Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Przeciw czkawce, przeciw...

Przeciw czkawce, przeciw niestrawności. „Kochanka Norwida” Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego

Tomasz Dalasiński

„Kochanka Norwida” to przełomowa książka w dorobku Tkaczyszyna-Dyckiego. Poeta pisze znacznie prościej, choć powraca do swoich stałych tematów: miłości, śmierci i psychicznej choroby. Nam stawia zaś pytanie o to, co tak naprawdę stanie się, kiedy poezja zacznie łamać nasze czytelnicze przyzwyczajenia.

W tym tekście ani razu nie pojawi się słowo „matka”.
Korekta: w tym tekście słowo „matka” pojawi się tylko raz. Dwa razy.

***

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki jest poetą przyzwyczajenia. To znaczy: poetą z jednej strony przyzwyczajającym, a z drugiej – przyzwyczajonym. I przyzwyczajanie, i przyzwyczajenie dotyczy w zasadzie tego samego – modelu literatury opartej na powtarzalności, a nawet monotonii, zarówno tematycznej, jak i formalnej.

Kochanka_Norwida_Tkaczyszyn-Dycki_okladka

Z punktu widzenia wiernych czytelników książek autora „Nenii” (do której grupy się zresztą nie zaliczam) można by powiedzieć, że Dycki, pisząc nieustannie ten sam wiersz – co krytyka traktowała najpierw jako dowód jego siły, a potem uczyniła z tego zarzut – dąży do swego rodzaju maksymalizmu „biotekstowego”: poezję czyni życiem, a życie poezją. Jednak nie zgodnie z jakimkolwiek znanym projektem życiopisania, ale na swój indywidualny, niepowtarzalny sposób, poprzez autokreację będącą rezultatem zanurzenia egzystencji w tradycji i kulturze. Natomiast z punktu widzenia czytelnika „letniego” trzeba zauważyć, że Dycki od pewnego czasu jest autorem na tyle powtarzalnym, że zaczyna zjadać własny ogon, powielając przyswojone już dość dobrze przez literacką publiczność tematykę i rozwiązania formalne. A zjadanie własnego ogona w poezji może doprowadzić do czytelniczej czkawki albo niestrawności.

Na większość gastrycznopodobnych przypadłości ludzkość, na szczęście, wynalazła już medykamenty. W „Kochance Norwida” Dycki również wciela się po trosze w rolę laboranta, który usiłuje zniwelować męczące „letniego” czytelnika choroby. Pytanie jednak: zwalcza przyczyny, czy tylko symptomy? Najnowszy tom wierszy Dyckiego z pewnością nie jest przełomowym lekiem na raka, ale też bez wątpienia łagodzi skutki nadużywania poezji schizofrenicznej. Czyni to zaś w sposób najprostszy z możliwych – poprzez radykalizację. W dotychczasowych książkach poetyckich Dyckiego mieliśmy bowiem do czynienia z takim sprzężeniem literatury i życia, które zatwardziałemu teoretykowi poezji sprawiało niemałe problemy – bo gdzie kończy się autobiografizowanie, a zaczyna autotematyzm i autokreacja? (Te trzy kategorie są, co prawda, komplementarne, ale równocześnie odmienne). W „Kochance Norwida” natomiast granice między jednym, drugim i trzecim „auto-” zarysowują się już bardzo wyraźnie. Spójrzmy np. na wiersz „XVI”:

niechaj wystarczy nam to
co wiemy na pewno z wczorajszej
gazety choć każde pożegnanie
ogranicza się do kilku skąpych słów

pożegnanie Dziuni Kraińskiej
także sprowadza się do nieistotnej
wzmianki o fiołkach („Przenosiła
góry. Dotarła właśnie do ulubionych

fiołków parmeńskich”) nie można więc
ułożyć wiersza o życiu p. Kraińskiej
a przecież poeta tylko dlatego rodzi się
poetą ażeby opłakiwać innych

Dzięki temu utworowi wiemy, po co poeta rodzi się poetą, wiemy też, co to jest życie. O takich wierszach można powiedzieć coś „pewnego”, a przynajmniej coś, co będzie graniczyło z pewnością. Ukłon Dyckiego w stronę krytyki i teorii literatury? Być może. Na pewno zaś próba odświeżenia własnej dykcji (Dyckcji?), próba rozświetlenia dotychczasowej ciemności poprzez uwypuklenie lejtmotywów. Te z kolei, jak to mają w naturze, pozostają niezmienne: miłość, śmierć, choroba (psychiczna), poezja, ciało, wreszcie – słowo na M, które, jak zapowiedziałem na wstępie, w tym tekście się nie pojawi. A więc: Dycki ten sam, a jednak  nieco inny. Prostszy. Czytelniejszy. Dostępniejszy. Ale czy przez to przypadkiem nie mniej poetycki?

To pytanie stanowi clou moich rozważań. Czy Dycki nie traci na tej swoistej autocenzurze, na radykalizacji, na uproszczeniu swoich wierszy? Czy konieczność zmiany, podyktowana tyleż autorefleksją, ile opinią czytelników i krytyków, nie powoduje zubożenia tej poezji? Otóż, moim zdaniem, powoduje, choć zubożenia nie należy traktować jako synonimu literackiej „słabości”. Wszak ubóstwo również jest siłą, nawet jeśli podyktowane jest przez czynniki zewnętrzne. A te w wypadku Dyckiego odgrywają znacznie większą rolę niż zwykło się uważać – opinie czytelników i krytyki nie pozostają bez wpływu na to, w jaki sposób poeta pisze swoje wiersze. Zastanawiająca, ale i niepokojąca, jest w tym kontekście fraza z utworu „XXXVII. Stworzonka”:

czy to wiadomo
co ze mną zrobią kiedy przyjdzie
milczenie ku czemu nie popchną

Podmiot wyraża tutaj obawę o to, jaka będzie reakcja „onych” na koniec poezji (Dyckiego). Na istnienie tej poezji „oni” (my?) reagują różnie – jak wobec tego zareagują na zamilknięcie poety? I czy na pewno chodzi tu o zamilknięcie? A może po prostu – o pewną zmianę, o której przecież cały czas mówimy, zmianę dopiero zwiastowaną, sygnalizowaną, ale już obecną, już dającą się we znaki? Nie sądzę, aby „Kochanka Norwida” była ostatnią książką z wierszami, jaką napisał Dycki. Wręcz przeciwnie: to może być pierwsza książka z wierszami, jaką napisał będąc świadomym niewystarczalności dotychczas proponowanego modelu tworzenia. Bo ta książka, z jednej strony, coś zamyka, ale z drugiej strony – coś otwiera, stawia czytelnikowi i samemu autorowi pytanie o to, co tak naprawdę stanie się, kiedy poezja zacznie łamać nasze (czytelnicze) i jego (autorskie) przyzwyczajenia.

Czy Dycki zdecyduje się na konsekwentne podążanie zarysowaną w „Kochance Norwida” drogą? Czas pokaże, ale wydaje się, że powinien tego spróbować. Nawet jeśli spowodowałoby to zubożenie artystycznej jakości samych wierszy, to, powiedzmy sobie szczerze, Dycki może sobie już na to pozwolić. W modelu literatury, jaki zaproponował, stał się bowiem niekwestionowanym mistrzem i trudno oczekiwać, aby w jego obrębie osiągnął coś więcej. A w poezji wszak zawsze chodzi o „coś więcej” – i mówi to, proszę państwa, sam Dycki w „XXXVI. Obronie koniecznej”: „w wierszu bowiem (żeby się / obronić) trzeba czegoś więcej”. Życzmy więc i Dyckiemu, i jego czytelnikom (nieważne: „wiernym” czy „letnim”), właśnie tego oraz… czegoś więcej.

 

Książka: 

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki „Kochanka Norwida”, Biuro Literackie, Wrocław 2014.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 282

(22/2014)
3 czerwca 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj