Wesprzyj Kulturę Liberalną
Kultura Liberalna istnieje dzięki osobom takim jak Ty. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Projekt „P”: cud...

Projekt „P”: cud farmazonii, czyli o operze w dobie „pokwadracia”

Maja Kluczyńska

Cud farmazonii w Teatrze Wielkim objawia serię pytań: co jest najseksowniejsze na świecie? Czy można być bardziej zarażonym zarażaniem? Ujęcie ich w formę opery współczesnej dostarcza nietypowych doświadczeń, tak nietypowych jak podejmowane tematy: „Czarny kwadrat” oraz progeria Leona Bothy.

„P jak Polska, prapremiera, perwersja, pandemonium, pełnia” – tak dramatycznie promuje się na stronie Teatru Wielkiego Opery Narodowej nowatorski w każdym calu projekt otwierający operowe podwoje dla młodych twórców. W zeszłym sezonie artystycznym można było usłyszeć dwie kompozycje – „dla głosów i rąk” oraz „Transcryptum”. Pierwszą – autorstwa Jagody Szmytki w reżyserii Michała Zadary, w której przedmiotem uwagi stała się specyfika produkcji operowej i jej absurdy. Drugą – napisaną przez Wojciecha Blecharza, w której widz, podczas muzyczno-happeningowej wyprawy, eksplorował trzewia zascenia Teatru Wielkiego i  odtwarzał fragmentaryczną narrację o tragedii i traumie. I choć pierwszej części można było zarzucić zbytnią lekkość tematu i realizacji, a drugiej – odczuwalny brak typowo reżyserskiej ingerencji, były to niewątpliwie spektakle, w których doświadczało się zarówno sztuki współczesnej, jak i obcowania z Operą Narodową od środka. W tym sezonie prapremiera kolejnego dyptyku zrealizowana została przez reżysera Krzysztofa Garbaczewskiego, we współpracy z kompozytorami: Sławomirem Wojciechowskim („Zwycięstwo nad słońcem”) i Marcinem Stańczykiem („Solarize”).

pp1

Zrezygnować z iluzji trzeciego wymiaru

„Zwycięstwo nad słońcem” wyrasta na fundamencie futurystycznej opery o tym właśnie tytule, stworzonej przed wiekiem przez Michaiła Matiuszyna (muzyka), Aleksieja Kruczonycha (libretto) i Kazimira Malewicza (scenografia i kostiumy). Rosyjska awangarda przedstawiła swój manifest w alogizmach – czyli dysonansowych brzmieniach i irracjonalnym języku – ale przede wszystkim uwidocznił się on w przełomie, jaki miał się dokonać w „pozarozumie” Malewicza, związanym z jego ideą suprematyzmu, która miała zainicjować kolejny etap rozwoju sztuki. Słynny „Czarny kwadrat na białym tle” (zaprezentowany w 1915), określany „malarskim bytem” czy „królewskim dzieckiem”, stał się symbolem eksplozji nowego uniwersum, gdzie panuje nagie uczucie, a treść poszukiwań stanowi ekspresja czystego koloru wyzwolonego ze zdeterminowanego kształtu. Ta nowa rzeczywistość, przeszyta na wskroś transcendentalną nicością, postulowała porzucenie iluzji przedstawieniowej, a więc bezprzedmiotowość. Przekazu, który ma przynosić obraz, nie sposób odbierać rozumowo. Tam, gdzie łączy się on z dynamizmem formy, rodzi się rosyjski futuryzm. Na tym proces się nie kończy: sztuka powinna bowiem odrzucić także logikę wszelakiego koloru. Co pozostaje? Białe na białym – katastrofa, otchłań, pustka.

 

Spektakle serwują mnóstwo bodźców: wszystko buczy, tańczy, migoce i nie daje się uporządkować. Rzeczywiście możemy je uznać za bezprecedensowe  – ale czy awangardowe?

Maja Kluczyńska

Forma zdolna do generowania znaczeń dominuje w wystawieniu w Teatrze Wielkim. Począwszy od libretta Marcina Cecki (eksneolingwisty!?): język, prawie wyjęty momentami z ust samego Malewicza (dokładnie z jego teksów, a także z wierszy Kruczonycha), przeplata się ze skrupulatnie wyszukanymi i chaotycznie zestawionymi wyjątkami z abstrakcyjnych bolączek malarza. Problem polega na tym, że w momencie, kiedy te niekonwencjonalne frazy zostają wypowiedziane, trudno w tak gęstym znaczeniowo tekście pojąć od razu ich sens. W tym językowym stężeniu wywołuje się intelektualną grę z widzem – choć z czytelnikiem libretta byłaby ona bardziej zajmująca. Nie do końca jednak na rozumowym wnioskowaniu ma się owa gra opierać; potencjalne ogarnięcie całości opery umożliwia jej podział na „Próbę opery”, „Ewolucję” i „Fabrykę”. W pierwszej części przebieg zrywania Malewicza z pokazywaniem, naśladownictwem urozmaicono ontologicznym stwarzaniem wszechświata. Stąd zabiegi sceniczne, takie jak grzebanie przy słońcu, świetle pochłoniętym przez czerń kwadratu, a więc tym samym – powoływanie sztuki na nowo. W kolejnej części za pomocą „biologicznego” monologu „Opiekunki starych ssaków” ukazana jest ewolucja Malewicza à rebours: pozorne, artystyczne „cofanie się” ku złudnie prostszemu, dwuwymiarowemu. Wreszcie trzecia część i technologia machiny powielającej i wymazującej historię. Modernistyczny proces rozpływania się Malewicza w „Czarnym kwadracie” odsyła do kosmizmu w filozofii rosyjskiej, w której energia więzi między człowiekiem a wszechświatem stawia go przed niezrozumiałą, wszechogarniającą rzeczywistością, zmuszającą go do poddania się. Zdaje się, że tym dla malarza mógł być dwuwymiar i czysta barwa.

pp3

W gdzie-necie rządzi progeria i nawija bez przerwy

Druga część dyptyku „Projektu «P»” – „Solarize” – również skupia się wokół jednostki. Za pseudonimem DJ Solarize kryje się zmarły Leon Botha, Południowoafrykańczyk chory na progerię. Jako że starzał się osiem razy szybciej, a średnia wieku osób z tą chorobą to trzynaście lat (Botha dożył dwudziestu sześciu), desperacko próbował zaistnieć w sieci jako artysta, parając się muzyką i malarstwem. Związany z hip-hopowo paradną grupą Die Antwoord, stał się rodzajem oswojonej ciekawostki rodem z dreszczowca. Żywe uosobienie najśmielszej fikcji – zarówno w wyglądzie Leona, jak i w fakcie jego starczej niedojrzałości – przeplata się w libretcie Andrzeja Szpindlera z wątkiem apartheidu, bez którego nie może być mowy o kulturze południowoafrykańskiej. I tak, w warszawskim wystawieniu, oprócz chóru i muzyków z przerostem czaszki i naroślami mamy dwie postacie rodem z plemiennej Afryki – Bothę Krokodyla i Bothę Pingwina, czyli ofiarę i oprawcę okresu apartheidu. Wszyscy na scenie prezentują jakieś oblicze Południowoafrykańczyka – tak jak chór reprezentuje mnogość działań Bothy i różnorodność ich odbioru. Z kolei w kosmiczno-paranoidalnej scenografii Aleksandry Wasilkowskiej pojawia się dmuchany analogon Leona, który wybrzusza się, oj wybrzusza, aby potem czmychnąć ze swoich narodzin! Przez tylną furtkę, jako że przecież to znika przetrwanie.

Fenomen progerii w libretcie Szpindlera kształtowany jest przez język autora (uważam go zresztą za rewelacyjny), który nie bez powodu twierdzi, że kupił go na bazarze. Teksty oscylujące między luźnymi skojarzeniami a powtórzeniami i neologizmami, wielokrotnie przemielone i upchane do formy, brzmią jak drugi, mocny temat muzyczny. Całkowita fragmentaryzacja i „posiekanie” fraz tworzą dezorientującą siatkę powiązań. Quasi-nieśmiech, pseudo-poza nieśmiertelna muchomorowo czy Facio w stylu Ziemi. Kawałkując, serwuje z powrotem. RewindFastForward! albo powracające wykrzyknienie Bobasowie kształtem gwiazd! Szpindler czerpie z mowy hip-hopowego środowiska Bothy, ale i typowych polskich kolokwializmów. Skutecznie temu odpowiada Garbaczewski ze swoimi równie nieoczekiwanymi pomysłami: rodzenie gałek ocznych bądź ich zjadanie, drony, opętańcze ruchy aktorów (bo ci biorą tu górę nad śpiewakami) czy ich osobliwa artykulacja (uważana przez niektórych za pretensjonalną).

pp6

Nie ma udawania

Nie mogę nie wspomnieć, jak wielkie trudności w odbiorze przynosi dyptyk Garbaczewskiego. O tym, że reżyser jest kontrowersyjny, można usłyszeć po każdej jego premierze. Przed tą deklarował, że chce sprawdzić, które gesty uchodzące powszechnie za awangardowe już takimi nie są. W rezultacie spektakle serwują mnóstwo bodźców naraz: wszystko buczy, tańczy, pachnie, migoce i nie sposób tego jakkolwiek uporządkować. Wydarzenie rzeczywiście możemy uznać za bezprecedensowe i niszowe – ale czy awangardowe? Nie ma pewności, czy w dobie „pokwadracia” w ogóle może być mowa o awangardzie. Przedstawienie Garbaczewskiego tchnie pewną formalną świeżością, ale wydaje się, że – przy użyciu podobnych narzędzi – nie ona pierwsza. Sensy zostają zakopane pod zgiełkiem estetyki, twórcy muszą je ujawniać w wywiadach przez dołączenie do postaci Malewicza i Bothy metafizycznego manifestu, jakim miał się stać tegoroczny Projekt „P” – a to już raczej niekonsekwentna gadanina. Malewiczowski kwadrat miałby stać się główną świętością, Botha rodzajem homo sacer – ta koncepcja jest daleka od efekciarstwa, jakie odbywa się na scenie. Wolę myśleć o obu spektaklach w kategoriach bliższych suprematyzmowi – opery nie mają standardowo pokazywać, mają działać jak kwadrat, być jak wszechświat, który po prostu istnieje. Ewentualnie być jak postać i twórczość Bothy, wobec której nie pozostaje nic innego, jak aprobatywne „aha”.

Jedno trzeba przyznać: to wymykanie się spod oceny stanowi o szczególnej jakości Projektu „P”. Przykładanie wszelkich kategorii „recenzujących” wydaje się nieefektywne i krzywdzące wobec powstałych spektakli. Są one niewątpliwie intrygujące, ale chyba nie w przypadku, kiedy kontakt z operą współczesną zaczyna się od zasłyszenia pojęcia campu, który, jak twierdzi Garbaczewski, już jest passé. Nie na campowym ośmieszaniu zasadza się obecny teatr (post?)operowy. Wydaje mi się, że krytyka tych spektakli w dużej mierze opiera się na postrzeżeniowych uprzedzeniach, powstałych przez traktowanie opery jako widowiska, które musi coś przedstawiać. Brak zrozumienia dzieła dobrze wpasowuje się konwencję nazywania twórców awangardą oraz wzmacniania podziału na osamotnionych w swoim geniuszu artystów i zacofaną publiczność. Takie podejście razi naiwnością, szczególnie w kontekście pytania Bothy: „co sprawia, że coś ci się podoba?”, na które Szpindler daje odpowiedź: „chimera”.

Wskrzeszenie chimery Malewicza i Bothy przybiera przeciwną trajektorię rozwoju. O ile pierwszy z nich redukował swe dzieła do minimum, o tyle drugi w pośpiechu rozpakowywał z genetycznie skrzywdzonej materii to, przez co chciał być postrzegany jako artysta. Podobnie rozkładają się też napięcia w muzyce Wojciechowskiego i Stańczyka. Kiedy pierwszy kompozytor alinearnie stosuje syntetyczne brzmienia, zmierzając ku kompaktowości opery, drugi, korzystając z jazzowych motywów, zbliża się do niemal szamańskiego kotła. Ekonomia kwadratu wobec dzikiej wioski zdradza dwa bieguny wspomnianego kosmizmu. A obok tego widzimy rozwiązania reżyserskie Garbaczewskiego, które pewnie nie zawsze odwołują się do świadomej idei czy sensu, za to przytłumiają trochę kompozycję. Nachalność bodźców wywołuje zdezorientowanie, które idealnie oddaje nasz stosunek do podjętych tematów, i to w tak kosmicznej formie.

pp7

Na czym polega cud farmazonii (traktowanej raczej bez masońskich skojarzeń, a odsyłającej do potocznego rozumienia) w dobie „pokwadracia”? Wobec wtórności działań, zużycia słów, kresu malarstwa, można w Teatrze Wielkim wydzielić przestrzeń na eksperymenty. Prawdopodobnie wcale nieoczyszczające, niełatwe i nieprekursorskie, ale za to takie, które można włączyć do kategorii doświadczeń. W dodatku są to eksperymenty, których nie da się oceniać, ani zrecenzować… Ale czy da się to zrobić z czarnym kwadratem albo Bothą?

Opery:
„Zwycięstwo nad słońcem”, reż. Krzysztof Garbaczewski, libretto Marcin Cecko, muz. Sławomir Wojciechowski, dyr. Marta Kluczyńska, Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie,
„Solarize”, reż. Krzysztof Garbaczewski, libretto Andrzej Szpindler, muz. Marcin Stańczyk, dyr. Marta Kluczyńska, Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie.

* Cytaty kursywą pochodzą z libretta „Zwycięstwa nad słońcem” i „Solarize”.
** Fotografie autorstwa Krzysztofa Bielińskiego, Teatr Wielki – Opera Narodowa.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 281

(21/2014)
27 maja 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj