Dworek szlachecki, czarno-białe fotografie, oficjalne portrety i karykatury… W 1989 roku w Zachęcie, zamiast pokazywać awangardowe dzieła malarstwa, urządzono wystawę portretów rodziny Piłsudskich. Im bardziej rozpadał się PRL, tym chętniej idealizowano dawne czasy.
Upadek komuny odbywał się w symbolice II RP. Orłu przywrócono koronę. Wyczekiwano na przekazanie przez ostatniego prezydenta na uchodźctwie insygniów władzy Polski przedwrześniowej. Józef Piłsudski wrócił na pomniki, na tabliczki z nazwami ulic, szkół i do oficjalnych przemówień. Był to odruch zrozumiały. Po dekadach komunistycznej nędzy, cenzury i propagandowych kłamstw wszystko, co przedwojenne, mogło wydawać się lepsze. Polska sprzed 1939 roku jawiła się jako utracona normalność. W tej opowieści Piłsudski łatwo stawał się nie tylko ojcem niepodległości, wtedy i dziś, lecz także dobrotliwym „dziadkiem” z konterfektów.
W tym roku mija sto lat od zamachu majowego. Problem w tym, że rok 1926 nie pasuje do tej pocztówki. Podstawowe fakty są znane. W dniach 12–15 maja 1926 roku marszałek Józef Piłsudski dokonał zamachu stanu. Na ulicach Warszawy Polacy zabijali Polaków. Zginęło niemal 400 osób. Legalnie wybrany prezydent II Rzeczpospolitej, Stanisław Wojciechowski, ustąpił ze stanowiska. Demokracja parlamentarna została obalona, choć zachowano rozmaite pozory ustrojowe, które miały maskować rzeczywistą zmianę systemu.
Gdyby porównać Polskę sanacyjną z najbrutalniejszymi dyktaturami europejskimi XX wieku, była to autokracja lżejszego kalibru.
Gdy jednak zestawić ją z demokracją, taryfa ulgowa natychmiast znika.
Skończyło się jak zwykle: pobiciami, więzieniem opozycji, cenzurą polityczną, sfingowanym procesem brzeskim, torturowaniem przeciwników w Berezie Kartuskiej i demoralizacją instytucji państwa. Do 1939 roku w Polsce sprawowane były rządy wojskowo-autorytarne. Obóz sanacyjny zmiotła dopiero klęska wrześniowa.
Lewicowy zamach stanu?
Nie zawsze widziano to w ten sposób. W maju 1926 roku zamach stanu wcale nie był oceniany jednoznacznie negatywnie. Przeciwnie. Sondażami opinii publicznej sprzed stu lat nie dysponujemy, ale z dostępnych świadectw wynika, że obalenie gabinetu narodowej prawicy i ludowców Wincentego Witosa poparła nie tylko część wojskowych. Co szczególnie uderzające, poparli je także socjaliści i komuniści. To był częściowo zatem zamach polskiej lewicy. Wielu ludzi uważało, że Piłsudski uchronił Polskę przed faszyzmem. Obawy te nie były całkiem wyssane z palca, skoro w ówczesnej Europie modne było pragnienie powtórki „marszu na Rzym” Mussoliniego.
Czasy były niespokojne. Pierwszego prezydenta Rzeczpospolitej dopiero co zastrzelono w Zachęcie. Partie polityczne tworzyły chaos. Parlament kojarzył się wielu obywatelom z kłótniami i rozkładem państwa. A Józef Piłsudski miał za sobą legendę zwycięzcy z 1920 roku. Wierzono w wodza i armię, która pobiła bolszewików. Wielu Polaków przymknęło więc oczy na zamach stanu w imię legendy marszałka.
I właśnie tu zaczyna się problem, który nie jest tylko historią. Dzisiejsza rocznica stawia przed Polakami pytanie, które pozostaje niepokojąco aktualne: czy w imię ratowania państwa wolno poświęcić demokrację? Czy można złamać konstytucję po to, aby ocalić ojczyznę?
Rozbić w puch, złamać, zniszczyć
„Przede wszystkim trzeba zmusić politykierów, by zaprzestali pyskować, lub rozbić ich w puch, złamać, zniszczyć, czy z prawa, czy z lewa” – mówił Piłsudski w czerwcu 1926 roku. Pomnikowy obraz marszałka niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Piłsudski nie był sympatycznym „dziadkiem” z narodowego albumu. Był człowiekiem gwałtownym, skłonnym do obrażania przeciwników, używającym brutalnego języka i patologicznie nieznoszącym sprzeciwu. Kiedy po 1918 roku powrócił świat jawnej polityki, jego styl działania szybko wszedł w bezpośredni konflikt z zasadami demokracji. Chociaż deklarował przywiązanie do niepodległej Polski, jego temperament ani sposób myślenia nie mieściły się w ramach państwa parlamentarnego.
Nie chodzi jednak tylko o charakter jednego człowieka. Piłsudski programowo delegitymizował samą politykę partyjną jako „pyskowanie”, „sejmokrację”, chorobę państwa.
To ważne, bo podobny język wraca w każdej epoce kryzysu, także teraz. Najpierw ośmiesza się parlament, kompromis, procedury i pluralizm. Potem łatwiej uzasadnić ich ograniczenie albo zawieszenie.
My, Polacy, od rozbiorów cierpimy na przypadłość, którą nazywam posttraumatyczną suwerennością. Skoro tyle razy brutalnie wymazano nas z mapy, rzecz może się powtórzyć. W 1926 i później wielu żywiło przekonanie, że doświadczenie wcześniejszej utraty państwa oraz stałe zagrożenie upadkiem, może usprawiedliwiać odejście od standardów demokratycznych. Państwo było kiedyś zniszczone, więc trzeba je ratować za wszelką cenę. Nawet przed własną demokracją.
Lęki geopolityczne II RP były realne. Polska leżała między Niemcami a Rosją sowiecką. Granice były świeże, konflikty społeczne gwałtowne, mniejszości narodowe liczne, gospodarka nieustabilizowana, a pamięć rozbiorów wciąż żywa. Właśnie dlatego argument o ratowaniu państwa miał tak wielką siłę. Działał nie tylko na rozum, lecz także na uczucia, na zbiorową traumę. Problem polegał na tym, że sanacyjna propaganda próbowała ten lęk osłodzić i zagłuszyć. Powstawało patriotyczne otumanienie, w którym społeczeństwo zaczyna wierzyć we własne narracje.
„Polska jest potęgą”, powtarzano do 1939.
Wszędzie stawiano pomniki marszałka, kolejne szkoły i ulice nazywano jego imieniem. Mit miał przykryć niewygodne pytania o stan państwa.
Pięść jak paragraf
Stanisław Cat-Mackiewicz twierdził, że zamach stanu z 1926 roku był w istocie legalny. Po pierwsze dlatego, że został później uprawomocniony przez Zgromadzenie Narodowe. Po drugie dlatego, że taka legalizacja nie była nawet konieczna, skoro rewolucje i zamachy stanu same bywają źródłami prawa ustrojowego.
Ten fascynujący argument sugeruje, że przemoc może być początkiem legalnego porządku, byleby się powiodła. Tymczasem demokracja powstała właśnie jako odpowiedź na logikę przemocy politycznej. Podstawowe założenie było i jest proste: władzę zmienia się bez użycia siły. Można wygrać wybory, można je przegrać, można ostro krytykować rząd, można tworzyć opozycję, można domagać się radyklanych reform. Ale nie wolno strzelać do przeciwników po to, aby „naprawiać” państwo.
Jeśli jednak przyjąć logikę Cata, zamach stanu staje się normalnym narzędziem politycznym, które można później zalegalizować. Wtedy każda władza może twierdzić, że łamała polskie prawo po to, aby „ocalić kraj”. Każdy obóz polityczny może ogłosić własny stan wyjątkowy. Każdy lider może uznać, że jego misja stoi ponad obowiązującą konstytucją.
Ta logika nie jest wyjątkiem w polskiej historii XX wieku. Wróciła jak bumerang w argumentach na rzecz stanu wojennego w 1981 roku.
Wciąż wynurza głowę jako pewien wzór myślenia politycznego: w imię ratowania państwa można przekroczyć granice prawa. Dlatego spór o 1926 rok nie jest muzealny.
Dotyczy pytania, które wraca po 1989 roku w różnych kostiumach: Czy demokrację można zakwestionować dlatego, że jej początek był niedoskonały? Czy transformację można delegitymizować bez końca obietnicami „szarpnięcia cugli” czy „nowego otwarcia”?
Mity z pomnika
„Zbawienie” kraju przez dyktaturę w 1926 roku okazało się wielkim kłamstwem. Nie wiemy, czy demokracja uchroniłaby II Rzeczpospolitą. Wiemy natomiast, że autorytaryzm jej nie ocalił.
Rządy silnej ręki nie uchroniły Polski przed klęską militarną w 1939 roku. Nie ochroniły obywateli przed barbarzyńską okupacją hitlerowską i stalinowską. Nie zapobiegły utracie terytorium, eksterminacji elit, zniszczeniu państwa, przesunięciu granic i wieloletniej zależności od Moskwy. Konsekwencje tamtej słabości ciągnęły się aż do końca zimnej wojny – a nawet dłużej, skoro ostatnie oddziały rosyjskie opuściły Polskę dopiero 17 września 1993 roku.
Autorytaryzm obiecywał stabilność, ale osłabiał państwo tam, gdzie powinno się je wzmacniać. Osłabił zdolność do budowania więzi społecznych, korygowania głupich błędów, uczenia się na krytyce i planowania długofalowego działania. Wiemy, że państwo pozbawione demokratycznej kontroli zaczyna wierzyć we własną propagandę. Źle ocenia stan zagrożenia. Karze tych, którzy mówią niewygodne rzeczy. Nagradza lojalność zamiast kompetencji.
Właśnie dlatego mit silnej ręki i szerzej – piłsudczykowska legenda roku 1926 – pozostają niebezpieczny.
Wydają się odpowiedzią na chaos i posttraumatyczne troski o suwerenność, ostatecznie jednak tylko niszczą społeczne zaufanie. Obiecują słowami trwanie państwowości – jednak niszczą instytucje, które tę państwowość realnie podtrzymują.
W Polsce XXI wieku wciąż powraca przekonanie, że konstytucja przeszkadza w ratowaniu ojczyzny. Że przeciwnicy polityczni są nie tylko konkurentami, lecz także wrogami i zagrożeniem dla państwa. Że instytucje można naginać, bo cel jest rzekomo wyższy. Że legalność może poczekać.
Mit Piłsudskiego po 1989 roku był wygodny i potrzebny. Pozwalał odzyskać dumę po PRL-u, ale zarazem przykrywał niewygodną prawdę: Polacy potrafią sobie sami zgotować piekło. Gotowi są łamać konstytucję i dewastować sądownictwo nie tylko w kraju podległym Moskwie, lecz także w państwie w pełni suwerennym. Ba, potrafią się nawet wzajemnie zabijać i torturować. To zdanie jest nieprzyjemne, ale niezbędne. W polskiej pamięci bardzo łatwo zrzucić winę za zniewolenie na obcych. Rosja, Niemcy, komunizm, faszyzm, Jałta i okupacje, obcy. Wszystko to jest częścią naszej historii. Ale rok 1926 przypomina, że własną demokrację można zniszczyć własnymi rękami.
Nie mam jednak ochoty kończyć fatalistyczną nutą. Myślę, że obok Piłsudskiego – a czasem może zamiast niego – powinniśmy częściej widzieć prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Człowieka, który w 1926 na warszawskim moście postawił się staremu koledze w imię obrony polskiej demokracji. A gdy po kilku dniach walk nad krajem zawisła groźba wielkiej wojny domowej, ustąpił. Nie dlatego, że uznał racje zamachu majowego, lecz dlatego, że nie chciał dalszego rozlewu krwi.
To nie jest postawa efektowna. Nie tworzy żadnej łatwej legendy. Nie pasuje do kultu wodza z pomników. Ale może właśnie dlatego jest dziś potrzebna. Prawdziwym mężem stanu nie zawsze jest ten, kto brutalnie wygrywa. Czasem jest nim ten, kto potrafi przegrać, aby ocalić resztki polskiej wspólnoty politycznej.
* Fragmenty powyższego tekstu znalazły się w felietonie napisanym dla „Rzeczpospolitej” (maj 2026).