Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Guy Delisle, rysunkowy...

Guy Delisle, rysunkowy kronikarz [KOMIKS]

Tomasz Pindel

Kanadyjski autor komiksów to nietypowy podróżnik, którego reporterskie oko i talent plastyczny tworzą mistrzowski zapis bolączek dnia codziennego w najdalszych zakątkach świata. O jego komiksach, wydanych w ostatnich latach w Polsce, pisze Tomasz Pindel.

Delisle_Kroniki_okladkaPrzepis na komiksowy sukces może wyglądać tak:

1) Bierzemy zdolnego rysownika.
2) Wysyłamy go do jakiegoś odległego i egzotycznego kraju.
3) Dajemy mu tam sporo czasu, żeby miał kiedy chodzić, oglądać i robić szkice. A także, żeby zaznał tzw. normalnego życia.
4) Uzyskujemy w ten sposób komiksowy album.
5) Wysyłamy rysownika do następnego kraju.
6) Patrz punkt 3) – i dalej.

Tak mniej więcej można by syntetycznie ująć przebieg kariery Guy Delisle’a. Kanadyjczyk ów, z zawodu animator, nadzorował prace kolegów po fachu w azjatyckich studiach produkujących filmy rysunkowe. I tak trafił najpierw do Chin – z których przywiózł album „Shenzhen” (2000, niewydany po polsku), a następnie do Korei Północnej, który to pobyt zaowocował kolejnym dziełem – „Pjongjang” (2003, po polsku wydanym w 2006 r. jako „Phenian”, a potem wznowionym, już pod właściwym tytułem, w 2013 r.). Później jego kariera animatora straciła nieco swój międzynarodowy impet, ale za to szczęśliwie (na pewno dla nas, ale dla siebie chyba też) związał się z niejaką Nadège, pracującą dla Lekarzy bez Granic, i wspólnie wylądowali w Etiopii (acz tu artystycznego rezultatu zdaje się zabrakło), w Birmie (et voilà – „Kroniki birmańskie”, 2007 – a u nas 2008) oraz w Izraelu (i znów: „Kroniki jerozolimskie”, 2011 – u nas ukazały się dosłownie przed chwilą).

To właśnie te dwie ostatniDelisle_Kroniki_1e pozycje uważane są (słusznie, śmiem twierdzić) za najlepsze dzieła Kanadyjczyka, w nich bowiem doprowadził do perfekcji to, co stanowi o ich sile. O ile „Pjongjang” zachowuje, w sumie pozorną, linearność fabuły, to znaczy prowadzi narrację o doświadczeniach rysownika, który trafia do Korei Północnej i ze zdumieniem obserwuje ów kraj i jego mieszkańców, o tyle kolejne dwie „Kroniki” składają się z króciutkich epizodów, na dwie-trzy strony, pokazujących codzienne życie Delisle’a i świat, który go otacza. Zatem – niby seria odrębnych obrazków, ale dająca spójną i całkiem głęboką wizję.

Siłą tych albumów jest bowiem to, że perspektywa ich autora i zarazem głównego bohatera – Delisle’a właśnie, jako że autobiograficzność tych historii nie budzi wątpliwości – jest całkowicie zwyczajna, nieobarczona żadnymi wcześniejszymi skojarzeniami czy (w każdym razie pozornie) wiedzą na temat kraju, do którego przybył. Guy i jego rodzina lądują w Birmie czy Jerozolimie i mierzą się z najpospolitszymi problemami: trzeba wynająć mieszkanie, znaleźć opiekunkę dla dziecka (do Birmy państwo Delisle’owie trafiają z małym Louisem, a w Izraelu rodzina powiększona jest o Alice), pójść gdzieś na spacer, znaleźć sklep z papierem do rysowania – i tak dalej. Zarazem zajęty zwykle domowymi obowiązkami ojciec znajduje trochę czasu, żeby przejść się po mieście, coś zobaczyć, porozmawiać z ludźmi. Wiedzę taką zdobywa najczęściej przypadkiem – cudzoziemiec, zwłaszcza z dzieckiem, zwraca na siebie uwagę – ale czasem po prostu bierze przybory do szkicowania i idzie popatrzeć na przykład na punkt kontrolny, gdzie Palestyńczycy są legitymowani przez wojsko izraelskie, albo wybiera się na zwiedzanie starego miasta w Jerozolimie, gdzie tymczasem wszystko jest pozamykane i zieje pustkami – bo szabat.

Delisle_Louis_1Pozornie naiwna perspektywa sprawdza się doskonale w obu przypadkach: wtedy, kiedy pokazać trzeba kraj zasadniczo nieznany Europejczykom – jak Birma, egzotyczna pod każdym względem, dość zagadkowa i tajemnicza dyktatura z silnym mistycznym akcentem – czy też kiedy mamy do czynienia z teoretycznie doskonale znanym, ale piekielnie skomplikowanym konfliktem, jak ten palestyńsko-izraelski. Epizody z życia codziennego rodziny (Delisle ma ewidentny talent do pokazywania takich zwykłych sytuacji z humorem i celnie, wydał zresztą niedawno album „Guide du mauvais père” – Poradnik złego ojca) przeplatają się ze scenkami rodzajowymi, czasem turystycznymi, ale nade wszystko z obserwacjami dotyczącymi spraw zwykłych, często drobnych, ale w sumie dającymi zaskakująco głęboki obraz opisywanego miejsca. O realiach Birmy Delisle opowiada nam, opisując swoją wizytę w supermarkecie, szkicując (bez słów) scenkę z wędrownymi sprzedawcami czy pokazując na przykładzie prasy działanie cenzury. W Izraelu, z kolei, ukazuje praktyczne trudności związane ze znalezieniem przedszkola dla dzieci (panie opiekunki zasadniczo załatwiają program zajęć, sadzając podopiecznych przed telewizorem na cały dzień) albo opisuje swoją wycieczkę szlakiem świętych miejsc: do kościoła chrześcijańskiego wchodzi, do synagogi wchodzi, ale przy wejściu do meczetu zostaje zatrzymany i ‒ jako że nie umie wyrecytować szahady ‒ musi zadowolić się rysowaniem z oddali, wzdychając na ostatnim kadrze: „Muzułmanie…”. Rządzi tu zatem logika minimalistyczna, nie ma wielkich syntez czy podsumowań, ale przyznam, że czytałem krótko po „Kronikach birmańskich” reporterską książkę o Birmie, całkiem dobrą zresztą, i mam silne wrażenie, że z komiksu Kanadyjczyka dowiedziałem się znacznie więcej.

Delisle_Albert_okladkaKreska Delisle’a jest prosta, postaci ludzkie narysowane są niemal szkicowo, ale za to plenery, budynki, pejzaże – choć wciąż utrzymane w owej graficznej prostocie – oddane są bardzo wyraziście. Delisle urozmaica narrację, większość epizodów ma charakter narracyjny, z odautorskimi komentarzami, ale pojawiają się scenki bez żadnych dialogów, czysto obrazkowe sekwencje (proszę zerknąć choćby na świetny rozdział „Turystyka w Baganie” z „Birmańskich” czy „Wakacje w Ejlat” z „Jerozolimskich”) oraz graficzne urozmaicenia: sporadyczne cytaty z innych rysowników, skromne, ale precyzyjne użycie kolorów.

Podróżnicze albumy to jednak nie wszystko, druga – niereporterska i „niema” – odnoga twórczości Kanadyjczyka zmierza w zupełnie inną stronę. Jak dotąd po polsku mieliśmy tylko album „Louis na plaży” (2008, u nas: 2009), acz „po polsku” to nie jest zbyt celne wyrażenie, jako że album ten w ogóle nie ma tekstu (prócz tytułu). Jest to historyjka o perypetiach synka rysownika, który mierzy się z różnymi przeciwnościami losu, ale zawsze może liczyć na wsparcie swojego pluszowego konika – świat realny płynnie przechodzi w fantazję dziecka, a sam Delisle pojawia się w tle i trzeba przyznać, że facet ma do siebie dystans. W albumikach o Louisie (jest jeszcze niewydany u nas tom „Louis na nartach”) widać wyraźnie animacyjne doświadczenie autora: wszystkie kadry są identyczne i malutkie, a tok narracji kojarzy się z animacją poklatkową, jest znacznie bardziej szczegółowy, niż to się zwykle w komiksach praktykuje.

Delisle_Albert i Alina_1Do tej grupy zalicza się też tom „Albert i Alina”, też właśnie wydany u nas jednym rzutem z „Kronikami jerozolimskimi”. Album to zbiór krótkich historyjek, także bez słów i także bliskich owej poklatkowej poetyce, ale utrzymanych w zupełnie innym klimacie. O ile „Louisa” warto oglądać razem z dziećmi i wspólnie chichotać z jego przygód, o tyle strony „Alberta i Aliny” raczej należy przed dziećmi zasłonić. Nie tylko ze względu na liczne akcenty erotyczne, choć nagich postaci i scen seksu jest tu pełno, acz narysowane są wybitnie niepornograficznie: bardzo uproszczoną kreską, symbolicznie i szkicowo; nie brak też różnorodnych miłosnych praktyk. Chodzi mi raczej o panujące tu zupełnie inne poczucie humoru, dalekie od ciepłoty wcześniejszych albumów: to tom groteskowy, pełen purnonsensu, a czasem czystej makabreski. Przy tym nie są to tylko czcze żarty, humor dla humoru – Delisle cudownie i bardzo prostymi, zdałoby się, chwytami obrazuje pewne zachowania (świetna scenka z Franciszką, małą dziewczynką, która długo płacze, przestaje, a potem uzupełnia sobie zasoby wody w organizmie i znów może ryczeć do woli) czy psychologiczne stany (jak choćby epizod o leżącym na kozetce Erneście, któremu psychoterapeuta dosłownie wyciąga kawałki nagich kobiet z głowy, albo historia Elżbiety –dramat o toksycznej relacji matki z córką: całe życie na czterech stronach!). Mnóstwo jest tu motywów związanych z ciałem: rozczłonkowywanym, traktowanym przedmiotowo, pochłanianym i pochłaniającym. To humor przedni, ale nie „gratisowy”, podszyty absurdem, ale nie tylko – naprawdę sporo można tu wyczytać (wciąż się świetnie bawiąc, oczywiście).

Znakomicie, że albumy Delisle’a dostajemy w godziwej ilości i takim tempie, bo to bez wątpienia twórca, którego warto poznać dogłębnie i którego pole oddziaływania może wykroczyć daleko poza typowe kręgi miłośników komiksów.

 

Komiksy Guy Delisle’a wydane w Polsce:

— „Phenian” (wyd. II jako „Pjongjang”), Kultura Gniewu, Warszawa 2006 (II wyd. 2013).
— „Kroniki birmańskie”, Kultura Gniewu, Warszawa 2008.
— „Louis na plaży”, Kultura Gniewu, Warszawa 2009.
— „Albert i Alina”, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.
— „Kroniki jerozolimskie”, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 272

(12/2014)
25 marca 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj