy rozłamu, braku porozumienia. Robert Bly przytacza rewolucję przemysłową jako moment, w którym „najbardziej ucierpiała więź ojca z synem. (…) Rewolucja przemysłowa (a następnie rewolucja informatyczna – K.B.), potrzebując rąk roboczych do fabryk i biur, oderwała ojców od ich synów i co więcej, umieściła tych ostatnich w obowiązkowych szkołach, w których uczyły przeważnie kobiety” [1]. Zwraca on również uwagę na to, że w czasach przedindustrialnych istniały różne miejsca i instytucje, w których chłopcy poznawali sekrety bycia mężczyzną – chociażby męskie wioski prowadzone przez starców, w których chłopcy dorastali z dala od matek i reszty rodziny, czy rodziny wielopokoleniowe, w których żyło się pod jednym dachem z ojcem, wujami i dziadkami. Męska inicjacja była więc symboliczną ucieczką od matki do ojca, do świata męskich praktyk. W „Królach lata” inicjacja Joego odbywa się boleśnie, wbrew więzi z ojcem, przeciw niej. Kiedyś oznaczała dążenie w kierunku ojca, obecnie jest ucieczką od ojca. Symboliczne jest to, że matka chłopca nie żyje, ojciec (Frank) i Joe żyją więc sami w jednym domu, ale ojciec nie potrafi wprowadzić umiejętnie syna w męski świat. Dopiero dokopywanie się Joego do własnego Dzikusa wymusza na Franku wejście w tę rolę.

Słodki urok „Królów lata” to nie tylko urok adolescentów próbujących odnaleźć tożsamość związaną z płcią. To też urok zamierzonej niedoskonałości warsztatu. Vogt-Roberts zszywa ze sobą gatunki i motywy znane z różnych produkcji, obnażając z rozbrajającą szczerością szwy (m.in. łączy „Robin Hooda” z „Zodiakiem” czy motywami z cukrowanych fabuł o amerykańskich high schools). Dzięki tym sprzężeniom „Królowie lata” to kopalnia pełna zabawnych dialogów nie do podrobienia na miarę serialu Carol Black i Neala Marlensa. To cudowne późne lata 90.

Przypis:

[1] Robert Bly, „Żelazny Jan”, 2004.

Film:

„Królowie lata”, reż. Jordan Vogt-Roberts, USA 2013, dystrybucja: Best Film.

* Karolina Błachnio, współpracuje z działem „Patrząc” w „Kulturze Liberalnej”.

„Kultura Liberalna” nr 245 (38/2013) z 17 września 2013 r.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 245

(39/2013)
17 września 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj