Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Prosto z USA]...

[Prosto z USA] W poszukiwaniu analogii

Padraic Kenney

Żyjemy znów w czasach, w których historia biegnie tak szybko, że za nią nie nadążamy. Jednocześnie, szukając historycznych analogii, macamy desperacko po zakurzonych szufladach w poszukiwaniu odnośnych dat: 988, 1654, 1938, 1991, 2008 – czy potrzebnie?

Co w takich chwilach jak ta może zaoferować historyk tym czytelnikom i politykom, którzy po raz pierwszy słyszą o Krymie? Tym, którzy po raz pierwszy widzą, że polityka międzynarodowa to coś więcej niż nudne umowy handlowe? Dzisiaj pytamy o przyszłość: czy będzie wojna i co Putin weźmie na deser po Krymie – czego więc oczekujemy od historyka, zajmującego się przecież tym, co już było, a nie tym, co nastąpi?

Historia może podsunąć analogie – ale ważniejsze jest to, co z tymi analogiami robimy, do czego ich używamy.

Padraic Kenney

Zwykle – a moim zdaniem zgubnie – historyk próbuje usytuować to, co dzieje się teraz, w przestrzeni dziejów. Tak robi na przykład wybitny brytyjski historyk Rosji Orlando Figes, autor szczęśliwie świeżo wydanej historii Wojny Krymskiej (tej z XIX wieku). Swój esej o dzisiejszym rozbiorze Ukrainy zaczyna od roku 988, Włodzimierza Wielkiego i przedstawia nam dzieje pełne carów, wojsk i narodów. Wniosek jest taki, że Rosjanie myślą tymi samymi szlakami, więc jeśli zrozumiemy te dawne historie, to zrozumiemy o co Rosjanom i Putinowi chodzi także dziś. Ale takie rozumienie teraźniejszości może usprawiedliwiać Rosjan, można by pomyśleć: „cóż, skoro Rosjanie zawsze czuli związek z tym Krymem, trzeba im przyznać rację”. Co gorsza, pozwala to Amerykanom zdystansować się od wschodniej egzotyki, bo my nie mamy (podobno) takich obsesji historycznych. Nieco z góry patrzymy na narody ciągle snujące swoje historyczne wywody, zabijające się nawzajem z tak wstecznych powodów jak dawne granice.

Nie lubię tej brudnej roboty, kiedy historyk wyjaśnia tło dzisiejszych wydarzeń, a potem oddaje pole innym. Historia jest dla mnie nauką nie tyle o przeszłości, ile sposobem analizy wydarzeń i zjawisk, których korzenie sięgają przeszłości.

Historia może podsunąć analogie – ale ważniejsze jest to, co z tymi analogiami robimy i do czego ich używamy. Pamiętam poranek 11 września 2001 r., gdy siedziałem w swoim gabinecie zastanawiając się, czy jestem w stanie tego dnia prowadzić zajęcia. Zadzwoniła studentka z mojego seminarium o roli historii w polityce z pytaniem, czy zajęcia są odwołane. „Jeszcze nie” odparłem, „ale pojęcia nie mam, co dzisiaj robimy”. „Jak to?” odpowiedziała, „przecież będziemy śledzić to, jakich analogii politycy używają, gdy mówią o tym, co się stało”. I tak robiliśmy przez następny miesiąc. W pierwszych godzinach po zamachu aluzje komentatorów oraz polityków dotyczyły prawie wyłącznie ataku Japonii na Pearl Harbor. Już tydzień później w prasie zaczął pojawiać się Wietnam, a niektórzy porównywali Talibów do Hitlera. Moi studenci mieli świetny podręcznik „Thinking in Time: The Uses of History for Decision Makers” (1986) [„Myślenie czasem. Przewodnik po historii dla decydentów”], w którym politolog Richard Neustadt i historyk Ernest May pokazują, jak amerykańscy prezydenci i ich doradcy szukają historycznych analogii, by zrozumieć kryzysy. Studenci zauważyli, że powołanie się na Hitlera lub Pearl Harbor nie było próbą analizy sytuacji, tylko chwytem retorycznym, służącym do wywołania grozy, strachu i odwagi. Te analogie nie pomagały w rozróżnieniach sił lub zrozumieniu wyborów strategii, przed którymi stali politycy. Gorzej jeszcze, gdy wspominamy np. Monachium (czyli oddanie Sudetów Hitelerowi) przy każdej możliwej okazji – wtedy ten symbol ulegania życzeniom dyktatora traci swoją moc. Niewykluczone, że ten, który w ten sposób powołuje się na historię, chce pokazać tylko, że jest wykształcony i oczytany.

Nie lubię tej brudnej roboty, kiedy historyk wyjaśnia tło dzisiejszych wydarzeń, a potem oddaje pole innym.

Padraic Kenney

Po co nam w takim razie historyczne analogie? Warto je przytoczyć po to, by stworzyć mapę sił czy zrekonstruować obsadę wydarzenia. W badaniu nowej rewolucji na przykład konieczne jest zrozumienie, kto zwykle bierze udział w takim zjawisku. Historyk czy politolog może wtedy zwrócić uwagę na brak którejś ze stron; czytelnik zaś zrozumie, że słowo „rewolucja” to nie pusta fraza, a normalny proces. A jeśli przejdziemy do takich spraw jak inwazja czy wojna, fakt że istnieją pewne reguły w dziejach stosunków międzynarodowych powinien oderwać nas od perspektywy personalnej, gdzie wszystko zależy od osobowości Putina, Obamy czy Merkel.

Najważniejszy odbiorca analogii historycznej to jednak polityk. Bohater książki Neustadta i Maya to Prezydent John F. Kennedy – nic dziwnego, skoro Neustadt był wtedy doradcą Białego Domu. Autorzy pokazują, że podczas kryzysu kubańskiego w 1962 r., Kennedy skorzystał z historii – szczególnie z tego, co wiedział o początku pierwszej wojny światowej – po to, by swoje działanie zapisać w historii. Zrozumiał, że kiedyś historycy będą oceniać jego postępowanie – dlatego uniknął rozpoczęcia wojny. W takich momentach analogie przypominają nam, że obecna chwila też jest – będzie – historią, która zostanie bezlitośnie osądzona.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 275

(15/2014)
16 kwietnia 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj