Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Skrwawione ziemie dwadzieścia...

Skrwawione ziemie dwadzieścia lat wcześniej. O „Naszej wojnie” Włodzimierza Borodzieja i Macieja Górnego

Piotr Szymański

Dzielny wojak Szwejk, łotrzykowscy C.K. Dezerterzy, stary poczciwy „cysorz” Franz Josef... I wojna światowa na froncie wschodnim kojarzy nam się raczej z przedłużeniem wygodnickiej belle époque niż ze strasznym konfliktem, jaki miał w rzeczywistości miejsce. Książka polskich historyków przywraca właściwą perspektywę wydarzeń Wielkiej Wojny w Europie Wschodniej.

Nasza wojna_Borodziej_Gorny_okladka

W lipcu 1914 roku Europa była na wakacjach. Radomir Putnik, szef sztabu Serbii, spędzał je w austriackim sanatorium Bad Gleichenberg. Na początek wojny nie spóźnił się tylko dzięki uprzejmości dobrotliwego Franciszka Józefa. Osobista interwencja cesarza oswobodziła serbskiego marszałka z rąk węgierskich żandarmów, którzy zatrzymali go w drodze powrotnej. Już wkrótce europejski „klub gentlemanów”, zrzeszający kilkudziesięciu monarchów, wojskowych, polityków i przemysłowców pośle na bezmyślną rzeź miliony ludzkich istnień, przypieczętowując tym samym autodestrukcję „starego porządku”. Wojna w największym stopniu przeobrazi terytoria na styku panowania Hohenzollernów, Habsburgów i Romanowów, czyli tytułowe imperia.

Biada temu, kto wetknie lont w tę beczkę prochu

„Nasza wojna” to pozycja wyjątkowa na tle publikacji związanych z setną rocznicą wybuchu I wojny światowej. Książka Borodzieja i Górnego stanowi próbę przywrócenia pamięci o froncie wschodnim – koszmarze, który stał się udziałem wszystkich nacji Europy Środkowo-Wschodniej od Rygi aż po Skopje. W okopach obok Niemców, Austriaków i Rosjan wylądowali Czesi, Węgrzy, Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Chorwaci, Słoweńcy, Bośniacy, Czarnogórcy, Serbowie, Bułgarzy, Rumuni, Grecy, Turcy, Litwini, Łotysze, Estończycy, Finowie, a nawet plemiona Kaukazu i Azji Środkowej. W porównaniu z tym wyliczeniem symptomatycznie prezentuje się zestawienie narracji o tym doniosłym konflikcie w Europie Zachodniej i Wschodniej. W Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii pamięć o Wielkiej Wojnie jest troskliwie pielęgnowana, będąc ważnym elementem tożsamości narodowych i przestrzeni publicznej. Tymczasem w Czechach, Polsce, na Ukrainie czy w państwach bałtyckich jej ślady uległy stopniowemu zatarciu na rzecz wspomnień o walkach o niepodległość i ziemiach uzyskanych po 11 listopada 1918 roku. Autorzy na nowo przywracają frontowi wschodniemu kontury i ujmują jego historię w niekonwencjonalne ramy czasowe lat 1912-1923 – od bałkańskiego preludium do konferencji w Lozannie.

Czy straszliwy konflikt był przeznaczeniem Starego Kontynentu? Wyeksponowane przez duet historyków przykłady takich aktywistów, jak Bertha von Suttner i Jan Bloch wcale o tym nie świadczą. Ona to austriacka działaczka i publicystka pacyfistyczna, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla. On – polski bankier i przemysłowiec, autor sześciotomowej pracy „Przyszła wojna”, ostrzegającej przed zgubnymi skutkami konfliktu zbrojnego w Europie. Takich ludzi było więcej.

Rozmiaru grożącego konfliktu byli świadomi również wojskowi. W maju 1890 roku dziewięćdziesięcioletni Helmuth von Moltke w swoim ostatnim przemówieniu na forum Reichstagu, ostrzegał że „czas wojen gabinetowych minął. Teraz mamy już tylko wojnę ludową”. „Panowie – podkreślał Moltke – jeśli wojna wybuchnie, nie da się przewidzieć ani jej długości, ani jej wyniku. W szranki staną największe mocarstwa Europy uzbrojone jak nigdy przedtem. […] Panowie, to może być wojna siedmioletnia, wojna trzydziestoletnia – i biada temu, kto wetknie lont w tę beczkę prochu”.

Takie stanowisko nie odpowiadało jednak umysłowości znakomitej części ówczesnych elit, a przede wszystkim kolegom po fachu małomównego feldmarszałka. Tylko w 1913 roku szef sztabu Austro-Węgier, Franz Conrad von Hötzendorf, dwudziestopięciokrotnie proponował atak na Belgrad. Zresztą przykład aneksji Bośni i Hercegowiny staje się dla autorów przyczynkiem do refleksji nad istotą mechanizmu wybuchu wojen i kryzysów w życiu międzynarodowym. Konstatują oni, że imperia nie byłyby imperiami, gdyby nie dążyły do uzyskania przewagi nad innymi, a następnie określają lipiec 1914 roku miesiącem hańby imperiów. W szczególności trzech imperiów, które na froncie wschodnim jednogłośnie proklamowały wojnę obronną, niezwłocznie przechodząc do ofensywy. Decydenci w  Berlinie, Wiedniu i Petersburgu byli tak zaślepieni pogonią za prestiżem i wielkomocarstwowym statusem, że nie wyznaczyli nawet celów rozpoczynającej się konfrontacji. W tym kontekście bezsens i absurdalność I wojny światowej widać jak na dłoni.

Kiedy tragedia przechodzi w komedię

Myli się jednak ten, kto sądzi, że Borodziej i Górny zapraszają czytelnika w podróż po krwawych polach bitew, zacisznych gabinetach sztabów generalnych czy eleganckich salonach dyplomatycznych. Autorzy przedstawiają konflikt jako wojnę cywilów – zarówno tych, którzy bardzo szybko musieli zastąpić masowo ginących oficerów, jak i tych, którzy znaleźli się na zapleczu frontu (w tzw. hinterlandzie).

To właśnie ów ludzki wymiar stanowi największy atut książki. Borodziej i Górny w znakomity sposób portretują dramat wojennej codzienności żołnierzy i mieszkańców musilowskiej Cekanii, który płynnie przechodzi z tragedii w komedię. Tak było w przypadku rosyjskiej kawalerii, malującej konie na zielono, by w ten sposób zamaskować zbyt jaskrawe umundurowanie, czy wielonarodowych żołnierzy habsburskiej armii, którzy z powodu nieznajomości języka niemieckiego zmuszeni byli do porozumiewania się za pomocą wrzasków i gestów. Skojarzenia z filmem „C.K. Dezerterzy” nasuwają się same. Autorzy konsekwentnie pochylają się nad losem jednostki, która podczas I wojny światowej w niespotykanym dotychczas stopniu narażona była na głód, choroby, strach, szok bitewny, fatalne warunki atmosferyczne i sanitarne, a w końcu na śmierć. Książka pełna jest skrupulatnych wyliczeń dokładnej liczby ofiar. Po pewnym czasie czytelnik przyzwyczaja się do tego i obojętnieje na makabryczną ilość zer. Ulega tym samym mechanizmowi psychologicznemu, który był zapewne udziałem mieszkańców Berlina, Wiednia i Petersburga czytających relacje z frontu. Czy to przez niezwykłe umiejętności adaptacyjne człowieka masakra mogła trwać tak długo? Borodziej i Górny nie udzielają jednoznacznej odpowiedzi.

Chłop z cygarem i francuskie złoto dla Rosji

„Nasza wojna” to bez wątpienia historia wojny totalnej, czyli wszechogarniającej. Mobilizacja była pełna i nie uniknęła jej nawet sfera sacrum. Tylko w okupowanej Rumunii na potrzeby przemysłu zbrojeniowego przetopiono 4340 dzwonów kościelnych o łącznej wadze 454 ton. Konflikt rozgrywał się na wielu płaszczyznach – w okopach i lazaretach, umysłach i żołądkach, wsiach i miastach. Te ostatnie, tak w zacofanej Bukowinie, jak i uprzemysłowionej guberni piotrkowskiej, były świadkami procesów o znaczeniu nie mniej doniosłym od najważniejszych starć na frontach. Mowa o pełzającej rewolucji społecznej, czyli emancypacji kobiet i ludności wiejskiej. Autorzy wykazują, że bez aktywności obydwu grup przemysł, urzędy i zaopatrzenie miast nie byłyby w stanie funkcjonować. Wśród konserwatywnych warstw mieszczaństwa trwogę wzbudzało widmo kobiety zaciągającej się papierosem oraz chłopa z cygarem i szampanem w ręku. O swoistej feminizacji miejskiego życia świadczy chociażby fala „babskich buntów” w 1916 roku w Rosji, wywołana podwyżką cen w sklepach. Błędne byłoby jednak przekonanie, że dla kobiet zarezerwowana została rola cichej bohaterki kolejki po chleb, lazaretu czy fabryki. Młode dziewczyny uzyskiwały status frontowych heroin, jak dzielna Rumunka Ecaterina Teodoriu, która wsławiła się w zwycięskiej bitwie pod Mărășești.

Wojna zawładnęła również sferą wyobrażeń. Borodziej i Górny piszą, że wśród poddanych trzech cesarzy błyskawicznie rozprzestrzeniła się szpiegomania połączona z donosicielstwem, co doprowadziło do powstania zbiorowej paranoi. Przybierała ona różne formy. Czasem była to plotka o czarnych automobilach mknących przez Europę z francuskim złotem dla Rosji, innym razem antyczeska nagonka w Austrii. Kiedy w 1915 roku do Rygi zbliżał się front niemiecki, wojskowe władze nakazały wybicie wszystkich gołębi w mieście tak, aby nie uchowały się żadne wrogie gołębie pocztowe.

Powyższe sytuacje na pozór mogą zdawać się błahostkami, jednak fala psychozy niosła ze sobą różne formy przemocy, takie jak rozstrzeliwanie domniemanych zdrajców i zakładników czy antysemickie pogromy, będące specjalnością Imperium Rosyjskiego. Równolegle zachodziły procesy oswajania złowrogiej rzeczywistości. Nastąpił dynamiczny rozwój muzealnictwa i turystyki wojennej, a w szczególności jej specyficznego rodzaju – gapiostwa. Chociaż społeczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej od początku wojny bombardowane były rządową propagandą (kino, prasa) oraz masą surrealistycznych aktów prawnych (tzw. obłęd regulacyjny w postaci np. dni bezmięsnych i beztłuszczowych), ludzie zachowali elementarny poziom autonomii myślenia i fantazji działania. W tym miejscu na uwagę zasługuje zjawisko przerabiania kwietników i klombów na ogródki warzywne.

Mity wojennej historiografii

Wreszcie praca Borodzieja i Górnego umożliwia czytelnikowi weryfikację wielu stereotypów na temat wojny na froncie wschodnim. Dotyczy to przede wszystkim carskiej Rosji, która wdrażała wówczas kompleksowy program modernizacji sił zbrojnych. Jego finalizację przewidywano nomen omen na rok 1917. Rosyjska armia w latach 1914-1916 mogła pochwalić się dobrym zaopatrzeniem i dużą innowacyjnością. Jako pierwsza wyposażyła żołnierzy w granaty i zapewniła im opiekę psychiatryczną.

Początkowo Wielka Wojna nie wszędzie oznaczała regres i powszechne spustoszenia. Wystarczy wspomnieć okres prosperity Wielkiego Księstwa Finlandii lub erupcję samorządności w Imperium Rosyjskim w postaci komitetów obywatelskich. Uwadze historyków nie umknęły paradoksy wschodniego teatru walk. Na terenach okupowanych przez państwa centralne w Rosji i na Bałkanach miejscowej ludności pod wieloma względami żyło się lepiej niż w hinterlandzie. Często jedyną formę „represji” stanowiły zmiana czasu urzędowego, kalendarza lub alfabetu. Była to niewielka cena za brak poboru. Autorzy podają, że latem 1918 roku trzy belgradzkie kasyna dla oficerów konsumowały 16 tysięcy jajek miesięcznie, podczas gdy głodujący Wiedeń otrzymywał ich o tysiąc mniej.

Skrwawione ziemie pierwszej wojny

Praca Borodzieja i Górnego to inspirująca lektura, prowokująca czytelnika  do historycznej refleksji i namysłu nad sposobem opowiadania o przeszłości. Autorzy dążą do wydobycia I wojny światowej na światło dzienne – tak w Polsce, jak i w Europie Środkowo-Wschodniej. W konsekwencji ma to przywrócić równowagę pomiędzy wydarzeniami na froncie wschodnim i zachodnim w perspektywie całego konfliktu.

W naszej części świata Wielka Wojna utożsamiana jest przede wszystkim z dobroduszną postacią wojaka Szwejka z prozy Jaroslava Haška czy błogosławionym cesarzem Karolem I, po którym imię otrzymać miał papież Jan Paweł II. W Małopolsce do dziś możemy obserwować idealizację monarchii habsburskiej doby belle époque, co zastanawia wobec ogromu cierpień i spustoszeń czasu wojny. Przebieg walk powinien raczej skłaniać do rozszerzenia  pojęcia „skrwawionych ziem” Timothy’ego Snydera na Wielką Wojnę oraz pytania, dlaczego front wschodni nie doczekał się powieściopisarzy na miarę Ernsta Jüngera, Henriego Barbusse’a czy Ericha Marii Remarque’a.

Na postrzeganie I wojny światowej nad Wisłą bez wątpienia wpłynęła legenda legionów Piłsudskiego, która zdewastowaną Polskę plasowała w gronie zwycięzców konfliktu, bezprecedensowa tragedia lat 1939-1945 oraz komunistyczna historiografia, kładąca nacisk na znaczenie rewolucji 1917 roku. Nie wolno zapominać, że w roku 1914 większość obecnych państw regionu wchodziła w skład wielonarodowych imperiów. W związku z tym Wielką Wojnę traktowano jako coś zewnętrznego, jako starcie żywiołów niemieckiego i rosyjskiego.

Borodziej i Górny udowadniają, że wnikliwe studia nad I wojną światową są niezbędne dla zrozumienia mentalności mieszkańców i specyfiki regionu Europy Środkowo-Wschodniej, a także szerszych procesów społeczno-politycznych XX wieku. Przecież wyobrażenia o dzikości Bałkanów, czeskim defetyzmie, niemieckim szowinizmie czy rosyjskim antysemityzmie są wciąż aktualne. Zresztą podobnie jak mechanizmy, które prowadzą współczesnych przywódców do tyranii i agresji.

„Nasza wojna” posiada wszelki potencjał ku temu, by stać się spiritus movens renesansu zainteresowania problematyką I wojny światowej, a także początkiem drogi ku przezwyciężaniu zbiorowej amnezji, która ogarnęła Wschód. Ślady Wielkiej Wojny są obecne wokół nas na co dzień. Wystarczy spojrzeć na fasadę Kamienicy Dulfusowskiej przy ulicy Długiej 4 w Warszawie, poszukać wspaniałej kolekcji drzew cytrusowych w Starej Pomarańczarni w Łazienkach Królewskich czy odwiedzić jeden z tysięcy cmentarzy wojennych rozsianych po kraju i regionie.

 

Książka:

Włodzimierz Borodziej i Maciej Górny, „Nasza wojna. Tom 1. Imperia, 1912-1916”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 290

(30/2014)
29 lipca 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE

Nasza wojna



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj