0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Nasza wojna

Nasza wojna

Włodzimierz Borodziej w rozmowie z Błażejem Popławskim

O różnicach w pamięci o I wojnie światowej, prawdziwych zwycięzcach i przegranych globalnego konfliktu oraz przyczynach współczesnej mody na kuchnię galicyjską rozmawiają dwaj historycy – Włodzimierz Borodziej, współautor „Naszej wojny”, oraz Błażej Popławski z „Kultury Liberalnej”.
Ilustracja: Marta Zawierucha

Ilustracja: Marta Zawierucha

Błażej Popławski: Dla Francuzów i Brytyjczyków pamięć o I wojnie światowej stała się ważnym składnikiem tożsamości narodowej. Z kolei mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej zdają się przywiązywać do tego konfliktu o wiele mniejszą wagę. Nawet zmagania na froncie wschodnim, w których bezpośrednio uczestniczyli ich dziadkowie, z rzadka są upamiętniane. Dlaczego front zachodni zdominował europejską kulturę pamięci?

Włodzimierz Borodziej: Zadecydowały o tym dwa czynniki. Dla Francuzów i Brytyjczyków I wojna jest konfrontacją toczoną na froncie zachodnim oraz w minimalnym stopniu w Grecji i Turcji – czyli nie na wschodzie kontynentu. Z kolei mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej, walcząc na froncie wschodnim, nie walczyli w swojej sprawie. Zostali wciągnięci w konflikt, który nie był tak naprawdę ich wojną. Nasi sąsiedzi – od Finów po Czechów – z czasem odkryli, że walka ta nie ma dla nich jakiegokolwiek sensu. Dopiero rozpad imperiów doprowadził do wyłonienia się nowego obrazu wojny. Zapamiętano z niej jedynie momenty decydujące o utworzeniu państw narodowych: samą końcówkę konfliktu albo rewolucje, które odbywały się od 1917 r. W pamięci społeczeństw Europy Środkowo-Wschodniej nie ma bohaterów I wojny – są tylko bohaterowie walki o niepodległość.

Elity polityczne uważały, że wojna będzie krótka, przyjemna i zwycięska. A konflikt tak naprawdę nie był nieuchronny. Zwłaszcza środek i wschód kontynentu wciągnięte zostały w wojnę przez zaślepione imperia.

Włodzimierz Borodziej

Terytorium Niemiec jest dziś strefą przejściową między upamiętnieniem, a amnezją dotyczącą I wojny światowej? Na zachód od Łaby powstają coraz to nowe muzea – na wschód niszczeją miejsca pochówku żołnierzy…

W Niemczech i Austrii w nieomal każdej wsi można znaleźć miejsca pamięci o I wojnie. Po 1945 r. do pomników tych dokuto nowe tablice, w sposób symboliczny łącząc pamięć o obu konfliktach światowych. O wiele większą traumą dla tego regionu była jednak II wojna. Taki model percepcji, umniejszający znaczenie I wojny, podtrzymała także NRD-owska propaganda, interpretująca zmagania z okresu 1914-1918 jako wypadek sprzeczny z logiką dziejów. Bo przecież i w Berlinie i w Rydze, nie mówiąc o Pradze, już jesienią 1918 r. „powinna była” powstać lokalna Republika Rad.

W polskich narracjach o I wojnie światowej pojawia się często zmitologizowana idylla Cesarstwa Austro-Węgierskiego. „Moda” ta jest szczególnie zauważalna, z przyczyn oczywistych, wśród mieszkańców dawnej Galicji. Śmiejemy się, oglądając „CK Dezerterów”, uczymy się gotować z Robertem Makłowiczem. Jak pan, jako historyk, ocenia taką folkloryzację pamięci?

Świadomym narodowo Polakom – nie mam na myśli ogromnej większości naszych przodków, którą stanowili niepiśmienni chłopi – w „Cekanii” żyło się po prostu lepiej niż w innych imperiach – pruskim i rosyjskim. Folkloryzacja tej czasoprzestrzeni jest zatem zrozumiała, ale obejmuje głównie okres między uzyskaniem autonomii pod koniec lat 60. XIX w. a wybuchem I wojny. W okresie tego półwiecza monarchia habsburska nie toczyła wojen. Pamięć o Galicji jest zatem głównie błogim wspomnieniem pokoju, a nie przygotowaniem do zrywu niepodległościowego.

W „Naszej wojnie”, którą napisał pan razem z Maciejem Górnym, unikacie dominującej w historiografii tendencji do pisania o I wojnie światowej jako o konflikcie totalnym, a także nieuniknionym. Sprzeciwiacie się także sztucznemu wykazywaniu związku między genezą wojny, a jej przebiegiem. Widać to choćby w cezurach przyjętych w panów pracy – okresie od 1912 (pierwsze dwie wojny bałkańskie) do 1923 (traktat w Lozannie). Co zadecydowało o takim – dość oryginalnym jak na polską historiografię – ujęciu problemu? Czy rzeczywiście zamach w Sarajewie zdarzył się przypadkiem?

Oczywiście, że zdarzył się przypadkiem, ale także i zakończył się sukcesem dzięki niewiarygodnemu zbiegowi okoliczności. Ale sam zamach nie miał tak naprawdę wielkiego znaczenia. O wybuchu I wojny światowej przesądził „miesiąc hańby” następujący po zamordowaniu Franciszka Ferdynanda. Wtedy elity polityczne uwierzyły w to, co im demagogicznie wmawiali wojskowi (niektórzy z nich prywatnie byli zresztą całkiem innego zdania), że batalia będzie krótka, niemal przyjemna, a na pewno zwycięska. Wojna nie była nieuchronna. Zwłaszcza środek i wschód kontynentu wciągnięte zostały w konflikt przez zaślepione imperia.

Kiedy „duch roku 1914” zniknął z wyobraźni polityków? W którym momencie konfliktu elity zrozumiały swój błąd, przestały traktować wojnę jak święto, przerwę w codzienności i stan tymczasowy?

Przełom nadszedł stosunkowo szybko, bo późną jesienią 1914 r., kiedy fronty stanęły w miejscu. Bilans letnich ofensyw był przerażający. Miliony zabitych, zaginionych, rannych i wziętych do niewoli. Wtedy zrozumiano, że konflikt nabiera cech dotąd niewyobrażalnych. Elity, owszem, miały pomysł jak wojnę rozpocząć – nie miały jednak w ogóle koncepcji jak ją wygrać. Przez kolejne lata dominowało złudne i tragiczne w skutkach przekonanie, że wysłanie w okopy kolejnych tabunów żołnierzy może coś zmienić. Stratedzy uparcie powtarzali, że liczy się tylko „inicjatywa” i „morale”, które najpiękniej rozkwita podczas ataku na bagnety. Mimo, że wszyscy byli konfliktem zmęczeni, nie potrafili – i na tym polegała tragedia tych czterech lat – wypracowywać kompromisu politycznego. Niemożność przerwania bezsensownej rzezi to podstawowe źródło rewolucji, które wybuchają od 1917 r. i tworzą zupełnie nową Europę.

Wojna starych imperiów od początku przedstawiana była jako dziejowa konfrontacja niemczyzny ze słowiańszczyzną. Ale to dopiero walka o własne państwo narodowe przyczyniła się do nacjonalizacji przemocy.

Włodzimierz Borodziej

I wojna światowa uznawana bywa za kres wielkich imperiów, ale też przełom w postrzeganiu roli państwa. W książce opisują panowie wzrost znaczenia samorządów miejskich, organizacji obywatelskich, rosnącą rolę mediów w sferze publicznej. Czy I wojnę można zatem uznać za przesilenie w postrzeganiu obywatelskości, relacji między społeczeństwem a instytucjami państwowymi?

Każda wojna jest katalizatorem trendów, które istniały na długo przed jej wybuchem. Trzy mocarstwa, których armie systematycznie rozdeptywały Europę Środkowo-Wschodnią były ostoją społecznego konserwatyzmu. Na początku XX w. nasiliła się jednak walka o powszechne prawa wyborcze i zmianę ustawodawstwa społecznego – oczekiwania te zostały jasno wyrażone pod koniec wojny i w znacznej części spełnione bezpośrednio po niej. Wojna stała się tłem, kontekstem dla modernizacji społeczeństwa, emancypacji określonych jego segmentów. Bodaj najwięcej zyskały kobiety i robotnicy – upodmiotowiono ich społecznie i politycznie. Co do chłopów i robotników rolnych (w naszej części kontynentu to w 1918 r. ogromna większość ludności) bilans jest bardziej wątpliwy – uzyskali oni prawa polityczne, o zabezpieczeniu społecznym nie było mowy, a reforma rolna stanowiła zaledwie obietnicę nowo wybranych rządów.

To jednak rok 1918 i 1919. A wcześniej? Nadejście frontu zawsze wiąże się z kryzysem porządku publicznego. Zanik władzy często wyzwala u ludzi zaskakujące instynkty. Jak wojna wpłynęła na resentymenty narodowościowe i etniczne? Czy nie stała się kuźnią XX-wiecznych nacjonalizmów?

W tej kwestii byłbym ostrożny. Fala nacjonalizmu wzbierała na przełomie XIX i XX w. Przykładowo, Włosi i Austriacy od głębokiego XIX stulecia nie znosili się serdecznie – zapewne dałoby się przez pryzmat takich historycznie uwarunkowanych uprzedzeń interpretować medialność kampanii na froncie włoskim, ale wiele by to nam nie wyjaśniło. Podobnie antagonizm niemiecko-francuski – jego korzenie tkwią w wojnach napoleońskich. I wojna światowa jedynie go spotęgowała. W takim sensie rzeczywiście wydarzenia z okresu 1914-1918 można uznać za akcelerację konfliktów do tej pory istniejących, ale nie za moment ich narodzenia.

A wątek „zderzenia cywilizacji” słowiańskiej z germańską?

Owszem, wojna starych imperiów od początku przedstawiana była jako dziejowa konfrontacja niemczyzny ze słowiańszczyzną. Część społeczeństw rzeczywiście w to wierzyła, po obu stronach. Ale dla większości walczących w armiach cesarskich nienawiść wobec przedstawicieli innych nacji staje się podstawowym motywem zachowania dopiero w 1918 r. Walka o własne państwo narodowe przyczyniła się do nacjonalizacji przemocy.

Obrazy tejże przemocy, doświadczenie recesji gospodarczej i braków żywnościowych przyczyniły się do narastania fali agresji daleko od frontu. Kogo i dlaczego najczęściej uznawano za „kozła ofiarnego”, winnego europejskiej destabilizacji?

W okresie wojny wyraźnie wzrósł antysemityzm. Wszędzie, od Wielkiej Brytanii po Rosję, Żydów uznawano za symbol wynaturzeń wojny, złodziejskiego zysku, unikania służby dla ojczyzny, nadużywania systemu opieki społecznej. Ale nie tylko oni stawali się „kozłami ofiarnymi”. Na przykład według dowództwa austro-węgierskiego do najbardziej podejrzanych należeli Serbowie, Czesi oraz galicyjscy Rusini, czyli Ukraińcy. Ale psychozy frontowe to nie tylko lęk przed zdradą żołnierzy. Prawdopodobnie nigdy przedtem uzbrojone po zęby armie nie odczuwały takiego lęku przed cywilami; na każdym kroku spodziewały się zdrady. Ale traktując rzecz nieco mniej dosłownie – spośród cywili najbardziej znaczącą grupą (nie w sensie liczbowym), która poniosła koszty zaangażowania się w wojnę były elity polityczne. Ludzie przestali im wierzyć. Tu ma swoje początki międzywojenna kariera komunizmu, faszyzmu i – pośrednio – narodowego socjalizmu.

A symboliczny wymiar owej delegitymizacji starego porządku? Obalanie pomników, niszczenie kościołów – czy stała za nimi logika utylizacji (np. chęć przetopienia dzwonów na armaty), czy po prostu pogarda wobec „obcych”?

Zwykle decydował dramatyczny brak surowca. Akty wandalizmu, jak zapewne postrzegano tego rodzaju sytuacje, nie miały na celu dalszego podsycania konfliktów symbolicznych. Decydowała logika słupków matematycznych; dodanie kolejnej ilości – w tym wypadku tysięcy ton miedzi, obojętne czy z kościołów własnych czy z terenów okupowanych – miało zapewnić zwycięstwo.

Podczas I wojny czynniki ideologiczne – w sensie wyższości własnej rasy nad innymi – nie odgrywały roli takiej jak podczas II wojny. Za przekonaniem o wyższości cywilizacyjnej nie szła chęć eksterminacji – wyjątek stanowiła polityka turecka wobec Ormian.

Włodzimierz Borodziej

Z drugiej jednak strony, zmiana sposobu patrzenia na wojnę to także przyczyny rozwoju turystyki wojennej, mody na kolekcjonowanie artefaktów militarnych czy też, scharakteryzowana w „Naszej wojnie”, reforma muzealnictwa. Co mogli czuć Austriacy wchodzący na wiedeńskim Praterze do zrekonstruowanego okopu?

Podziwianie wojny jest – jakkolwiek to zabrzmi – bardzo ludzkie. To wyraz takiej pierwotnej ciekawości, a także popytu na nowy rodzaj informacji. Chyba właśnie ówczesne ekspozycje inscenizujące wojnę najbardziej zbliżyły się do ideału informacji zarazem ciekawej, jak i służącej propagandzie. Ludzie pragnęli nowin i gotowi byli przyjmować je w każdej postaci. A popyt na informację wymusił powstanie nowoczesnej polityki informacyjnej państwa.

Dlaczego dążenie do realizmu w ukazywaniu skutków wojny, zauważalne w narracji prasowej i wystawienniczej z tego okresu, nie dotyczyło ofiar? Zadecydowały o tym względy humanitarne, czy zwykła propaganda?

Decydowały względy czysto racjonalne, to nie miało nic wspólnego z ideami pacyfizmu. Każdy potencjalny widz takich reprezentacji mógł przecież pomyśleć – „to mógłby być mój brat, syn, ojciec, mąż”. Własnych ofiar wojny zatem nie fotografowano, co najwyżej je rysowano celem popularyzacji bohaterskiego obrazu wojny. Propaganda oznaczała manipulację faktami – to ponadczasowe zjawisko, ale rzeczywiście I wojnę można uznać za przełom w inżynierii mobilizacji mas.

W swojej książce twierdzą panowie, że jedną z najoryginalniejszych grup beneficjentów wojny światowej okazali się antropolodzy fizyczni oraz psycholodzy i psychiatrzy. Jak znajdowali materiał badawczy do swoich studiów i czy prace te, realizowane przecież w ekstraordynaryjnych warunkach, wniosły cokolwiek wartościowego do nauki europejskiej?

Dzisiejsi antropolodzy i psycholodzy z umiarkowanym entuzjazmem korzystają z osiągnięć poprzedników z początku XX w. Wojna stała się drogą na skróty – uczeni dostawali „materiał badawczy” w obozach jenieckich i szpitalach, czyli blisko domu. Rozwijała się antropometria. Jeńców klasyfikowano rasowo, mierzono, ważono, wykonywano gipsowe odlewy ich twarzy. Taka była właśnie ówczesna nauka – inspirowano się darwinizmem społecznym, eugeniką, teoriami rasy i krwi. Jesienią ukaże się książka Macieja Górnego, dokładnie tym rzeczom poświęcona. Trauma (powszechne dziś określenie „Posttraumatic Stress Disorder” zostało wymyślone znacznie później) została zdefiniowana jako problem medyczny, tyle że urazy psychiczne ujawnione na froncie traktowano nie jako efekt wojennych przeżyć, ale rozwinięcie pierwotnych, histerycznych skłonności, rodzaj indywidualnej winy. Chorych nie leczono, lecz karano. Wynikało z tego nie tylko niewiarygodne okrucieństwo wobec pacjentów lazaretów, ale i całkiem przyjemna z punktu widzenia elit okoliczność, że wojna nie jest odpowiedzialna za chorobę, ergo – państwo nie musi nikomu płacić rent ani odszkodowań…

To wnioski z badań naukowców pochodzących z państw centralnych. Co dominowało w niemieckich wyobrażeniach Wschodu, jak piszą panowie: „pół-Azji”?

Dostrzegano głównie bezkres i monotonię, chaos etniczny, bród, biedę, swoiste zawieszenie przestrzeni i czasu. Silny okazał się także orientalistyczny stereotyp „krzywego zwierciadła nowoczesności”, „skarbnicy deficytów modernizacyjnych”. Głęboka niechęć osadzona była na dwóch czynnikach – obcości świata, którego nie musimy rozumieć oraz pogardy cywilizacyjnej.

W książce czytamy: „Przynajmniej na początku marszu na wschód wielu z jego uczestników wierzyło w liberalną utopię przesunięcia granic europejskiej kultury”. Czy w pogoni za egzotyką na peryferiach świata cywilizowanego widać bardziej mozolny trud europeizacji, znoszenia „brzemienia białego człowieka”, czy może przemyślną strategię rozszerzenia wpływów politycznych i gospodarczych? Co odgrywało, pana zdaniem, większą rolę? Mission civilisatrice czy Realpolityk?

Spór między historykami trwa. Z pewnością czynniki ideologiczne (w sensie wyższości własnej rasy nad innymi) nie odgrywały roli takiej jak podczas II wojny światowej. Za przekonaniem o wyższości cywilizacyjnej nie szła chęć eksterminacji – wyjątek stanowiła polityka turecka wobec Ormian. Podczas I wojny światowej brak myślenia eliminacyjnego, chodzi raczej o przygarnięcie rzekomo zapóźnionych szczepów w sąsiedztwie, otoczenie ich opieką, co w wymiarze politycznym oznaczało powstanie wianuszka państw narodowych między Niemcami a Rosją, półsuwerennych i skazanych na opiekę Rzeszy. Ówcześni Niemcy naprawdę wierzyli w przewagę własnej cywilizacji, czyli nieuchronność i racjonalność takiej mapy Europy.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 290

(30/2014)
29 lipca 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE

PODOBNE

Lunatycy



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj