Szanowni Państwo!

Premier Słowacji Robert Fico, uzasadniając swoją chęć wzięcia udziału w obchodach 9 maja w Moskwie, tłumaczył, że dla niego ta defilada jest równie ważna, co uroczystości w Normandii z okazji rocznicy lądowania aliantów.

Fico brał również udział w ubiegłorocznej paradzie obok prezydenta Serbii Aleksandara Vučicia. To jeden z kilku europejskich przywódców, który nie obawia się okazywać swoich prorosyjskich sympatii. Jednym z nich był niedawny jeszcze premier Węgier Viktor Orbán, innym jest premier Czech Andrej Babiš czy Bułgarii – Rumen Radev.

W Polsce, gdzie prawicowy populizm wciąż cieszy się rosnącą popularnością, politycy z tego nurtu, z wyjątkiem Grzegorza Brauna, odcinają się od Rosji. Karol Nawrocki miał zauważalny problem z prorosyjskością Viktora Orbána, którego popierał ze względu na antyunijny kierunek polityczny, ale nie w związku z jego kontaktami z Putinem.

Polskie podejście nie jest regułą

Toomas Ilves, były prezydent Estonii, z którym w nowym numerze „Kultury Liberalnej” rozmawia Karolina Wigura, tłumaczy źródła tych różnic w podejściu do Rosji.

Czechosłowacja, z której wyodrębniły się Słowacja i Czechy, czy Węgry zostały mocno doświadczone przez Związek Radziecki, trafiając do jego strefy wpływów po drugiej wojnie światowej. Zbrodniczy totalitaryzm w ich krajach rozpoczął się właśnie dzięki temu, na cześć czego będą defilować przed Putinem rosyjscy żołnierze.

A jednak politycy prorosyjscy odnoszą w tych krajach sukcesy. Dlaczego?

„Myślę, że istnieje różnica między Polską a resztą tego, co było Grupą Wyszehradzką” – mówi Ilves. „Aktualnie Estończycy, Łotysze, Litwini, Polacy i Finowie podzielają pogląd na Rosję, którego nie robią Czesi, Słowacy, Węgrzy, Bułgarzy. Ma to związek z naszymi doświadczeniami z 1939, 1940 roku. Zostaliśmy najechani przez Sowietów. […] Doświadczenie innych krajów dotyczyło przede wszystkim nazistów. Dla nich nadejście Armii Czerwonej było wyzwoleniem. Dla nas nie było. My zostaliśmy najpierw brutalnie przejęci przez Sowietów”.

Dalej mówi: „Pamiętam, jak kiedyś w Parlamencie Europejskim Węgrzy tłumaczyli, że postrzegają Związek Radziecki jako wyzwolicieli, co jest bardzo trudno zrozumieć Estończykowi lub Finowi. Kiedy rozmawiasz z Finem, jest tylko jedna rzecz, której naprawdę nienawidzi – Rosja. […] Jeden pogląd na Rosję ma Polska i północ Europy, a drugi Grupa Wyszehradzka, bez Polski”.

Północ, a nie Wschód

Północ – rozumiana jako państwa bałtyckie, Finlandia i Polska – oraz Grupa Wyszehradzka to dwa odmienne układy doświadczeń i interesów. Ten podział lepiej tłumaczy dzisiejsze postawy wobec Rosji niż szeroka i coraz mniej użyteczna kategoria Europy Środkowo-Wschodniej.

Po pełnoskalowej inwazji na Ukrainę często powracano do pojęcia regionu, który „lepiej rozumie Rosję” niż Zachód. Problem w tym, że ten region nigdy nie był jednolity. Jak zauważa Toomas Hendrik Ilves, państwa północy – naznaczone doświadczeniem bezpośredniej agresji ZSRR – wykształciły zupełnie inny stosunek do Rosji niż część Europy Środkowej.

Dlatego warto zmienić perspektywę. To nie Wschód jako całość jest dziś kluczem do zrozumienia polityki europejskiej, lecz właśnie Północ. Obszar, którego doświadczenie historyczne przekłada się na większą spójność strategiczną. A ponieważ jego decyzje wpływają na bezpieczeństwo całego kontynentu, ta różnica przestaje być tylko akademicka.

Dlatego warto przeczytać tę rozmowę – bo wojna nie zniknęła, zmieniła tylko swoją formę. 

Polecam też pozostałe teksty z numeru,

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin,

zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”