Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Marionetki, kukiełki, ludzie]...

[Marionetki, kukiełki, ludzie] Szach i mat Janusza Głowackiego

Jacek Wakar

Jeżeli dobrze rekonstruuję środowiskowe plotki, było tak. Janusz Głowacki napisał dla Andrzeja Wajdy scenariusz filmu o Lechu Wałęsie, tyle że z tego scenariusza niewiele na ekranie zostało.

Reżyser wycinał konsekwentnie wszystkie sceny, które mogłyby stworzyć rysy na monolitycznym portrecie przywódcy „Solidarności”. Jak czegoś nie wyciął podczas lektury, urzynał już na planie podczas realizacji. Podobno strofował też Roberta Więckiewicza, aby nie starał się być zbyt zabawny, bo to do filmu nie pasuje.

Powszechnie wiadomo, że w pewnym momencie Wajda i Głowacki zaczęli porozumiewać się wyłącznie listownie, co o zgodzie bynajmniej nie świadczyło. Wiadomo jednak też, że reżyser zaprosił scenarzystę na jeden z roboczych pokazów całości, a scenarzysta orzekł, że jego obawy w dużej mierze okazały się płonne, bo jest to film dobry. Głowacki włączył się zresztą w promocję „Wałęsy. Człowieka z nadziei”, tę w Wenecji i tę po drugiej stronie oceanu. Można więc było odnieść wrażenie, że w sumie nic takiego się nie stało, że ofiarą ostrożności Andrzeja Wajdy padły sekwencje nieistotne i nie ma o co kruszyć kopii.

Jednak Głowacki wyciął kolejny numer, bo postanowił upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Skoro jego pomysły nie weszły do filmu, napisał książkę o tym, jak pisał scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy. Zatytułował ją cytatem z Wodza – „Przyszłem” (wyd. Świat Książki 2013). Najpierw można ją było kupić we wszystkich empikach i salonach prasowych przynajmniej w Warszawie, potem zaś została dołączona do „Newsweeka”. Z początku się na to obruszyłem, bo przecież wybitnemu pisarzowi nie wypada. Tu sztuka, a tam marketingowe tricki – myślałem. A potem zrozumiałem, że Głowacki w głębokim poważaniu ma moje etyczne wątpliwości. Nie dość, że jest wybitnym pisarzem, to jeszcze jest wśród wybitnych pisarzy wyjątkowym biznesmenem. Z filmu się koniec końców nie wycofał, książkę napisał, a potem z wyjątkową biegłością sprzedał. Same zyski.

Pisze Głowacki, że „Przyszłem” zrodziło się ze skąpstwa. Ze dwadzieścia scen i pomysłów do filmu nie weszło, a on je lubił i było mu ich żal. Nie policzyłem, ale owych pomysłów niezrealizowanych przez Andrzeja Wajdę było chyba jednak znacznie więcej niż dwadzieścia, ale Głowacki chce najwyraźniej sprawdzić się także jako dyplomata. Więcej – wymyślił Głowacki oś dla filmu, która niechybnie sprawiłaby, że dziś rozmawialibyśmy o innym „Wałęsie”. Osią miała być droga Lecha na strajk. Owe trzy godziny spóźnienia – między początkiem strajku, a skokiem przez płot. To, co się wydarzyło pomiędzy z nim i w nim. Lęki, pytania, wątpliwości, buta, odwaga, duma, nieprzejednanie. Podczas tej drogi Wałęsa miał stać się tym Wałęsą, nie przestając równocześnie być człowiekiem. Bowiem Głowacki nie odmawia mu bohaterstwa, ale też wyposaża w słabości. A to już, sądząc po gotowym filmie, dla Wajdy było niedopuszczalne.

Są w książce Głowackiego inne rozwiązania mniejsze i bardziej istotne, często proste i zdumiewające jednocześnie. Czyta się to i zachodzi w głowę, dlaczego nie ma ich w filmie, dlaczego? Wszystko w myśl, która od zawsze przyświeca twórczości autora „Antygony w Nowym Jorku”: wszystko normalnie, patos ze śmiesznością się miesza.

Jak w życiu, ale nie jak na pomnikach. Miał ponoć Głowacki straszny kłopot z opowiadaniem o Okrągłym Stole. Wymyślił więc, że pokaże, jak stolarze pocą się, aby go wykonać. Mebel niewymiarowy, ni w ząb nie mieści się w kadrze. W dodatku nawet nie ma do niego odpowiednich nóg. Stolarze klną na czym świat stoi. To chciał pokazać scenarzysta, a z offu, niejako spod stołu puścić historyczne cytaty, obrazujące drogę do obrad: z samego Wałęsy, z jego popleczników oraz adwersarzy. Odważne? Być może, ale jak dla mnie znakomite.

Czytając „Przyszłem”, miałem przed oczami film, jaki wymyślił sobie Janusz Głowacki. Podobno w pierwszej rozmowie z Wajdą powiedział, że do Wałęsy ma stosunek dobry i to widać, słychać i czuć. Wałęsa w jego ujęciu da się lubić, bo jest w nim coś z Zeliga, ze Szwejka i – chyba tak – z Napoleona. A cały obraz byłby, tak przypuszczam, w stylistyce trochę jak z czeskiego kina. Albo poprzednich rzeczy Janusza Głowackiego, gdzie się patos mieszał zwyczajnie ze śmiesznością. Czasem tylko w opowieść pisarza o Wałęsie, o tamtych czasach i o tamtej Polsce wkrada się najczystsza groza, dla pikanterii podlana okrucieństwem. Mieszanka wybuchowa tworzy śmieszną i przerażającą książkę. Przeważnie ironiczną, ale czasem też autoironiczną. Wypełnioną żartami i anegdotami, ale i przechodzącą w ton serio. Zrywającą z Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej przyjemny i zwodniczy nimb nostalgii, każący idealizować wszystko, co było dawno, bo byliśmy wtedy dziećmi albo byliśmy piękni i młodzi. Głowacki pośród ironii i cynicznych póz przypomina, że to wcale nie było fajne znacznie dobitniej, niż czyni to w swoim filmie Andrzej Wajda.

Za „Przyszłem” mam zatem dla Janusza Głowackiego tylko podziw. Pisze on w którymś momencie, że powodzi mu się jako tako. No to teraz, po „Przyszłem” i po „Wałęsie”, pewnie nawet lepiej niż jako tako. I dobrze, bo książka zostanie. Nie zdziwiłbym się tylko, gdyby Andrzej Wajda przestał otwierać jego listy. Cóż, są zyski, jakieś koszty pewnie też muszą być.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 252

(45/2013)
5 listopada 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj