Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Azja w zbliżeniu]...

[Azja w zbliżeniu] Tajlandia w ogniu protestów

Krzysztof Renik

Iskrą, która rozpaliła płomień antyrządowych wystąpień w Bangkoku, a także w kilku innych miastach Tajlandii była kolejna próba przyjęcia przez władze ustawy o amnestii.

Wystąpienia te z różnym nasileniem trwają od niemal sześciu tygodni. Ich apogeum przypadło na ostatnie dni listopada i początek grudnia. Kiedy wraz z tysiącami demonstrantów stałem pod tajskim Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, którego gmach szturmowali protestujący, jeden z nich wyjaśniał mi zdecydowanym głosem: „Jesteśmy tu po to, by sprzeciwić się ustawie o amnestii. Ona sprzyja kryminalistom. Musimy wspierać ruch protestu wobec tej amnestii”.

Przez przeciwników obecnego rządu amnestia uznana została za akt przyjmowany głównie po to, by objąć nią byłego premiera Tajlandii Thaksina Shinawatrę, skazanego za korupcję na dwa lata więzienia. Polityk nie trafił jednak za kraty – przebywa obecnie na emigracji. Funkcję premiera Tajlandii pełni natomiast jego siostra, Yingluck Shinawatra. W opinii przeciwników rządu jednak faktycznym szefem obecnej administracji jest właśnie Thaksin Shinawatra, który zakulisowo, steruje wydarzeniami w Tajlandii z emigracji w Dubaju. Jak sam wielokrotnie mówił, chciałby powrócić do kraju i brać udział w życiu politycznym. On i jego zwolennicy twierdzą, że wyrok był motywowany politycznie, a duża część społeczeństwa ceniła prowadzoną przez niego politykę. Kiedy chodziłem po Bangkoku w te wypełnione demonstracjami dni i pytałem o Thaksina Shinawatrę, zdarzało mi się usłyszeć: „Wielu ludzi w Tajlandii chciałoby, żeby wrócił, bo on jest Tajem; jest Tajem, który zrobił wiele dobrych rzeczy dla kraju. Z pewnością wielu ludzi chce, żeby wrócił”.

Zacząłem od opowieści o iskrze, która rozpaliła płomień demonstracji, jednak mogła ona zapłonąć jedynie dlatego, że w społeczeństwie Tajlandii od lat tli się żar niezadowolenia. Przed kilkoma laty wyniósł on do władzy Shinawatrę. W jednym z wywiadów były premier charakteryzował sytuację w kraju u początku swoich rządów: „Kiedy organizowałem moją nową partię, odwiedzałem prowincję, obszary wiejskie. Rolnicy, którzy wówczas do mnie przychodzili, prosili, bym był premierem ludzi biednych. Oni muszą poczuć, że ktoś się o nich troszczy. Oni czują się opuszczeni, nie mają żadnej nadziei”. Subsydiowanie przez jego rząd produkcji ryżu, wsparcie finansowe dla budowy infrastruktury w najbardziej zacofanych regionach kraju, rozwinięcie pomocy socjalnej pozwoliło Shinawatrze stworzyć wizerunek polityka przyjaznego ludziom ubogim. Tym bardziej, że w licznych wypowiedziach grał na emocjach najbiedniejszych: „Rząd powinien stworzyć im możliwości. Jeżeli damy im rybę – nie będzie dobrze. Powinniśmy dać im wędki i uczyć, jak ich używać. To była moja idea, by dać im możliwości, szanse. Poza tym, oni potrzebują dostępu do kapitału. Może być niewielki, byle pomógł im troszczyć się o rodzinę”.

Po takich wypowiedziach, mimo iż jest magnatem finansowym, uznany został przez elity gospodarcze Tajlandii, przez wielkomiejską inteligencję za populistę, który głosząc populistyczne hasła chce utrzymać się przy władzy, a obecnie powrócić do kraju. Czy Thaksin Shinawatra był rzeczywiście zainteresowany losem ubogiej części tajskiego społeczeństwa? Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć, ale z całą pewnością czuł ów żar, który może wybuchnąć płomieniem potężnego protestu. Protestu ludzi, dla których standardy życia w Bangkoku czy innych metropoliach Tajlandii są trudne do wyobrażenia. Eksperci bili na alarm już dawno. W kraju, który turyści oglądają z perspektywy luksusowych ośrodków wypoczynkowych, podziały społeczne sięgają bowiem niebywałych rozmiarów. Różnica w zamożności między grupą 20 proc. najbogatszych a grupą 20 proc. najbiedniejszych jest ponad 30-krotna, w Japonii – dla porównania – nieco ponad 3-krotna. W tej sytuacji kiedyś musiało dojść do wybuchu.

Nie ulega wątpliwości, że popularność rodziny Shinawatrów na tajskiej prowincji zaczęła niepokoić wielkomiejskie elity. Świadomie czy nie, z przekonania o potrzebie przemian czy z przypadku, Shinawatrowie obudzili tak zwane masy. Uświadomili im, iż mogą nie tylko pracować, lecz także żądać. Dlatego dla miejskich establishmentów stali się zagrożeniem jako populiści, którzy mogą zagrozić dominującej cały czas pozycji miejskiej klasy średniej, a także wielkomiejskiej inteligencji i kręgom związanym z dworem królewskim. Kiedy na przełomie listopada i grudnia przyglądałem się protestom na ulicach Bangkoku, widziałem wśród demonstrujących przedstawicieli miejskiej klasy średniej, inteligentów i młodzież studencką, czyli właśnie te grupy społeczne, które mogły się poczuć zagrożone obudzonymi przez Shinawatrów masami.

Kiedy piszę te słowa wiem już, że Yingluck Shinawatra zdecydowała się rozwiązać dotychczasowy parlament i ogłosić przedterminowe wybory. Jeżeli tę decyzję zaakceptuje król – Tajlandia jest wszak monarchią konstytucyjną – wybory miałyby się odbyć na początku lutego. Ale opozycja nadal nie akceptuje takiego rozwiązania – chce utworzenia bliżej nieokreślonej rady ludowej. Przywódcy obecnego protestu zarzucają Shinawatrom populizm, tymczasem sami zdają się podążać owym populistycznym szlakiem.

Tajlandia przeżywa pewien rodzaj rewolucji społecznej, wyrażanej językiem właściwym dla jej kultury i tradycji. Jak na razie dla wszystkich graczy biorących udział w tej rewolucji, istotny pozostaje głos monarchy, 86-letniego króla Bhumibola Adulyadeja, który w przemówieniu na początku grudnia wezwał wszystkich do wykonywania ról społecznych zgodnych z ich miejscem w społeczeństwie. Dla Tajów słowa króla ciągle jeszcze pozostają ważną wskazówką, jednocześnie jednak obudzona przez Shinawatrę uboga prowincja może w dającej się przewidzieć przyszłości zacząć kwestionować także królewskie wskazania. Gdyby tak się stało, jedno z najistotniejszych spoiw kraju zaczęłoby pękać. Byłby to proces znany w Azji nie tylko z doświadczeń Tajlandii.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 257

(50/2013)
12 grudnia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj