Bądź na bieżąco!

Zapisz się na newsletter
Kultury Liberalnej

Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Pop-papież, czyli rzecz...

Pop-papież, czyli rzecz o symbolach religijnych w popkulturze na marginesie filmu „Karol, który został świętym”

Marta Kołodziejska

W „Karolu, który został świętym” krytykowano niemal wszystko: od chaotycznego montażu, przez bezrefleksyjne powielanie klisz, skończywszy na chęci zarobienia na kanonizacji Jana Pawła II. I całkiem słusznie. Pytaniem pozostaje, w jaki sposób dokonało się w tym przypadku wprzęgnięcie symbolu religijnego w ramy popkultury.

Karol_(08)1Zrekonstruujmy pokrótce fabułę: Kacper, którego tata-żołnierz zginął – jak się domyślamy – na służbie, a którego matka dużo pracuje, spędza kilka dni pod opieką dziadka. Ów dziadek odrywa wnuczka od komputera, który służy mu m.in. do robienia animacji czołgów, i zabiera na wycieczkę w góry. Podczas tej wycieczki chłopiec nie tylko uczy się, że aby zrobić herbatę w bacówce bez prądu, należy zerwać sopel i rozpalić drewnem w kozie, ale poznaje też historię przyjaźni swojego dziadka (Piotr Fronczewski) z Karolem, który szybko okazuje się przyszłym papieżem. Historia tej przyjaźni zaczyna się w PRL, kiedy to tajemniczy mężczyzna ratuje grupkę konspirującej młodzieży przed więzieniem, przekonując milicjantów, że to zagraniczni studenci (robi to, pokazując im artykuł niemieckiego filozofa udający pismo z niemieckiej ambasady). Wdzięczna młodzież odwiedza następnie bazylikę, by podziękować modlitwą za ratunek, co zasugerował tajemniczy nieznajomy, odmawiając przyjęcia pieniędzy za pomoc. Tam okazuje się, że ich wybawca jest księdzem. Zaprzyjaźniają się i dzięki tej znajomości cała grupa doświadcza różnych emocjonujących wydarzeń, których sprawcą lub głównym aktorem jest przyszły Ojciec Święty. Po wielu latach ten sam Karol wybrany zostaje na papieża, ku radości Polaków i zakłopotaniu władz. Dzięki opowieściom dziadka Kacper nabiera wiary w siebie i jest gotów stawić czoła starszemu koledze, który pastwi się nad młodszymi dziećmi, zabierając im kieszonkowe. Swoje talenty w dziedzinie animacji komputerowej odmieniony wnuczek wykorzysta, by stworzyć film o Janie Pawle II, którym jest właśnie „Karol, który został świętym”.

Film składa się z dwóch, sprawiających wrażenie sklejonych naprędce, fragmentów: animowanego i fabularnego. Część animowana budzi sporo zastrzeżeń estetycznych: animacja żywcem wyjęta z „Minecrafta” raczej nie trafi do najmłodszych odbiorców, rozpieszczonych przez filmy studia Pixar, co najwyżej rozczuli kilku starszych wiekiem geeków. W części fabularnej Piotr Fronczewski dwoi się i troi, żeby dodać opowieści nieco humoru i lekkości, co nieźle mu wychodzi, mimo że cała filmowa narracja jest moralnie czarno-biała. Konspirująca młodzież jest dobra (i wierząca), wszyscy przedstawiciele władz i milicji, poza jednym wyjątkiem – źli, co sugerują między innymi ich czarne płaszcze i ziemiste twarze; jak dowiadujemy się z filmu, są to po prostu „łobuzy”. O samym Karolu, który został świętym, nie dowiemy się z filmu zbyt wiele. Dlaczego właściwie został świętym? W jaki sposób „zwyciężył komunizm”, o czym słyszymy wielokrotnie z ust najważniejszych postaci? Jak to się stało, że ksiądz z Krakowa został głową Kościoła katolickiego? Niestety film nie daje żadnych odpowiedzi na te pytania – musi nam wystarczyć informacja, że Karol Wojtyła był dobry i odważny, nikogo nie skrzywdził (nawet komunistów), a potem został papieżem i pielgrzymował z Watykanu do Polski. Rzecz jasna, nie spodziewam się w filmie dla dzieci dyskusji z symbolem, jakim jest Jan Paweł II, jednak to, że film skierowany jest do młodszego odbiorcy, nie musi oznaczać infantylizacji i maksymalnego uproszczenia przekazu (tu przywołam, jako przykład filmu dla dzieci unikającego wpadania w te pułapki, wspaniałą „Meridę Waleczną” studia Pixar, którą zarówno ja, jak i mój 12-letni brat oglądaliśmy z zapartym tchem). Twórcy „Karola…”, spiesząc się, by zdążyć z premierą przed kanonizacją, zapomnieli o istotnym elemencie budowania fabuły, jakim jest powiązanie kluczowych wątków. Wystarczyło im zapewne, że sale kinowe zapełnią szkolne wycieczki.

Symbole religijne w popkulturze – pole minowe potencjalnych konfliktów

Karol_(09)1Sam fakt, że symbol religijny obecny jest w kulturze popularnej, nie budzi dzisiaj zaskoczenia ani oburzenia. Motywy religijne są chętnie eksploatowane przez kino: wystarczy wspomnieć, ile filmów powstało o Jezusie czy innych postaciach biblijnych. Tylko w tym miesiącu możemy oglądać dubbingowanego „Syna Bożego” oraz efekciarskiego „Noego”, w którym Russell Crowe niczym antyczny heros musi w trudnych warunkach atmosferycznych zbudować arkę i odeprzeć ataki agresywnych niewiernych. Z drugiej strony, znajdziemy też takie obrazy jak „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Scorsese’a (na podstawie książki N. Kazantzakisa) czy „Ewangelia wg św. Mateusza” Pasoliniego. Wszystkie wymienione filmy łączy jedno: są to elementy obiegu kultury wykorzystujące symbole religijne. Różni je natomiast sposób ich wykorzystania: powielają znaną opowieść w nowej oprawie wizualnej (dwa pierwsze filmy) lub podejmują refleksję nad tekstami religijnymi i przyjętymi powszechnie interpretacjami. Pierwszy sposób zwykle przechodzi bez echa, nie wywołując oburzenia odbiorców, natomiast ten drugi, właśnie z racji przełamywania stereotypowych sposobów myślenia, nierzadko budzi kontrowersje.

Nie spodziewam się w filmie dla dzieci dyskusji z symbolem, jakim jest Jan Paweł II. Jednak sam fakt, że film skierowany jest do młodszego odbiorcy, nie musi oznaczać maksymalnego uproszczenia przekazu.

Marta Kołodziejska

Popkultura z łatwością adaptuje i inkorporuje rozmaite symbole, również religijne. Opiera się ona na ironii (również autoironii) i pastiszu, jej kanony są płynne i szybko się zmieniają, w dużej mierze zależą od kaprysów rynku. „Przechwytywanie” rozmaitych symboli przez popkulturę może mieć miejsce, ponieważ znaczenie symboli nie tkwi w nich samych, lecz jest konstruowane przez odbiorców i zależne także od kontekstu. Przywołując słynne zdanie Paula Ricoeura, „symbol daje do myślenia”, a więc poddaje się interpretacjom, jest przyczynkiem do rozwiniętej refleksji. Jeżeli więc kontekst jego użycia zostaje zmieniony, na przykład – jak w przypadku symbolu religijnego – wykorzystuje się go poza przestrzenią kościoła czy sali katechetycznej, w naturalny sposób prowokuje odbiorców do zadawania pytań na temat dopuszczalnych form jego użycia. Oto przykład takiej sytuacji: wykorzystanie ikony Czarnej Madonny z Jasnej Góry na okładce czasopisma „Machina” z 2006 r., w którą wklejono twarze piosenkarki Madonny i jej córki Lourdes, wywołało sprzeciw wielu środowisk katolickich (i nie tylko) w Polsce, uznających taki kolaż za obrazę uczuć religijnych lub wręcz świętokradztwo. Wykorzystanie symbolu religijnego, dla wielu wiernych powiązanego z historią Polski i wartościami patriotycznymi, w celach komercyjnych i rozrywkowych, w dodatku w zestawieniu z piosenkarką skandalistką (będącą niemal recydywistką, jeśli chodzi o obrazę uczuć religijnych), było dla tych osób rzeczą nie do pomyślenia. Przez twórców okładki i większość odbiorców pisma kolaż ten traktowany był natomiast jak zabieg artystyczny, mieszczący się w granicach wolności słowa, jak ikonograficzna gra słów (Madonna-Lourdes – Czarna Madonna). Konflikt, jaki miał na tym tle miejsce, dowodzi, że nie istnieją jasno sprecyzowane reguły funkcjonowania symboli religijnych w sferze pozareligijnej. Liczne przykłady ze świata sztuki, jak np. burza wokół instalacji „Pasja” artystki Doroty Nieznalskiej, pokazują, że konflikt o wykorzystanie symboli religijnych toczy się nie tylko w popkulturowych mediach, lecz także w przestrzeniach galerii, muzeów i placówek edukacyjnych.

Refleksyjność w cenie

Karol_(14)1To, że pewne filmy, książki czy wystawy prowokują konflikty i medialne dyskusje, jest moim zdaniem pożyteczne z dwóch powodów. Po pierwsze, pozwala na refleksyjne spojrzenie na kwestie wiary i konwencjonalne przedstawienia symboli religijnych – być może odbiorca poruszony „Ostatnim kuszeniem Chrystusa” sięgnie po Nowy Testament, by przeczytać go dokładnie, lub nawet zechce zapoznać się z treścią apokryfów. Być może pokazanie Jezusa z ludzkiej, niemalże banalnie codziennej perspektywy w filmie Pasoliniego sprowokuje widza do zadawania pytań na temat znaczenia wiary bądź niewiary we własnym życiu. Po drugie, dyskusja, jaka ma wówczas miejsce, dowodzi, że symbole religijne wciąż są żywe i nawet jeżeli służą wyłącznie jako repozytoria społecznej pamięci, są elementem naszej kultury i dlatego warto o nich dyskutować. Od twórców tych kontrowersyjnych dzieł, abstrahując od wartości artystycznej tychże, oczekiwać można odwagi przy podejmowaniu tematów, które mogą być trudne, delikatne czy marginalizowane.

Producenci „Karola, który został świętym” nie mają ambicji, by ich film stał się przedmiotem jakiejkolwiek refleksji, co najwyżej wypracowania szkolnego pod tytułem „Moje wrażenia z seansu”. Przez odtworzenie banałów i potwierdzenie powierzchownej wizji tego, kim był Karol Wojtyła, produkcja ta nie jest niczym więcej niż kolejną nudną laurką. A szkoda, bo przy mniej czołobitnym nastawieniu twórców mógłby wyjść z tego zabawny i wartościowy film.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 274

(14/2014)
8 kwietnia 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj