Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Stany Zjednoczone] Nie...

[Stany Zjednoczone] Nie ma polskiej Watergate

Łukasz Pawłowski

Równo 40 lat temu, 9 sierpnia 1974 r., Richard Nixon jako jedyny w historii prezydent Stanów Zjednoczonych zrezygnował z pełnienia urzędu. Tym samym afera Watergate, najsłynniejszy skandal polityczny świata, osiągnęła swój punkt kulminacyjny. Konsekwencje społeczne i kulturowe wywiera jednak do dziś. Jedną z najbardziej irytujących jest bezmyślne dodawanie przyrostka „-gate” do każdej awantury politycznej. Także w Polsce.

Nad Wisłą mieliśmy więc już między innymi „Rywingate” „Begergate”, a ostatnio „Tuskgate”. Każda z afer miała wstrząsnąć rodzimą sceną polityczną na miarę amerykańskiego pierwowzoru, lecz do tej pory nic takiego się nie stało. I trudno się dziwić. Watergate była bowiem zbiorem różnego rodzaju nadużyć o bezprecedensowej skali, angażujących najważniejsze osoby w najpotężniejszym państwie świata. Ich wyjaśnianie trwało ponad dwa lata i – wbrew popkulturowym przekazom – nie było dziełem jedynie dwóch bohaterskich reporterów „Washington Post”, Boba Woodwarda i Carla Bernsteina. Prace nad rozpracowaniem skandalu angażowały tysiące ludzi i dziesiątki instytucji, w tym Izbę Reprezentantów, Senat i Sąd Najwyższy. Nawet ten wysiłek nie doprowadziłby jednak do upadku prezydenta, gdyby w sprawę nie był zaangażowany największy wróg Richarda Nixona. On sam.

Największy sukces i najmniejsza porażka

Choć wypoczywający wówczas na Florydzie Nixon nie zdawał sobie z tego sprawy, jego upadek zaczął się dokładnie 17 czerwca 1972 r., kiedy to strażnik nocny w kompleksie budynków Watergate w Waszyngtonie natknął się na pięciu włamywaczy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że z miejsca wykluczono rabunkowe motywy włamania. Zamiast łomów i worków na kosztowności mężczyźni mieli bowiem przy sobie sprzęt do zakładania instalacji podsłuchowej, a schwytano ich w siedzibie Partii Demokratycznej. Opozycyjne wobec urzędującego prezydenta ugrupowanie powoli zwierało szyki przed listopadowymi wyborami prezydenckimi. Z marnym skutkiem. Ostatecznie kandydat Demokratów, George McGovern, poniósł największą w amerykańskiej historii klęskę. Zwyciężył tylko w jednym stanie, a w skali kraju uzyskał niemal 18 milionów głosów mniej niż urzędujący prezydent.

Do Nixona szybko przylgnęło przezwisko dobrze oddające wizerunek tego polityka w oczach politycznych konkurentów: „tricky Dick” – „szczwany Rysio”.

Łukasz Pawłowski

Jednak w czerwcu 1972 r. Nixon jeszcze nie wiedział, że tak może się stać. Nie wiedział nawet, kto będzie jego przeciwnikiem i bardzo obawiał się jesiennej batalii. Miał zresztą ku temu powody. W poprzednich wyborach zdobył zaledwie kilkaset tysięcy głosów więcej niż jego rywal i prawdopodobnie przegrałby, gdyby nie start trzeciego, niezależnego kandydata, który odebrał część głosów Partii Demokratycznej. Poza tym Nixon w swej długiej karierze politycznej przegrywał już z Demokratami wielokrotnie. Najboleśniejszą z tych porażek była oczywiście ta odniesiona w walce o Biały Dom z Johnem Kennedym w roku 1960. Najboleśniejszą nie tylko ze względu na stawkę, ale i jej minimalny rozmiar. Na Nixona, wówczas już doświadczonego polityka, dwukrotnego wiceprezydenta w administracji Dwighta Eisenhowera zagłosowało zaledwie 100 tysięcy Amerykanów mniej, czyli 0,1 proc. głosujących!

Przyczyn tamtego niepowodzenia upatrywano w wielu źródłach, najczęściej odwołując się jednak do słynnej debaty telewizyjnej, w której zmęczony i niedogolony Nixon wypadł znacznie gorzej niż pełen świeżości i – co tu dużo mówić – przystojniejszy Kennedy. Ponadto, choć Republikanin był od swego konkurenta starszy o zaledwie cztery lata, widziano w nim przedstawiciela establishmentu, zaś Kennedy stał się symbolem nowego pokolenia w amerykańskiej polityce.

Sam Nixon nigdy się z tej porażki nie otrząsnął, uznając ją za niesprawiedliwy triumf bogatego panicza ze Wschodniego Wybrzeża nad biednym chłopakiem urodzonym na kalifornijskiej wsi. (o społecznym pochodzeniu obu polityków ciekawie pisał na łamach „Kultury Liberalnej” Łukasz Jasina).

Wydawało się, że były wiceprezydent już się nie podniesie. Tym bardziej, że dwa lata później wystartował w wyborach na gubernatora Kalifornii i… znów przegrał. Na konferencji prasowej 49-letni wówczas polityk ogłosił, że na zawsze wycofuje się z życia publicznego, jednocześnie obarczając winą za swoją porażkę rzekomo nieżyczliwe mu media. „Nie będziecie już mogli poniewierać Nixona”, rzucił reporterom na pożegnanie. Stronniczość mediów – obok niechęci do Kennedych – była kolejną z jego obsesji. Kiedy już jako prezydent tworzył wraz ze współpracownikami „listę wrogów” – ludzi, którym państwowe służby zakładały nielegalne podsłuchy, a urząd skarbowy z wyjątkową gorliwością sprawdzał ich zeznania podatkowe – prócz polityków znaleźli się na niej przede wszystkim dziennikarze.

Szczwany Rysio w Białym Domu

Jak to się stało, że pokonany i skończony w 1962 roku polityk zaledwie pięć lat później wprowadził się do Białego Domu? „Nigdy nie rezygnowałem”, mówił 8 sierpnia 1974 roku w orędziu do narodu, dzień przed opuszczeniem siedziby prezydenta raz na zawsze. Faktycznie, w długiej karierze politycznej wychodził z niewiarygodnych wręcz opresji.

Kiedy w 1952 roku oskarżono go o przyjęcie 18 000 dolarów od bogatych sponsorów, a Eisenhower rozważał wybór nowego kandydata na wiceprezydenta, Nixon wygłosił słynne telewizyjne przemówienie, nazwane później „przemówieniem Checkersa”. Zapewniał, że otrzymane pieniądze zostały wykorzystane wyłącznie na wydatki związane z prowadzeniem kampanii, którymi nie chciał obarczać amerykańskiego podatnika. Dokładnie opisał również swój majątek, żaląc się przy tym, że jego żona nie ma nawet porządnego płaszcza! Przekonywał, iż jedynym prezentem, jaki otrzymał jako polityk, był piesek Checkers, którego jednak nie odda, bo rodzina kocha go zbyt mocno. Wielu Amerykanów to telewizyjne wystąpienie oburzyło, ale wielu wzruszyło i przekonało. Jednym z nich musiał być generał Eisenhower, bo Nixon pozostał kandydatem na wiceprezydenta. Już wtedy przylgnęło do niego przezwisko dobrze oddające wizerunek Nixona w oczach jego politycznych konkurentów: „tricky Dick” – „szczwany Rysio”.

Nixon podczas debaty z Johnem Kennedym, 26 września 1960 r.

Nixon podczas debaty z Johnem Kennedym, 26 września 1960 r.

„Rysio” niezmiennie marzył jednak o najważniejszym stanowisku w państwie i ten upór pomógł mu osiągnąć cel 16 lat później. Swoją kampanię prowadził, odwołując się do „milczącej większości” Amerykanów, zmęczonych niepokojami społecznymi lat 60., rewolucją obyczajową i protestami przeciwko wojnie w Wietnamie. Nixon zapowiadał „honorowy pokój” oraz powrót do spokojnego dobrobytu lat 50., okresu prezydentury Eisenhowera.

Wydawało się, że w walce o Biały Dom po raz kolejny będzie musiał zmierzyć się z Kennedym, tym razem Robertem, bratem zamordowanego prezydenta. Jednak w czerwcu 1968 r. Kennedy został zastrzelony na wiecu wyborczym w Los Angeles, a przeciwnikiem Nixona został Hubert Humphrey, ówczesny wiceprezydent, siłą rzeczy oskarżany o fiasko amerykańskiej polityki w Wietnamie. Start trzeciego kandydata – Herberta Wallace’a – dodatkowo osłabił Demokratów i 5 listopada 1968 Nixon wreszcie odniósł upragnione zwycięstwo.

Hydraulicy ruszają do pracy

Polityczny triumf nie ugasił jednak prezydenckich fobii i nie osłabił podejrzliwości. Ogromny niepokój Nixona budził ostatni z braci Kennedych. Najmłodszy z trójki, senator Edward Kennedy, miał poważne szanse na start w wyborach prezydenckich w roku 1972. Plany te pokrzyżował wypadek samochodowy w miejscowości Chappaquiddick. Auto Kennedy’ego spadło z mostu do rzeki. On sam się uratował, ale podróżująca z nim asystentka utonęła, nie uzyskawszy pomocy. Z tego powodu młody senator wykluczył start w wyborach prezydenckich w roku 1972, lecz mimo to Nixon właściwie od początku prezydentury poszukiwał kompromitujących potencjalnego przeciwnika materiałów.

Rola mediów w wyjaśnianiu Watergate była oczywiście istotna, ale to nie tylko prasa, a już na pewno nie dziennikarze „Washington Post” doprowadzili do upadku Nixona

Łukasz Pawłowski

Poczucie zagrożenia wzrosło niepomiernie w czerwcu 1971 roku, kiedy dziennik „The New York Times” opublikował tzw. Pentagon Papers. Dokumenty wyniesione przez analityka wojskowego i byłego pracownika Departamentu Obrony, Daniela Ellsberga, ujawniły systematyczną kampanię dezinformacyjną na temat wojny w Wietnamie, prowadzoną przez prezydencką administrację. Nixon faktycznie miałby poważne powody do zmartwień, gdyby nie fakt, że materiały dotyczyły decyzji podjętych przez… jego poprzednika.

Mimo to urzędujący prezydent zaakceptował powołanie do życia słynnej, nieformalnej grupy „hydraulików”. Nazwa odzwierciedlała główne zadanie stojące przed zespołem złożonym między innymi z byłych agentów CIA, tj. zapobieganie przeciekom informacji. Już wkrótce jednak hydraulicy wyszli poza swoje „oficjalne” obowiązki i zaliczyli pierwszą poważną wpadkę. Poszukując materiałów kompromitujących Daniela Ellsberga, dokonali włamania do gabinetu jego psychologa w Los Angeles. Akcja nie dała pożądanych rezultatów, a gabinet został całkowicie zdewastowany tak, by upozorować włamanie na tle rabunkowym. Kiedy wiadomość o spektakularnym niepowodzeniu dotarła do najbliższych współpracowników prezydenta, podjęto decyzję o rozwiązaniu grupy. Nie na długo jednak.

Luksusowy jacht, prostytutki i kradzież butów

Już wkrótce odpowiedzialni za włamanie Edward Hunt i Gordon Liddy, rozpoczęli pracę dla Komitetu na Rzecz Reelekcji Prezydenta (Committee to Re-elect the President), prywatnego „sztabu wyborczego” Nixona, niezależnego od oficjalnych instytucji partyjnych odpowiedzialnych za finansowanie i prowadzenie kampanii. Trudno się dziwić, bo Komitet miał odpowiadać za bardzo nietypowe formy politycznej rywalizacji. Zadaniem grupy, na czele której stanął John Mitchell, prokurator generalny i bliski przyjaciel Nixona, było prowadzenie szeroko zakrojonej akcji dywersyjnej wymierzonej w polityków ubiegających się o nominację prezydencką Partii Demokratycznej. Skala planów i działań Komitetu ujawniona w czasie śledztwa była niewiarygodna. Nic dziwnego, że zamiast właściwego akronimu jego nazwy, CRP, szybko przylgnęła doń nieco zmodyfikowana, budząca złowrogie skojarzenia wersja, CREEP (ang. creepy – straszny, wywołujący ciarki).

John Dean, doradca prezydenta. Był pierwszym tak wysoko postawionym urzędnikiem, który zeznawał przeciwko Nixonowi.

John Dean, doradca prezydenta. Był pierwszym tak wysoko postawionym urzędnikiem, który zeznawał przeciwko Nixonowi.

Bodaj najbardziej śmiała z planowanych operacji nosiła kryptonim „Klejnot” (Gemstone). Opracowana przez Liddy’ego, składała się z kilku propozycji działań wymierzonych przeciwko politycznym rywalom. Operacja „Diament” miała zneutralizować liderów demonstracji antywojennych poprzez ich zastraszenie, a nawet porwania. Liddy chciał wywieźć najbardziej zagorzałych pacyfistów do Meksyku i przywieźć z powrotem do kraju już po wyborach prezydenckich w 1972 roku. Operacja „Węgiel” (sic!) miała z kolei popchnąć do startu w wyborach czarnoskórą kongresmankę Partii Demokratycznej, Shirley Chisholm, tym samym wywołując dodatkowe podziały i zamieszanie w tym ugrupowaniu. Operacja „Opal” zakładała zainstalowanie urządzeń podsłuchowych w sztabach prominentnych Demokratów. Najbardziej chyba niedorzeczna była jednak operacja „Szafir”. Liddy zaplanował wynajęcie luksusowego jachtu wraz z grupą prostytutek, a następnie zwabienie na pokład polityków Partii Demokratycznej. Wszystko miało się odbyć w Miami na Florydzie, gdzie odbywał się kongres Demokratów.

Koszty całego programu oszacowano na milion dolarów, a jego szczegóły Liddy przedstawił swoim zwierzchnikom nie gdzie indziej, tylko w biurze… prokuratora generalnego i przewodniczącego CREEP, Johna Mitchella. Mitchell ostatecznie zaakceptował okrojoną do 250 tys. dolarów wersję planu, zakładającą m.in. zastosowanie podsłuchów. To właśnie na próbie ich instalacji złapano włamywaczy w budynku Watergate. Nawiasem mówiąc, było to już drugie włamanie. Podczas pierwszej akcji, przeprowadzonej 28 maja, włamywacze nie dali się złapać, ale sprzęt podsłuchowy odmówił posłuszeństwa. Wrócili więc, by naprawić usterkę.

Działalność Komitetu nie ograniczała się jednak do zakładania podsłuchów. Jak ujawnili w toku śledztwa dziennikarskiego Bob Woodward i Carl Bernstein, CREEP zajmował się również m.in. wykradaniem od Demokratów wewnętrznych dokumentów kampanijnych czy wysyłaniem do prasy fałszywych notek lub listów kompromitujących ich polityków. Jeden z takich listów, ujawniający rzekome uprzedzenia narodowościowe, pogrzebał szanse wyborcze senatora polskiego pochodzenia, Edmunda Muskiego. Dziennikarze „Washington Post” dowiedzieli się również, że do ulubionych „brudnych trików” stosowanych przez kilkudziesięciu sabotażystów wynajmowanych przez Komitet należało… podkradanie butów członkom sztabu Muskiego, kiedy ci zostawiali je obsłudze hotelowej do wyczyszczenia.

Co wiedział Nixon?

Czy to możliwe by prezydent Stanów Zjednoczonych, najpotężniejszego państwa na świecie, nie tylko akceptował takie działania, ale w ogóle miał czas, by się o nich dowiedzieć? Czy gdzieś pomiędzy prowadzeniem wojny w Wietnamie, historyczną, pierwszą wizytą w komunistycznych Chinach i negocjacjami o redukcji liczby głowic jądrowych na świecie, Nixon mógłby zajmować się zakładaniem podsłuchów lub podkradaniem butów sztabowcom swojego potencjalnego rywala?!

O to pytanie rozbijało się z czasem całe śledztwo, kiedy nikt nie miał już wątpliwości, że do nadużyć w ekipie prezydenta na pewno dochodziło, a zajście w Watergate nie było „trzeciorzędnym włamaniem”, jak twierdził początkowo rzecznik Białego Domu, Ronald Ziegler. Kto ostatecznie autoryzował tego rodzaju kampanie?

Bernstein i Woodward ustalili w trakcie śledztwa, że działania sabotażowe prowadzono ze środków rozdysponowanych przez Herberta Kalmbacha, osobistego prawnika Nixona. Dziennikarze dowodzili także istnienia większego funduszu, którym zarządzali najbliżsi współpracownicy prezydenta. To wciąż jednak było zbyt mało, by postawić głowę państwa w stan oskarżenia.

Dopiero kilka kolejnych wydarzeń ponownie rozbudziło zainteresowanie sprawą i umożliwiło posunięcie śledztwa naprzód. Najpierw w marcu 1973 roku jeden z włamywaczy, James McCord, przyznał, że na niego i jego kolegów wywierano „polityczną presję”, by ich zeznania nie skompromitowały nikogo więcej, że w związku z tym składali fałszywe zeznania i że we włamanie były zaangażowane także inne osoby, których nazwiska do tej pory nie padły.

Następnie przed senacką komisją śledczą wyjaśnienia złożył były doradca prezydenta, John Dean, który zajmował się tuszowaniem włamania i który twierdził, że prezydent doskonale wiedział o jego działaniach. Dowodem miała być rozmowa, jaką odbył z prezydentem 23 marca 1973 r. w Gabinecie Owalnym. Dean ostrzegał, że dalsze utrzymanie milczenia włamywaczy może być kosztowne i staje się coraz trudniejsze. Zapytany o potrzebną sumę, powiedział prezydentowi, że może ona sięgnąć miliona ówczesnych dolarów. Nixon miał odpowiedzieć, że takie pieniądze da się zdobyć, a on wie jak to zrobić. Prezydencki szef sztabu i prawa ręka Nixona, Bob Haldeman, zakwestionował relację Deana. W jego wersji prezydent potwierdził możliwość zdobycia pieniędzy, ale następnie powiedział, że to moralnie złe rozwiązanie. Zeznania Deana nie przesądzały także sprawy drugiego z oskarżeń – czy Nixon wykorzystał urząd i wpływy w agencjach rządowych dla utrudnienia śledztwa w sprawie Watergate?

(od lewej) John Ehrlichman i Bob Haldeman, najbliżsi doradcy prezydenta Nixona

(od lewej) John Ehrlichman i Bob Haldeman, najbliżsi doradcy prezydenta Nixona

Potrzebny był kolejny przełom, który nastąpił podczas przesłuchania przez senacką komisję innego współpracownika Nixona, Alexandra Butterfielda. Butterfield zeznał, że od lutego 1971 roku na polecenie prezydenta w Gabinecie Owalnym działał system rejestrujący wszystkie toczone tam rozmowy. Wystarczyło jedynie uzyskać dostęp do taśm, a następnie sprawdzić czy konwersacje opisane chociażby przez Deana rzeczywiście miały miejsce.

Prezydent odmówił jednak wydania nagrań zasłaniając się dobrem kraju. W proteście wobec tej decyzji ze stanowiska zrezygnował m.in. prokurator generalny Elliot Richardson, prawnik o nieposzlakowanej opinii, którego Nixon powołał na to stanowisko, by zatrzeć fatalne wrażenie, jakie zostawił po sobie John Mitchell.

Ostatecznie Biały Dom zgodził się na udostępnienie nagranych rozmów, ale w formie transkryptów opracowanych (czyt. ocenzurowanych) przez prezydenckich urzędników. Ponad 1000-stronnicowy dokument nie spełnił jednak oczekiwań śledczych i nie uspokoił opinii publicznej. Wręcz przeciwnie, potwierdzał znaczną część relacji Deana. Dodatkowe oburzenie wywoływał pełen wulgaryzmów język, jakim posługiwali się uczestnicy rozmów.

Prezydent jest winny

W tej sytuacji Izba Reprezentantów rozpoczęła prace nad usunięciem Nixona ze stanowiska. Wielu Republikanów wciąż jednak było gotowych go bronić, argumentując, że nadal nie znaleziono jednoznacznego dowodu winy głowy państwa. Potrzebny był „dymiący pistolet” w ręku prezydenta.

Do upadku prezydenta nigdy by nie doszło, gdyby w sprawę nie był zaangażowany największy wróg Richarda Nixona. On sam.

Łukasz Pawłowski

Kolejny, ostatni już przełom nastąpił 24 lipca 1974 r., kiedy amerykański Sąd Najwyższy nakazał wydanie taśm. Na jednej z nich znalazło się nagranie rozmowy z 23 czerwca 1972 r. i to był ów dymiący pistolet, dowodzący, że prezydent nie tylko wiedział o włamaniu do Watergate, ale próbował także utrudnić prowadzenie śledztwa. Zaledwie siedem dni po schwytaniu włamywaczy Nixon nakazywał swojemu szefowi sztabu, Haldemanowi, by ten polecił CIA zastopowanie dochodzenia. Agencja miała się przy tym powołać na względy bezpieczeństwa narodowego.

Po ujawnieniu rozmowy od prezydenta odwrócili się nawet jego najwierniejsi obrońcy w Kongresie. Wynik ewentualnego głosowania w sprawie odwołania go ze stanowiska był właściwie przesądzony. Nixon miał więc do wyboru – albo stać się pierwszym w historii Stanów Zjednoczonych prezydentem usuniętym ze stanowiska, albo pierwszym, który ze stanowiska zrezygnował sam. Wybrał ten drugi wariant, uprzednio uzyskując zapewnienie, że nowy prezydent, Gerald Ford, zastosuje wobec niego akt łaski i uwolni od wszelkich zarzucanych mu czynów. 8 sierpnia o godzinie 21.00 czasu waszyngtońskiego prezydent wygłosił orędzie, w którym poinformował naród o swojej decyzji. Uzasadnił ją „utratą poparcia w Kongresie”. Dzień później w południe, na pokładzie prezydenckiego śmigłowca, opuścił Biały Dom.

Czym była Watergate?

Nixon uniknął odpowiedzialności, ale jego współpracownicy już nie. Na skutek afery do więzienia trafiło kilkadziesiąt osób, w tym najbliżsi doradcy prezydenta: szef sztabu Bob Haldeman, doradca ds. krajowych John Ehrlichman oraz prokurator generalny John Mitchell. Śledztwo nigdy nie miałoby takich skutków, gdyby nie współpraca szeregu instytucji państwowych. Rola mediów w całym procesie była oczywiście istotna, ale to nie tylko prasa, a już na pewno nie Bernstein i Woodward doprowadzili do upadku Nixona. Ich mozolne śledztwo nie raz utykało w miejscu na całe tygodnie i zakończyłoby się fiaskiem bez wsparcia ze strony innych organów władzy ujawniających skalę patologii obecnych w administracji Nixona.

Richard Nixon żegna się z pracownikami Białego Domu, 9 sierpnia 1974 r.

Richard Nixon żegna się z pracownikami Białego Domu, 9 sierpnia 1974 r.

Niewykluczone, że nawet ta instytucjonalna machina utknęłaby w miejscu, gdyby z pomocą nie przyszedł jej sam prezydent. To przecież chorobliwa podejrzliwość Nixona i niepewność własnej pozycji skłoniła go do wyrażenia zgody na działania sabotażowe, w tym włamanie do budynku Watergate. To nieufność wobec nawet najbliższych współpracowników stała za decyzją o powołaniu do życia grupy „hydraulików”, zatrudnionych następnie przez Komitet na Rzecz Reelekcji Prezydenta. Ta sama nieufność popchnęła go do zainstalowania w Gabinecie Owalnym systemu podsłuchowego. Pomyślany jako mechanizm kontrolowania najbliższego otoczenia prezydenta, ostatecznie przyczynił się do jego upadku. Nigdy nie doszłoby jednak do tego, gdyby nie niezwykle skomplikowany splot czynników oraz skala przestępstw, w jakie zaangażowały się najważniejsze osoby w amerykańskim państwie.

Kiedy więc przy okazji następnej afery w polskiej polityce, ktoś do nazwiska jej bohatera dopisze przyrostek „-gate” lub po ujawnieniu fragmentu jakiegoś nagrania oznajmi, że oto rusza śladami najlepszych tradycji dziennikarstwa śledczego, spójrzmy na sprawę z właściwej perspektywy. Tak jak pierwszy lepszy dziennikarz z dyktafonem nie zasługuje na nagrodę Pulitzera i miano bojownika o prawdę, tak nie każde ujawnione nadużycie polityczne może być traktowane jako powtórka Watergate.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 291

(31/2014)
8 sierpnia 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj