Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Chiny] Mediacje na...

[Chiny] Mediacje na medal

Katarzyna Sarek

Wielkie utrapienia Chińczyków ściągają przed ekrany miliony widzów. Mediacyjne programy telewizyjne cieszą się coraz większą popularnością wśród chińskiej publiczności, choć niekoniecznie pokazują całe spektrum problemów społeczeństwa.

Już ponad 30 chińskich kanałów telewizyjnych może poszczycić się koncyliacyjnym talk show, w których zawodowi mediatorzy godzą skonfliktowane strony. O ile wcześniejsze gorące randkowe czy wyłaniające talenty programy zazwyczaj po jakimś czasie dostawały z Pekinu czerwoną kartkę i znikały z anteny, to godzące ludzi audycje niezmiennie cieszą się poparciem władz i zdobywają coraz szersze grono oddanych widzów.

Najsłynniejszym z nich jest nadawany nieprzerwanie i codziennie od 21 marca 2011 roku na kanale Jiangxi TV talk show „Jinpai tiaojie” (Mediacje na złoty medal), w którym ława ekspertów, a przy okazji również spora część Chin, z uwagą wysłuchuje zapętlonych w najróżniejsze konflikty ludzi. Spektrum problemów koncentruje się przede wszystkim na kwestiach sercowo-rodzinnych, w grę wchodzą najczęściej zranione uczucia lub krzywda finansowa (zazwyczaj materializująca się jako mieszkanie lub plik akcji). Tytuły styczniowych i lutowych odcinków to cała feeria problemów miłosnych (zdrada, porzucenie, rozwód), rodzinnych (opętany mąż, depresyjna teściowa, zbuntowana 32-letnia córka), finansowych (walka o dom czy spadek, odszkodowanie za zerwanie), a nawet dżenderowych (student przebierający się za kobietę). W ciągu 45 minut programu udaje się dojść do głosu głównym bohaterom, zaproszonym do studia ekspertom – prawnikom, psychologom, mediatorom, uroczej prowadzącej, a niekiedy nawet udaje się pogodzić skłócone strony i triumfalnie obwieścić sukces mediacyjny. Emocje widzów skutecznie prowadzi podkład muzyczny, potoki łez uczestniczek (czasem też ekspertek) i nieskazitelny spokój głównego mediatora.

Skąd rosnąca popularność? Powodów jest wiele. Jednym z nich jest tradycyjna powściągliwość w wywlekaniu domowych brudów na zewnątrz. Nie przyzwyczajona do publicznego ekshibicjonizmu chińska widownia z olbrzymim zainteresowaniem ogląda zaciekłe spory i wylewanie pomyj. To zamiłowanie do przyglądania się sprawia, że jakikolwiek konflikt w miejscu publicznym – czy to pyskówka, czy regularna bójka – przyciąga masę gapiów, którzy w kółeczku przyglądają się starciu, bynajmniej nie próbując interweniować lub rozdzielać stron. Czemuż więc producenci telewizyjni nie mieliby polepszać sobie wyników oglądalności, pokazując na antenie prawdziwe, buzujące emocjami, płaczem i wściekłością konflikty? A równocześnie nikt im nie zarzuci, że podminowują ład społeczny i zachęcają do Bóg wie czego. Mediacyjne talk show także doskonale wpasowują się w wytyczne cenzorów – propagowanie polubownego rozwiązywania sporów. Program, w którym skłócone strony dzięki mądrym radom mądrych ludzi osiągają konsensus, to sam miód na serce propagandy i obleczenie w ciało koncepcji „harmonijnego społeczeństwa”. Dodatkowe wsparcie pochodzi od instytucji rządowych, sądów czy policji, które chcą pokazać, że mediacje są lepszym pomysłem niż kosztowne, długotrwałe i w gruncie rzeczy nie rozwiązujące problemu ciąganie po trybunałach. Padają argumenty bardziej etyczne niż prawne, prawo majaczy się gdzieś w tle jako „ostateczna ostateczność”. Zaproszeni do studia eksperci tłumaczą, jak wygląda proces, podkreślają wysokie koszta, niewielkie zyski, zniechęcają do wchodzenia na drogę sądową jako niszczącą stosunki międzyludzkie i społeczne. Co z tego, że wygrasz proces z siostrą i wyrwiesz od niej więcej ze spadku, skoro w efekcie zamienicie się w śmiertelnych wrogów? Widać jak na dłoni, że warto rozmawiać.

Właściwie można by dojść do wniosku, że taki mediacyjny talk show to świetna rzecz. Pokazuje ludziom, jak rozmawiać z bliskimi o trudnych sprawach, w jaki sposób rozwiązywać spory, wskazuje na możliwe w danej sytuacji ścieżki postępowania. Jest jednak całkiem pokaźne ALE.

Patrząc bowiem na przekrój tematów można dojść do wniosku, że Chińczycy nie mają innych zgryzot niż problemy rodzinne i walka o pieniądze (i to zazwyczaj w rodzinie). Charakterystyczne jest, że ok. 80 proc. programów dotyczy właśnie tych konfliktów. Bardzo rzadko pojawiają się odcinki dotyczące problemów lokalnych społeczności czy największych bolączek całego społeczeństwa – bezprawnych zajęć ziemi, wyburzenia domów czy sporów medycznych. To akurat są spory, które naprawdę wymagają fachowej i mądrej mediacji, a tu nic, zero, nul. Czemu o takich problemach nie rozmawia się w studio, można jedynie gdybać. Być może w grę wchodzi nadmierny, jak na niecałą godzinę programu, poziom zawiłości, łatwiej pogodzić herod-babę z mężem pantoflarzem lub odwrotnie, niż przebrnąć przez długą i zagmatwaną kwestię dotyczącą błędów medycznych czy wywłaszczenia działki. Kolejną kwestią może być problem ze ściągnięciem do studia obu stron konfliktu, pokrzywdzonego nie trzeba namawiać, oskarżany – wątpliwe, by miał ochotę tłumaczyć się przed milionami widzów ze swoich domniemanych czy prawdziwych przewin. Powodem może też być fakt, że nagłaśnianie takich spraw szybko skończyłoby się utratą sympatii władz lokalnych i centralnych – z wiadomo jakim skutkiem…

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 266

(7/2014)
13 lutego 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj