0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > 14 najlepszych książek...

14 najlepszych książek o I wojnie światowej

Redakcja „Kultury Liberalnej”

Historie straceńców i dekowników, opowieści o upadku imperiów i narodzinach nowego świata, humoreski, apokaliptyczne sztuki i miłosne wiersze. Utworów opowiadających o I wojnie jest zadziwiająco dużo. O najlepszych z nich – w zupełnie subiektywnym rankingu – piszą redaktorzy „Kultury Liberalnej”.

 1.

 Celine

„Podróż do kresu nocy”, czyli zsuwanie się w otchłań

Louis-Ferdinand Céline wyruszył na wojnę 31 lipca 1914 r. Miał wówczas dwadzieścia lat i od kilkunastu miesięcy służył w 12. regimencie kirasjerów. W pociągu zmierzającym na front pisał do rodziców: „Wszyscy wyruszają ku nieznanemu z lekkim uciskiem w żołądku, który sprawia, że na twarzach towarzystwa widać egzaltację maskującą obawę – zresztą obawę całkowicie uzasadnioną”. Wyprawa Céline’a ku nieznanemu nie będzie trwała długo. Pod koniec października zostaje postrzelony w ramię i trafia do szpitala. Nie wróci już do okopów, ale krótki pobyt na froncie naznaczy go na całe życie i stanie się jedną z inspiracji do odbycia zupełnie innej podróży – „Podróży do kresu nocy”.

Pomóż nam tworzyć niezależną prasę.

Najważniejsza powieść Céline’a jest dziełem autobiograficznym. W pierwszych rozdziałach główny bohater i alter ego autora, Ferdinand Bardamu, zaciąga się do wojska i wyrusza na front. Szybko przekonuje się o bezsensie wojny, obnażającej nikczemność ludzkiego życia. „Kiedy już będzie nam bardzo blisko piachu – mówi – […] trzeba będzie przestać zgrywać się na bohaterów […] i trzeba będzie opowiedzieć wszystko, nie zmieniając choćby jednego słowa, o tym, co jest najpodlejsze w człowieku, a potem odwalić zgrabnie kitę i zsunąć się w otchłań”.

Wydana w 1932 r. „Podróż do kresu nocy” szybko wzbudziła zainteresowanie. Chwalili ją zarówno prawicowi, jak i lewicowi krytycy. Przyciągała uwagę nie tylko pełnym argotyzmów, rozbijającym utarte schematy językiem, lecz także anarchicznym pacyfizmem. Książka Céline’a jest jednak czymś więcej niż pokojowym manifestem. To opowieść o ludziach, którzy weszli do okopów jako entuzjaści wojny, a wyszli z nich jako nihiliści. W latach 30. to właśnie oni zasilą szeregi radykałów. Sam Céline do końca pozostał człowiekiem osobnym, jednak również i on nie uniknął „osunięcia się w otchłań”. To twórca jednej z najważniejszej powieści XX wieku i jednocześnie autor najbardziej antysemickich pamfletów w historii europejskiej literatury.

Piotr Kieżun

Książka:

Louis-Ferdinand Céline, „Podróż do kresu nocy”, przeł. Wacław Rogowicz, Wydawnictwo J. Przeworski, Warszawa 1933. *

* We wszystkich notach bibliograficznych podane zostało pierwsze polskie wydanie danego dzieła.

 


 

 2.

Remarque

„Na Zachodzie bez zmian”, czyli ukradziona młodość

To być może najsłynniejsza pacyfistyczna książka w dziejach literatury. Erich Maria Remarque podjął „próbę udzielenia wieści o pokoleniu, które wojna zniszczyła – nawet gdy uchroniło się przed jej granatami”. Tytuł powieści to tekst lakonicznej depeszy frontowej, zaś opisane w niej tragiczne historie poszczególnych żołnierzy to nieistotne epizody w kontekście losów całej kampanii. Grupa szkolnych kolegów wychowywana na dobrych niemieckich patriotów prosto ze szkolnych ławek trafia do okopów, gdzie doświadczają wojny ze wszystkimi jej okrucieństwami. Poznają co to przyjaźń, braterstwo broni, radości z najprostszych rzeczy, rozczarowanie, tęsknota za tym, co bezpowrotnie stracone, paraliżujący strach i cierpienie fizyczne. Ukradziono im niewinną młodość, wojna wessała ich, przemełła i złamała, okaleczywszy na zawsze. „Rowy, lazaret, mogiła – nie ma możliwości ponad to”, konkluduje gorzko narrator. Nie bez przyczyny możemy tu mówić o pokoleniu niemieckich Kolumbów.

Książka stała się natychmiast międzynarodowym bestsellerem i przyniosła swojemu autorowi miejsce na literackim Parnasie. W 1930 r. doczekała się również oscarowej ekranizacji. Stanowi jeden z najwspanialszych manifestów pacyfizmu. Wojna, mówi autor, nie jest okazją do apologii bohaterskich wojowników, ale machiną odzierającą człowieka z wszelkiej godności i wydobywającą na wierzch wszystkie jego najgorsze cechy. Nic dziwnego, że „Na Zachodzie bez zmian” trafiło na sam szczyt listy książek znienawidzonych przez nazistów i palonych w barbarzyńskim rytuale na placach niemieckich miast.

Hubert Czyżewski

Książka:

Erich Maria Remarque, „Na Zachodzie bez zmian”, przeł. Stefan Napierski, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1930.

 


 

3.

Hasek

„Przygody dobrego wojaka Szwejka”, czyli wojna półgłówków

Szwejk zrodził się tak, jak wielu przed nim. Został nakreślony na serwetce, a może kartce papieru. Tyle tylko, że zamiast w kawiarni lub domowym zaciszu, Dobry Wojak powstał w czeskiej piwiarni. Przez kolejne dziesięć lat, zanim Hašek skończył pisać jego przygody, nie był jeszcze Szwejkiem, ale roboczym „Idiotą w wojsku”. W tym czasie wybuchła zupełnie prawdziwa I wojna światowa. To ukształtowało jego postać.

„Przygody dobrego wojaka Szwejka” to jedna z najpopularniejszych książek w historii czeskiej literatury. Przetłumaczona na blisko 60 języków, wprowadziła do języka potocznego na całym świecie szereg powiedzonek i zwrotów, włącznie z najsłynniejszą na świecie reakcją na morderstwo Arcyksięcia Ferdynanda przez Gavrilo Principa w Sarajewie i decyzją o udaniu się na front: na wózku inwalidzkim, z okrzykiem „Na Belgrad!”.

Czytając książkę łatwo zapomnieć, że to opis wojny, która pochłonęła kilkanaście milionów ludzkich istnień. Szwejk jest rubaszny, nieodpowiedzialny, rozczulająco niezdarny i – jak wielu sądzi – zwyczajnie przygłupi (ale czy na pewno: czy swoją głupotą nie pokazuje głupoty konfliktu?).

Sam bohater – krępy, zbudowany jak na stałego bywalca piwnych przybytków przystało, z wyraźnie odstającym nosem i rumieńcami dodanymi w rysunkach Josefa Lady – na lata stał się symbolem czeskości, a słowo „szwejkować” weszło do potocznego słownika jako opis poddania się losowi – byle przetrwać – albo po prostu głupkowatego zachowania. Do tego stopnia, że przełamanie narracji, że wszyscy Czesi są Szwejkami, stało się jednym z kluczowych zadań dla Czechów podczas ich „powrotu do Europy” po 1989 roku.

Co ciekawe, Szwejk to w dużej mierze powieść autobiograficzna Haška, jednej z barwniejszych i tragiczniejszych postaci europejskiej literatury początku XX wieku. Otyły alkoholik, anarchista i bolszewik w jednej osobie, z zaburzeniami psychicznymi i nieudaną próbą samobójczą na koncie zamknął na kartach książki te niespełna czterdzieści lat swojego życia, zakończone przedwcześnie przepiciem organizmu i gruźlicą.

Jakub Krupa

Książka:

Jaroslav Hašek, „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej”, przeł. Paweł Hulka-Laskowski, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1930.

 


 

4.

Junger

„W stalowych burzach”, czyli niemiecki książę piechoty

Gdyby sporządzić ranking pisarzy europejskich XX w. o najbardziej niezwykłych życiorysach, Ernst Jünger miałby duże szanse na miejsce w czołówce. W wieku 18 lat uciekł z domu i zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej. Na początku I wojny światowej na ochotnika wstąpił do armii pruskiej i w jej szeregach na froncie zachodnim spędził w sumie 3 lata. W latach 20. brał udział w gwałtownych dyskusjach politycznych w Niemczech, będąc zwolennikiem nacjonalizmu i zagorzałym wrogiem demokracji. W wielu elementach twórczość Jüngera z tych lat zazębiała się z ideologią NSDAP, jednak mniej więcej równolegle z dojściem Hitlera do władzy jego poglądy uległy zmianie. Większą część II wojny spędził jako oficer w okupowanej Francji. Zmarł w wieku 102 lat, uznany za jednego z najwybitniejszych niemieckich stylistów.

„Stalowe burze” to przede wszystkim rzetelny opis życia i śmierci w okopach na froncie zachodnim. Biorąc pod uwagę natężenie walk, przez które przeszedł Jünger i opisy śmierci dziesiątek jego kolegów i podwładnych, to cud, że udało mu się dożyć do 11 listopada 1918 r. Książka nie jest powieścią (prawie nie ma w niej dialogów) – są to wspomnienia spisane tuż po wojnie na podstawie prowadzonych regularnie zapisków w dzienniku, zresztą wielokrotnie przez autora przerabianych na przestrzeni kilkudziesięciu lat.

„Stalowe burze” nie są napisane, jak większość wielkich powieści wojennych, z perspektywy „zwykłego” człowieka wciągniętego w żelazne tryby wojny. Autorem jest żołnierz z wyboru – „książę piechoty” do ostatniego dnia walki wierny etosowi pruskiego oficera. Często zapominamy, że w początkowych bitwach I wojny światowej naprzeciw siebie stanęły tysiące takich ochotników przekonanych o świętości swojej sprawy. Pierwsze zmobilizowane eszelony jechały na front w atmosferze euforii: „Marzył nam się męski czyn, radosny bój strzelców na kwietnych łąkach zroszonych krwią”. Obraz wojny zmienił się dopiero wtedy, gdy okazało się, że niemożliwe jest zdobycie Paryża czy Petersburga z marszu, gdy zaczęła się niespotykana dotąd w dziejach rzeź. „Stalowe burze” dają nam wgląd w mentalność tego pokolenia – trudno bez niego zrozumieć bieg wydarzeń po 1918 r., zdeterminowany przez chęć odwetu, która popchnęła Niemców do kolejnego światowego konfliktu.

Jakub Ber

Książka:

Ernst Jünger, „Książę piechoty” („W nawałnicy żelaza”), przeł. Janusz Gaładyk, Wojskowy Instytut Naukowo-Oświatowy, Warszawa 1935.

[Drugie polskie wydanie: „W stalowych burzach”, przeł. Wojciech Kunicki, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1999.]

 


 

5.

Kraus

„Ostatnie dni ludzkości”, czyli apokalipsa w 200 aktach

„Ostatnie dni ludzkości” to apokaliptyczna sztuka – jedna z najdłuższych w dziejach świata, na którą składa się ponad 200 luźno połączonych, alegorycznych scen. Jej wystawienie w całości to gest karkołomny – spektakl musiałby trwać blisko… dobę.

Autorem tego dramaturgicznego eksperymentu był Karl Kraus – Austriak urodzony w czeskim Jiczynie, satyryk, aforysta, twórca wiedeńskiej szkoły eseju, przez wielu uznawany za sumienie schyłku epoki wielkich imperiów europejskich. „Ostatnie dni ludzkości” powstały w okresie I wojny światowej (dopiero w 1922 r. ukazało się ich pierwsze kompletne wydanie). Kraus obnażył w tym utworze bestialstwo i absurdalność światowego konfliktu, winą za jego wywołanie obarczając cały system społeczny – zidiociałe elity polityczne, żądnych sensacji żurnalistów, bankierów, spekulantów i otępiały naród. W sztuce pojawia się kilkaset postaci, w których usta dramaturg wkłada rzeczywiste wypowiedzi działaczy społecznych i politycznych, depesze z frontu i skecze kabaretowe. Zmontowana w ten sposób narracja tworzy groteskowy, pacyfistyczny moralitet, demistyfikujący barbarzyństwo i zakłamanie ideologiczne Europejczyków. Dramat kończy scena zagłady ludzkości. Ostatnią kwestię wypowiada Bóg: „Nie chciałem tego”.

Błażej Popławski

Spektakl:

Karl Kraus, „Ostatnie dni ludzkości”, przeł. Jacek St. Buras, adaptacja: Jacek St. Buras i Piotr Cieślak.

Po raz pierwszy „Ostatnie dni ludzkości” zostały wystawione w Polsce 22 maja 1997 roku w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera w reżyserii Piotra Cieślaka.

 


 

6.

Roth

„Marsz Radetzkyʼego”, czyli powolna agonia C.K. imperium

Pełna melancholii opowieść o losach trzech pokoleń słoweńskiego rodu von Trottów spleciona z dziejami dynastii Habsburgów. Urodzony pod Lwowem pisarz i dziennikarz wiedeński Józef Roth z nostalgią prezentuje czasy świetności i zmierzchu imperium austro-węgierskiego – monarchii dualistycznej, lecz wielonarodowościowej, systemu ekonomicznego funkcjonującego na liberalnych zasadach, lecz sterowanego przez nastawioną protekcjonistycznie arystokrację. W tej różnorodności znajduje się źródło bogactwa i powód do dumy, ale także źródło kryzysu. A ten boleśniej odczuły peryferia niż centrum.

Póki orkiestra wojskowa w wiosce gdzieś na dalekich Morawach w każdą niedzielę odgrywała tytułowy marsz, póty monarchia trwała. Póki słyszał go główny bohater, Karol Józef, póty żył zatopiony w aurze wielkości swego dziadka, obrońcy cesarza spod Solferino. Nagle autorytety stały się reliktami przeszłości, z których wypada drwić. I przyczyniły się do absurdalnej śmierci najmłodszego z von Trottów.

A może utwór Straussa zagrano po prostu o kilka razy za dużo?

Błażej Popławski

Książka:

Joseph Roth, „Marsz Radetzky’ego”, przeł. Wanda Kragen, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1958.

 


 

7.

Buczkowski

„Kąpiele w Lucca”, czyli obłęd języka

W polskiej literaturze nikt nie zaszedł dalej od Buczkowskiego w dziedzinie eksperymentu, nikt bardziej nie splótł żywiołu wojny z materią języka, tkankami narracji. Wojna niszczy u niego wszystko: kulturę, język, człowieka. Zamienia świat i literaturę w dzieła awangardowe, pozbawia je ciągłości przyczynowo-skutkowej, związków czasowo-przestrzennych. Rozrywa formy wyrazu, rozpuszcza spójność: i narracyjną, i składniową. Buczkowski wrzuca czytelnika w kolaż tekstów i głosów podawanych symultanicznie. Chaos wojny ogarnia tu zarówno język, narrację, opowieść, jak i samego czytelnika. Nikt i nic nie jest bezpieczne.

„Kąpiele w Lucca” (tytuł z Heinricha Heinego) to ogarnięta pożogą I wojny światowej wielonarodowa, wielojęzykowa Mitteleuropa z jej śródziemnomorskimi korzeniami. Jest w tej powieści wojenne szaleństwo, średniowieczny obłęd czarownictwa, satanizmu i opętania, wreszcie, rozsypane mitemy tożsamości środkowoeuropejskiej. Buczkowski wszystkie te wątki czyni elementami przekroju wojennego świata. Nie jest to powieść dająca się streścić – nie tylko spójność świata i języka staje się w niej ruiną, gruzowiskiem, także i fabuła rozpada się na niezborne elementy.

Wojna wydobywa przede wszystkim materialność języka konstytuującego wszelką tożsamość: „Ci będący na rusztowaniu, jeżeli wołali wapna, wapny, apny, jak zwykł był wołać mularz polski, ci, co byli na dole, nie rozumiejąc się już tak szybko z tamtymi, jedni, jak Słowianie, zamiast wapna podawali glinę, gips, ił, a przecież powinni rozumieć, drudzy, jak ludy Hellespontu i inni, podnosili wszystko, co im w ręce wpadło, apan, panan, hapane, chapane, chwytane, happen, hapka, hapunia…”. Cząstki mitów fundujących tożsamość kulturową tracą swoje historyczne kotwice. Ognie wojny wzniecają żar w słowach, popioły galicyjskie grzebią świat, kulturę, życie i język.

Obłęd człowieka, szaleństwo kultury, dzikość języka – wojenna kipiel przedstawiona piórem Leopolda Buczkowskiego.

Łukasz Wróbel

Książka:

Leopold Buczkowski, „Kąpiele w Lucca”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974.

 


 

8.

Werfel

„Czterdzieści dni Musa Dah”, czyli tragiczny los Ormian

„Czterdzieści dni Musa Dah” to epickie świadectwo bohaterskiego oporu Ormian przeciwko eksterminacyjnej polityce Stambułu. W 1915 r. na Musa-dah, czyli Górze Mojżesza, schroniło się pięć tysięcy Ormian. Okrążeni przez 15 tysięcy tureckich żołnierzy bronili się prawie dwa miesiące. Cztery tysiące spośród nich uratował francuski okręt wojenny.

To jedyny, obok powstania w Wan, przypadek skutecznej obrony Ormian przed ludobójczą polityką turecką. W latach 1915-1916 w Imperium Osmańskim śmierć poniosło ok. 1,5 miliona przedstawicieli tego narodu. Władze w Ankarze do dziś nie przyznają się do zbrodni. W 2014 roku premier Erdoğan jako pierwszy przywódca Republiki nad Bosforem „wyraził skruchę” wobec rodzin ofiar, co wielu uznało za przełom w przywracaniu pamięci Ormian. Trudno wyobrazić sobie ten proces bez powieści Franza Werfla.

Autor urodził się w Pradze. Pochodził z rodziny żydowskiej. Podczas I wojny światowej służył w armii austro-węgierskiej. W 1930 r. udał się w podróż po Bliskim Wschodzie. Do napisania „Czterdziestu dni Musa Dah” skłoniły go odwiedziny w syryjskiej tkalni, gdzie pracowały młode Ormianki, osierocone w trakcie I wojny.

„Czterdzieści dni Musa Dah” ukazało się w 1933 r. – a zatem w roku objęcia przez Adolfa Hitlera stanowiska kanclerza Rzeszy. Pomimo działań cenzury niemieckiej, która sprzyjała Turcji, powieść Werfla szybko zyskała rozgłos. Stała się jednym z bestsellerów międzywojnia, głosem w debacie o pojednaniu oraz ostrzeżeniem przed okrucieństwem, które później w czasie Shoa objawi Europejczykom swoje najbardziej mroczne oblicze.

Błażej Popławski

Książka:

Franz Werfel, „Czterdzieści dni Musa Dah”, przeł. Jacek Frühling (wiersze przeł. Robert Stiller), Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1959.

 


 

 9.

Wittlin

„Sól ziemi”, czyli misteria wojskowej Subordynacji

Józef Wittlin „Sól ziemi” zaczął pisać w 1925 r. Utwór ten, zaplanowany jako pierwsza część nigdy nie dokończonej trylogii „Powieść o cierpliwym piechurze”, ukazał się drukiem dziesięć lat później. Szybko znalazł uznanie w Polsce i za granicą. Książkę chwalili Alfred Döblin i Tomasz Mann. Tuż przed II wojną światową mówiło się nawet o literackim Noblu dla jej autora.

W „Postscriptum do «Soli ziemi»” z 1970 r. Wittlin temat swojej powieści streścił, przedstawiając dwie występujące w niej postacie. Pierwszą jest główny bohater Piotr Niewiadomski – niepiśmienny Hucuł, tragarz kolejowy na imaginacyjnej stacyjce Topory-Czernielica, powołany do c.k. armii. „Piotr Niewiadomski – pisał Wittlin – jako postać powieściowa ukazała mi się dopiero w kilka lat po wojnie […]. Ujrzałem go w Paryżu w roku 1928 na lśniącym od deszczu asfalcie placu de la Concorde, po którym na wszystkie strony pędziło mrowie błyszczących jak ten asfalt samochodów”. Podobnie jak w tym obrazie, tak też i w „Soli ziemi” głównym motywem jest zderzenie nie do końca świadomej dokonujących się zmian jednostki z nieczułą, mechaniczną nowoczesnością. Piotr nie wie właściwie w imię czego walczy, choć karnie maszeruje w szeregu i daje sobą pomiatać drugiej z powieściowych postaci – feldfeblowi sztabowemu Bachmatiukowi, wojskowemu sadyście, „prefiguracji owych fanatyków, którzy później w imię przeróżnych ideologii, z czystym sumieniem niszczyli ciała i dusze milionów ludzi”.

„Sól ziemi” to zatem historia wyobcowania i opis „misteriów wojskowej Subordynacji”. Ale również coś więcej – obraz ludzkiego losu, na który wpływają beznamiętne kalkulacje robione w zaciszu ministerialnych gabinetów. Te ostatnie sprawiły, że w 1914 r. nie było już gdzie się schronić, a setki Piotrów Niewiadomskich, chcąc nie chcąc, wzięły udział w robocie diabła, „co wykradł Panu Bogu piąte przykazanie”.

Piotr Kieżun

Książka:

Józef Wittlin, „Sól ziemi”, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1936.

 


 

10.

Apollinaire

„Listy do Madeleine”, czyli „Uwielbiam Cię i gryzę lekko w kark”

Nikt chyba nie zdołał w tak umiejętny sposób połączyć erotyzmu i opisu okopowego życia jak trzydziestoparoletni Apollinaire w listach do młodziutkiej Madeleine Pagès. Spotkali się w styczniu 1915 r. w pociągu jadącym z Nicei do Marsylii. Apollinaire był świeżo upieczonym kapralem. W Nîmes czekał na niego 38. pułk artylerii. Dziewczyna wracała do rodziny w Oranie. „Śliczna osóbka o głębokich oczach i przekornym nosku”, jak napisze o niej poeta. Ich kilkugodzinna wagonowa konwersacja szybko przekształciła się w miłosną korespondencję.

Na początku kwietnia Apollinaire, w oficjalnych dokumentach nazywany Guillaume’em Kostrowickim (koledzy nadadzą mu przydomek Cointreau-Whisky), trafia w końcu na front w Szampanii. Wysyła stamtąd do ukochanej Madelon dziesiątki zaczernionych stronic. Jak napisze Julia Hartwig, cel tej epistolograficznej ofensywy jest prosty: „ostrzelać listami i zdobyć”. Apollinaire zarzuca sieci, rozbudza namiętności, czaruje. W połowie września pisze: „Ukształtowano podobno kiedyś filiżankę na wzór doskonałej piersi Marii Antoniny. Ja uformuję na Twojej moje usta i staną się naczyniem, z którego będziesz piła”. Jeszcze bardziej śmiałe wyznania adresatka w oficjalnym wydaniu listów wykropkuje. Obok erotycznych uniesień znajdują się opisy okrutnej frontowej rzeczywistości, którą w tym samym czasie Apollinaire uwieczni w poezji. Tak jak w jednym z bardziej przejmujących wersów z tamtego okresu: „To deszcz to zmarłych oczu pada deszcz kochanie”.

Piotr Kieżun

Książka:

Guillaume Apollinaire, „Listy do Madeleine”, przeł. i poprzedziła wstępem Julia Hartwig, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1977.

 


 

 11.

Stryjkowski

„Austeria”, czyli noc i dzień, lęk i taniec

„Żyd, pedał, komunista, ale jak pisał!” – poleca Stryjkowskiego jeden z warszawskich antykwariuszy. Stryjkowski – przedwojenny komunista – był naznaczony swoim pochodzeniem. „Moim zadaniem jest zachować obraz kultury, która już przeminęła” – mawiał. Czynniki partyjne przekonywały go, że kultywowanie żydostwa koliduje z obowiązującą ideologią. Ale zwyciężyła pamięć o żydowskiej kulturze. I Galicja, Galicja mitogenna. Jak w „Austerii”.

Pierwsza noc I wojny światowej w galicyjskim sztetlu. Miejscowi Żydzi uciekają przed nadciągającymi oddziałami Kozaków. Ale uciec nie ma jak – ani gdzie. Na noc gromadzą się w austerii u mądrego Żyda Taga. Ciemności kryją ziemię. Śmierć splata się z życiem, zmysłowość i seks z żałobą. Za zamkniętymi okiennicami ciągną wojska, a w karczmie tańczą chasydzi. Nic nie widzą, nic nie słyszą, tylko tańczą. I śpiewają. „Taniec podnosi człowieka o trzy stopy nad ziemię. A Mesjasz jest w śpiewie. […] Wszystko jest w śpiewie! Wyzwolenie przyjdzie w śpiewie. […] A więc śpiewajmy!”. Tańcem i śpiewem odganiają złe myśli, taniec i śpiew to mur odgradzający ich od zbliżającej się śmierci, to szczeble drabiny prowadzącej do Boga.

Pierwszy poranek I wojny światowej. Płonie pobliskie miasteczko. Słup ognia i dymu unosi się pionowo do nieba. Rozpęka się szczelina między niebem a ziemią. Stary Tag wyznaje grzechy popełnione przed Najwyższym. Na trawie obok austerii tańczą chasydzi. Białe pończochy mają do połowy zmoczone rosą. Podobno Bogu najbardziej podoba się modlitwa w polu, gdzie nie ma sufitu. Dlatego modlą się na dworze. I tańczą. I śpiewają. Bo radością też chwali się Boga. Powietrze przesycone jest dymem i sadzą. Zza obłoków wytryskują promienie, padają na drzewa w sadzie, na ciemne olchy nad potokiem, na łąkę i na wodę pełną kąpiących się chasydów. Aż do austerii dochodzi ich krzyk: „Rozkosz! Rozkosz! Rozkosz być Żydem!”.

Łukasz Wróbel

Książka:

Julian Stryjkowski, „Austeria”, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1966.

 


 

12.

cendrars

„Odcięta ręka” i „Rażony gromem”, czyli poza granicami zdrowego rozsądku

„Legia czy nie Legia. Osobiście było mi to absolutnie obojętne. Nie upajam się słowami. […] I warto było ryzykować życiem, żeby zetknąć się z tymi potępieńcami wytatuowanymi i zalatującymi kolonią karną. Żaden z nich nie puścił nas nigdy kantem, każdy był gotów oddać własną głowę za nic, dla pustej sławy, dla pijaństwa, dla zakładu, dla żartu, dla cholernych wybryków, kurwa twoja mać, żeby stało, żeby grało […]. A fach wojownika jest ohydny i okrywa bliznami jak poezja. […] I vivat! To życie…”. „Rażony gromem” i „Odcięta ręka” to poświęcone wspomnieniom z okopów dwa tomy z cyklu autobiograficznych kronik Blaise’a Cendrarsa – poety, prozaika, malarza, filmowca, żonglera, przemytnika, włóczęgi, korespondenta wojennego, podróżnika, poszukiwacza złota i Bóg jeden wie, kogo jeszcze. Po prostu awanturnika. Cendrars podczas I wojny światowej walczył w szeregach Legii Cudzoziemskiej. Stracił wtedy prawą rękę, by wszystkie późniejsze książki pisać już tylko lewą, którą zresztą podobno po wariacku prowadził także samochód.

Okopy pełne ekskrementów; szczury obgryzające żywych i martwych; paso doble na przemian z piosenkami Josephine Baker („J’ai deux amours,/ Mon pays et Paris…”) rozlegające się na bitewnych polach; wystające z wałów ziemi nogi zabitych służące jako wieszaki; żołnierz, który, wyrzucony pociskiem armatnim w górę, zostaje trafiony piorunem; wykład na temat pisma Azteków; francuscy oficerowie chcący wywabiać z okopów Polaków walczących po stronie niemieckiej śpiewaniem polskich piosenek – rozbuchana proza Cendrarsa wciąga synkopowanym stylem, scenami splatającymi okrucieństwo wojny i poetyckość ewokowanych obrazów. Wojna, wyobraźnia i proza Cendrarsa – zaułki aberracji.

Łukasz Wróbel

Książki:

Blaise Cendrars, „Odcięta ręka”, przeł. Julian Rogoziński, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1965.
Blaise Cendrars, „Rażony gromem”, przeł. Julian Rogoziński, Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 1998.

 


 

13.

Proust

„W poszukiwaniu straconego czasu”, czyli wojna widziana z hotelu Ritz

„W poszukiwaniu straconego czasu” i wojna? Na pierwszy rzut oka to dziwne połączenie. Dzieło Prousta kojarzy się głównie z dystyngowanymi i jednocześnie błahymi rozmowami diuszesy de Guermantes i pani Verdurin, namiętnością Swanna do Odety, perwersjami barona de Charlus, salonowymi grami i próżniactwem, a w szerszym społecznym planie – zderzeniem arystokracji z rzeczywistością mieszczańskiego kapitalizmu.

Sam Proust uniknął wyjazdu na front dzięki zwolnieniu lekarskiemu. Czas wojny spędził częściowo w Cabourg, częściowo w Paryżu, w którym jego główną siedzibą od 1917 r. był apartament w hotelu Ritz. I choć codziennie przeglądał stosy gazet, by dobrze zrozumieć europejski konflikt, uparcie przestrzegał pisarza i artystę Jacques-Émile’a Blancha przed nadmiernym pochylaniem się nad tematem wojny. Pisarz – twierdził – ma wyższe powołanie.

A jednak Proust poświęcił wojnie olbrzymią partię ostatniego tomu swego dzieła – „Czasu odnalezionego”. Wojnie, a właściwie namiętnym wojennym plotkom, gdyż Proust sportretował nie okopy frontu zachodniego, lecz salonowy i rozgadany Paryż pełen generalicji, polityków, dekowników oraz obłożnie chorych niczym sam pisarz lub „niedomagających” niczym pani Verdurin, której znajomy lekarz w obliczu braku mąki przepisał na receptę croissanty. Jak zauważył Jan Błoński, Proust w „Czasie odnalezionym” „pokazał dziecinny cynizm elity” – i kto wie, czy polski uczony nie miał racji pisząc, że autor „zamknięty w swoim pokoju, zobaczył kłamstwo szowinizmu lepiej niż France, Gide czy Apollinaire”.

Piotr Kieżun

Książka:

Marcel Proust, „Czas odnaleziony” [Seria „W poszukiwaniu straconego czasu”; 7], przeł. Julian Rogoziński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1960.

 


 

14.

Hemingway

„Pożegnanie z bronią”, czyli pacyfistyczny wyciskacz łez

Klasyka pacyfistycznego nurtu literatury wojennej oraz prozy miłosnej. Książka, dzięki której 30-letni, nabierający szlifów pisarskich dziennikarz Ernest Hemingway zyskał światowy rozgłos. Na Pulitzera i Nobla musiał jednak jeszcze zaczekać ćwierć wieku.

„Pożegnanie z bronią” to podszyta autobiografizmem opowieść, której akcja dzieje się na froncie włoskim. Amerykański wojak zakochuje się w pielęgniarce, rzuca żołnierkę, wybiera los sanitariusza i niesłusznie oskarżony o dezercję z trudem wymyka się prześladowcom. U podnóża Alp przyjmuje poród swojego dziecka – niestety, dziecko i matka giną. Fabuła iście filmowa. „Pożegnanie z bronią” to porządny wyciskacz łez, ale także ważny głos w debacie nad bezsensownością wojny, wpływem światowych konfliktów na życie zwykłych ludzi.

O perfekcjonizmie w warsztacie pisarskim oraz ideowym zaangażowaniu Hemingwaya świadczy fakt ujawniony przez jego syna: ojciec przygotował blisko 50 alternatywnych zakończeń „Pożegnania z bronią”, w tym „Live-Baby Ending”. Pisarz zrezygnował z happy endu, być może przeczuwając, że takie zakończenie osłabiłoby pacyfistyczny przekaz arcydzieła.

Błażej Popławski

Książka:

Ernest Hemingway, „Pożegnanie z bronią”, przeł. Zbigniew Grabowski, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1931.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 290

(30/2014)
29 lipca 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj